Nieistniejący blog
O potędze pióra i myśli spisanych
O mowie
Notatkę dodano:2012-01-29 21:06:34

Od przeszło dwóch lat obserwuję pewną zastanawiającą cechę sporej grupy kobiet po czterdziestce i wzwyż – chodząc na zakupy bardzo często zdarza im się mówić do siebie. Na początku myślałem, że one po prostu o coś pytają, ale na tyle cicho, że moje upośledzone bębenki nie są w stanie w pełni tego zarejestrować. Z biegiem miesięcy potwierdziłem jednak, że narząd słuchu sprawuje swą funkcję prawidłowo (przynajmniej w tym aspekcie). Zatem jak to jest, że grono kobiet, przechadzając się między regałami księgarni itp., wypowiada słowa, których predestynacją jest pustka, a nie interlokutor, który mógłby je przyswoić i odpowiedzieć? Zaznaczyć wypada, że tendencja rośnie z wiekiem – zaraz po czterdziestce to około 1% klientek, po pięćdziesiątce już 4-5%, po sześćdziesiątce 7-8%, a po siedemdziesiątce i osiemdziesiątce blisko 10%.

 

Pierwsze wytłumaczenie, które przeszło mi do głowy, to zaburzenia w obrębie płata czołowego. Później pomyślałem o chorobach psychicznych, które mogą to wywołać (serio, jest w czym wybierać). Następnie, po dłuższych rozważaniach, ułożyłem kilka innych teorii (wrodzona życzliwość kazała mi odrzucić myśli o zamknięciu tych kobiet w psychiatryku) – oczywiście na chwilę obecną niepotwierdzonych przez fizjologów (ciągle rozważam, czy zgłosić pobliskiej uczelni medycznej ten problem). W każdym razie dwa wiodące wytłumaczenia prezentują się w następujący sposób:

 

1. Nazwijmy je hormonalnym. Wiadomo, że regulacja u kobiet jest znacznie bardziej pokręcona niż u mężczyzn. Kto kiedykolwiek uczył się osi przysadka-podwzgórze-jajnik, jej modyfikacji zależnych od dnia cyklu lub przez B-hCG i progesteron w trakcie ciąży, wie co mam na myśli. O hormonalnych zmianach nastroju napisano w prasie naukowej wiele artykułów (wystarczy przejrzeć choćby archiwa Ginekologii Praktycznej lub The New England Journal of Medicine). Nie wspominając o takich jednostkach chorobowych jak Zespół Napięcia Przedmiesiączkowego. Nawet popkultura często korzysta z tego motywu, zarówno w sposób prześmiewczy, jak i poważny. Gdyby nie wpływ hormonów na zdolności interpersonalne i kognitywne, nie byłoby przecież takiej potrzeby. W takim razie, czy przez lata wewnętrznej burzy, mechanizmy blokujące strumień świadomości mogą ulec osłabieniu? Podejrzewam, że na pewnym poziomie jest to możliwe. Jak to się dzieje? Nie miałem okazji przeprowadzić takich badań, ale dajcie mi próbkę, budżet, kilku ludzi, a z chęcią się tym zajmę.

 

2. Nazwijmy emocjonalnym. Sercem uczuć jest układ limbiczny. Zalicza się do niego wiele struktur, przez co ma dobry dostęp do ważnych dla ciała ośrodków, dlatego w trakcie np. podenerwowania ładnie podnosi nam ciśnienie krwi, rytm pracy serca skacze, a oddechy niebezpiecznie przyśpieszają. Filogeneza wykształciła narzędzie jego kontroli/regulacji pod postacią wzgórza (fizjolodzy postulują, że stanowi integralną część tego układu). Przykładowo, jeśli zobaczymy coś przerażającego, impulsacja powinna przebiec od oczu nerwami wzrokowymi do ośrodka wzroku w płacie potylicznym, a stamtąd dopiero do układu limbicznego, co wywołałoby pożądaną reakcję pod postacią np. unieruchomienia ciała, omdlenia lub biegu. Tak się jednak nie dzieje, za długo trwałoby podjęcie decyzji, więc ewolucja musiała w jakiś sposób to obejść, bowiem czasami ułamki sekund potrzebne do wybrania właściwej drogi mogą zadecydować o życiu lub śmierci. Tutaj wchodzi do akcji wzgórze. Sygnał z nerwu wzrokowego przechodzi i przez nie, jeśli więc bodziec okaże się wystarczająco intensywny, zamiast do ośrodka wzroku, zostanie natychmiast przesłany do układu limbicznego. Wzgórze oczywiście działa też w drugą stronę i potrafi blokować impulsacje z limbusa, szczególnie gdy ich oddziaływanie może okazać się szkodliwe. Dobrym przykładem jest wzburzenie. Ludzie często go nie okazują, tłumią w środku, a to dlatego że wzgórze wraz z płatem czołowym (odpowiadającym m.in. za ocenę sytuacji, emocji oraz relacje społeczne) wyhamowują pierwotne reakcje układu limbicznego, zbyt dużą władzę ma nad mózgiem (a bywa przecież nieracjonalny), aby zostawić go bez kontroli. Oczywiście jeśli czerwona gorączka jest przesadnie intensywna, to bariera zostaje złamana, a my robimy z siebie sfrustrowanych idiotów. Przechodząc do meritum – przyjmijmy, że potrzeba rozmowy danej kobiety jest bardzo duża, a nie ma jak jej przez długi czas zrealizować, stałe bodźce (przez pewien czas wyhamowywane) poprzez wzmacnianie sygnału w pewnym momencie pokonają granicę, zawładną płatem czołowym, wyswobodzą ośrodek mowy. Wtedy zacznie się mówienie do siebie (upraszczam celowo). Ten mechanizm potwierdzają kwestie, jakie zasłyszałem w trakcie obserwacji. Nie są to spójne wywody, zazwyczaj można je określić mianem emocjonalnych (stałe powtarzanie, że coś jest fajne, a że to chyba kupię bo będzie miło itp.).

 

Podejrzewam, że obydwie teorie mogą być ze sobą skorelowane. Niemniej, obecnie nie mam możliwości, aby powyższe wywody obalić bądź zanegować. Mogłem za to przeprowadzić pewien eksperyment socjologiczny. Kilka dni temu, kiedy akurat byłem sam, przyszła do księgarni klientka. Lat siedemdziesiąt, ciężki oddech, poruszała się z dużym trudem, a ciężar ciała opierała na kuli. Na pierwszy rzut oka przyczynę takiego stanu rzeczy sugerował udar – przemawiały za tym mocno przekrwione białkówki i pałeczkowate palce, które są niejako wizytówką człowieka z problemami sercowo-naczyniowymi. W każdym razie, kobieta spędziła dużo czasu na wyborze książek i okazała się właśnie typem mówiącym do siebie. Wypowiedzi były naprawdę powalające (np. „Spocę się strasznie szukając tej powieści”) i przez cały czas zastanawiałem się czy winę za to ponosi któreś z powyższych wytłumaczeń bądź przebyty udar, który mógł zostawić po sobie uszkodzenia w obrębie płata czołowego. W końcu, kierowany ciekawością, nawiązałem z nią dialog. Zacząłem dyskretnie od książek, a później płynnie przeszedłem do jej stanu zdrowia. Okazała się bardzo chętna do opowiadania, mniej więcej półgodziny spędziłem na słuchaniu o hospitalizacjach, problemach z ciśnieniem, migotaniu przedsionków etc. W końcu, gdy podeszła do kasy, aby sfinalizować transakcję, zapytałem czy książki kupuje dla siebie (sporo ich zgromadziła), czy dla rodziny lub przyjaciół. Na co usłyszałem: „Proszę pana, u mnie w domu nikt nie czyta. Mąż już nie może bo prawie inwalida z niego i nie widzi, słabo słyszy i mówi niewiele. Dzieci i wnuczkowie nie mają kiedy. A przyjaciele? Zazwyczaj nie mam z kim porozmawiać, na co dzień czuję się sama, a co dopiero dać komuś taki prezent”.

 

Z trudem odpowiedziałem. To nie było, kurwa, śmieszne. Tak naprawdę każdą z powyższych teorii można sobie wsadzić w buty. Może i mają zastosowanie, może i tłumaczą znaczą część takich przypadków, ale podejrzewam, że sporo tych kobiet po prostu nie ma się do kogo odezwać. Przyzwyczaiły się więc do swojej obecności, obniżyła się przez to kontrola wzgórza i płata czołowego, a normą stało się mówienie do siebie. Przecież zawsze lepiej słyszeć czyjś głos, nawet gdy to nasz własny.

5171de4eecb458d5b7447c64065578f8.jpeg

Komentuj(2)
O plażowaniu
Notatkę dodano:2011-12-18 23:26:51

 

Chciałbym patrzeć jak biegnie, jak zatraca się w pędzie,

dając pieścić się spojrzeniom, podmuchom wiatru,

promieniom Słońca.

 

Spoglądałbym wtedy na jej włosy, które wpadłszy

w przyśpieszeniowy nieład, gnałyby tuż za nią,

falując mocniej lub słabiej, zależnie od ruchów,

prawdopodobnych kątów nachylenia.

 

Widziałbym też strugi piasku, które jej stopy uświęcone,

wystrzeliwałby w powietrze, obsypując zdumionych plażowiczów,

naruszając zaskoczoną, pomarszczoną taflę, szumiącą tuż obok

gniewnie.

 

Marzyłbym wówczas o tym, aby przełamać marazm,

zniszczyć niemożność i ruszyć z miejsca na spotkanie,

aby z arogancją przeciąć jej drogę i na zawsze uchwycić

roześmianą i piękną.

 

Zawłaszczyłbym ten kadr dla siebie, spił niewinność z ust,

otarł słone krople z czoła, pogładził złotą pszenicę jej głowy.

 

Wdychałbym też zapach, woń perfum, wysiłku i młodości,

która właśnie zakwitłaby w blasku, krępując ulotną potęgą.

 

Nieczuły byłbym na otoczenie,

zaistnielibyśmy we dwoje

i tylko tak byśmy trwali,

na pograniczu biegu,

zatrzymania

lub

upadku,

między

miękkim rozgrzanym piaskiem

a

chłodną powierzchnią jeziora.

Trwalibyśmy, bylibyśmy…

 

bez ryzyka, że jedno z nas zawsze w ruchu,

raz blisko, a raz w oddali, a drugie

stoi nieruchomo, z nogami w piasku

i niespokojnym spojrzeniem,

co szuka nieustannie ciepła szarych,

kojących oczu.

 

Tekst jest reakcją na wydarzenie, które zaobserowałem nad Jeziorem Dąbie pewnej jesiennej niedzieli.


Brak komentarzy
O dobroci
Notatkę dodano:2011-11-28 23:40:05

 

Byłem dobry. Rozdawałem siebie każdemu, kto chciał kawałek. Poświęcałem się. Zatracałem w radach ofiarowywanych za darmo, nawet uśmiechu, dziękuję, nie oczekiwałem w zamian. Cieszyłem się będąc przydatnym. Spełniałem się w tym, odnajdowałem sens i spokój. Nie czułem zmęczenia – czasami tylko lęk o to, że nie starczy mi życia, że ominę kogoś ważnego, kto bez mojego wsparcia poniesie klęskę ostateczną. Odnosiłem wrażenie jedności ze światem, dopasowania do jego form widocznych, oddziaływania na zasadzie kosmicznego zwrotnego sprzężenia, które nigdy nie wygasa – zawsze pobudza.

 

W końcu nadszedł rozłam. Rzeczywistość okazałą się posiadać nie tylko namacalną, możliwą do empirycznego zbadania fakturę, ale też rozliczne ukryte wymiary, gdzie mieszkają cienie i nie-byty o długich szponach, ostrych zębach, co czekają zanurzenia w materii, tkance. Okazałem się nieprzygotowany. Rozdarły mnie na strzępy, poćwiartowały kończyny, oderwały uszy, wypreparowały neurony, pożywiły się jelitami, a gałki oczne i małżowiny przeżuły na deser. Nie potrafiłem się odnaleźć, co rusz uciekał mi jakiś fragment siebie. Postanowiłem użyć rozdartej krtani, wyartykułować kilka bełkotliwych słów błagania, licząc na to, że dotrze do tych, dla których byłem dobry, którym pomogłem poskładać się, gdy sami ulegli rozszczepieniu.

 

Odpowiedziała cisza. Zostałem sam z czasem przeciekającym przez palce.

 

Po kilku godzinach, dniach, nocach, tygodniach, miesiącach (któżby to wiedział? któżby liczył?) znalazłem zakurzoną nić. Była doczepiona do półokrągłej igły, trochę pordzewiałej (zakrwawionej?) i brudnej. Zacząłem szyć. Najpierw części dystalne, później proksymalne. Brodziłem w trzewiach, kwasem solnym poparzyłem dłonie, a poszczerbionym nożem wyciąłem ciała jamiste i ciało gąbczaste, po czym wyrzuciłem za okno (usłyszałem krzyk jakiejś pruderyjnej miernoty). Pracowałem dalej. Precyzyjnie łatałem opłucną i oskrzela. Zespoliłem prawy przedsionek z prawą komorą i lewy przedsionek z lewą komorą. Załatałem na nowo foramen ovale, aby nic nie przeciekało; hydraulikę miałem sprawną. Twarz zszyłem na okrętkę, a zamiast oczu wsadziłem sobie do oczodołów zwitki papierów z jakiś książek opowiadających o wysokości duszy, przechodzeniu przez most, wstawaniu z obolałych kolan – przyjmowaniu postawy wyprostowanej. Uszu nie potrzebowałem. Istotę szarą i białą skleiłem klejem na gorąco – neurony z osłoną mielinową szybciej uległy adhezji. Później podniosłem się z podłogi. Wyglądałem jak monstrum. Ale uśmiechnąłem się do swego odbicia, oto bowiem powstało coś z chaosu, udowodniłem że entropię można pokonać… na kilka chwil.

 

Nie miałem ich za wiele, czułem naprężenia w okolicach szwów, był więc kwestią godzin powrót do stanu rozrzuconych fragmentów mięsa. Wypiłem szybko coś gorzkiego, coś naprędce znalezionego w zakamarkach apteczki, aby mieć pewność, że jak już rozlecę się ponownie, to nie tylko w sferze tkanek, ale też subatomowo-duchowej.

 

Wyszedłem z mieszkania. Miasto wzywało mnie do spełnienia swego obowiązku po raz ostatni. Skręcałem bez zastanowienia, mijałem stragany i rozwrzeszczanych handlarzy, uciekałem przed pędzącymi samochodami, pozdrawiałem przechodniów, uśmiechałem się do kobiet (przecież wolą radosnych). Widziałem jak przytłumione światło dnia w metropolii zmienia się w gęstą, bliską zawiesinie noc, nasączoną blaskiem przestraszonych latarni. Dym był wszechobecny, pod nogami

 

strzelały puste butelki,

dookoła kostek zawijały się bletki,

a między palce dostawały

kolorowe tabletki.

 

Miałem na własność całą rozrywkę doczesnego świata. Moment później szwy, zespalające ścięgna Achillesa, puściły. Upadłem. Wiedziałem, że po raz kolejny nie wstanę.

 

Okazało się, że leżałem na środku placu. Zaraz zbiegli się gapie. Nikt nie chciał postawić mnie na nogi. Brzydzili się. Nic nie szkodzi. Ciepło z żołądka emanowało z komórki na komórkę, wywołując reakcję łańcuchową w cyklu Krebsa. Rany na zewnątrz i w środku otwierały się. Ludzie krzyczeli. Ktoś dzwonił na pogotowie, jakby mogło cokolwiek naprawić.

 

Rozrzuciłem się na wiatr. Cząstki subatomowe wydzielały się ze mnie, wirowały coraz wyżej i wyżej nad chodnikiem. Osiadłem na ciuchach, dostałem się do płuc, krwi, mózgu. Byłem epidemią. Zaraziłem wszystkich. Nikt nigdy nie uwolni się ode mnie, nie wyleczy, nie poskromi, nie odrzuci.

 

Gdy z mojego ciała nie pozostało prawie nic (amimiczny sanitariusz zapakował je do czarnego worka), tłum zaczął się rozchodzić. Przedstawione skończone, można iść do domu, na kolację, na serial, na kolejną emisję W stronę morza w TV.

 

Ale to nie był finał. Przestałem żyć, choć to nieprawda. Rozszczepiłem się ostatecznie tamtej nocy, teraz jest mnie wielu i trwam/trwamy we wszech-czasie, we wszech-wydarzeniach. Śledzę/śledzimy wszelkie możliwe summy po historiach, sprawdzam/sprawdzamy każdą potencjalność, widzę/widzimy radości (wymarzony prezent urodzinowy, zaręczyny, miły wieczór we dwoje) i smutki (obiad rozpaćkany na ścianie, płaczące dzieci, uderzania pięściami w piękne kobiece twarze, gwałty, morderstwa, wojny). Jesteśmy. Dziedziczeni z pokolenia na pokolenie, choć nikt już nie pamięta, nie wspomina, chłopca, który poprzez dobroć chciał ofiarować ludziom cząstkę siebie. Jego nie ma – ale my wszech-jesteśmy, skazani na bierne oglądanie i wesołe kiwanie głową, gdy widzimy (a tak jest zazwyczaj) ciemność, gniew i strach.

 


Brak komentarzy
O chłodzie
Notatkę dodano:2011-11-13 22:31:44

Jak złożyć słowa, gdy mętlik, gdy chaos, brak konkretyzacji zakradają się w zdania, myśli, podświadomość? Czy istnieje metoda, aby przeciwdziałać tej entropii, czy można uzyskać samodzielnie tak niskie temperatury, żeby atomy w neuronach przestały się rozpraszać, na zawsze zamknięte w uporządkowaniu, zaprzyjaźnione z ładem? Doświadczenie mówi, że nie. Nauka to potwierdza, a fizjologia z niemym wyrzutem zostaje przy swoim, na czerwono zaznaczając właściwe wartości, krzycząc przeraźliwie, gdy wykres spadnie o kilka zaledwie stopni. Czasami jednak protesty zdają się na nic, czasami po prostu coś dzieje się zwyczajne dlatego, że jakiś niedopuszczalna zazwyczaj potencjalność umknie wszechprawom i rozprzestrzeni się w jednym miejscu bądź kilku, drwiąc sobie przy tym z ofiary i świadków zbrodni.

 

Gdyby zdarzenie jeszcze dotyczyło głowo-umysłu, który domaga się chłodu, spokoju, ciszy odpowiedniej do otulenia, zaizolowania rozterek, ale nie – za łatwo by było, za przyjemnie i w ogóle ach westchnęłoby się z zachwytu. Zawsze musi być z drugiej strony, zawsze na odwrót, żeby podkreślić inność, nowość, potyrać dziwnością i bzdurą. Więc pada na nogi, dotychczas rozgrzane, pełne sił, niewyeksploatowane do końca, zawsze chętne na spacer, na rower, na kopanie piłki bądź splatanie się z delikatnymi, smukłymi nogami kobiety, aby to uszczknąć, to ofiarować odrobinę bliskości, ciepła. A teraz nic tylko by ciepło komuś zabrały, aby poczuć przez chwilę dawną błogość i beztroskę; nie marznąć więcej.

 

Nic z tego. Kolana gorzeją w ogniu, nawiedzane impulsacją z miednicznych czeluści, ale poniżej stała się Arktyka, kości rozpadają się z trzaskiem, zero bezwzględne zdaje się na wyciągnięcie ręki, a ciekły hel przelewa się z jednej komórki w drugą, wyglądając jak istota rozumna z pląsawicą Huntingtona. Nie przydają się już babcine skarpetki w niezliczonych parach (pewnie dlatego, że babcie dawno umarły i nikomu już ciepła nie mogą ofiarować), do wyrzucenia kalesony, spodnie narciarskie, dresy, wata, koce, pierzyny, kołdry, termofory. Aż proszą, aby je spopielić, rozsypać na cztery strony umierającego na zimę świata. Nie pomaga też podkręcenie ogrzewania, bowiem ciało powyżej rzepek nie radzi sobie z jego nadmiarem, a poniżej wyższa temperatura otoczenia nic nie może zmienić. Impas, wyczekiwanie.

 

Na jakimś poziomie byłoby do zniesienia – ból z czasem się oswaja – ale chłód, poprzez nieznany mechanizm, przenosi się dalej, w głąb (przynajmniej takie sprawia wrażenie). Jednakże nie ciała – on wędruje i trafia w uczucia, w pewną do niedawna istotną część emocjonalności, która straciła ciepło, umarła i żaden zabieg reanimacyjny nie przywróci jej do życia. Oczywiście, nie ma pewności, czy winę za zimno ponosi fizyczność. Pewna część głowo-umysłu wątpi, co kilka sekund przywołując godne zapomnienia sceny. Stąd też chaos w słowach, stąd niemożność w odnalezieniu dla nich drogi ujścia. Dlatego, jeśli to działa na zasadzie przeniesienia, istnieje nadzieja (skoro nie da się wychłodzeniu przeciwdziałać), że po kolanach i uczuciach przyjdzie pora na myśli.

ee7e1537eb8ac3b12b0ff37cfb2ee7fd.jpeg

Brak komentarzy
O Kafce
Notatkę dodano:2011-10-05 15:31:15

 

Są takie dni, kiedy człowiek budzi się rano, ogląda przez chwilę świat dookoła i stwierdza, że rzeczywistość nic się nie zmieniła w ciągu kilku godzin sennego niebytu. Z satysfakcją opuszcza łóżko, kręci się po domu, wdycha zapach kawy lub powstającego właśnie śniadania; zwykła, bezpieczna codzienność wyrażana poprzez powtórzenia. Po kilkudziesięciu minutach znika wyczulenie na dysonanse, a wzmożona, podkręcona pobudką świadomość, przestaje być czujna – zapada w letarg. Najczęściej wtedy coś wywraca się do góry nogami, na horyzoncie zaczyna majaczyć jakaś, ukryta dotychczas pośród szumu, konsekwencja lub zaczynają procentować czyny popełnione niedawno bądź te zupełnie już zapomniane. Nagle okazuję się, że otaczający nas świat stał się kafkowski w takim stopniu, że niemal niemożliwa jest jego akceptacja.

 

Piekielnie dziwne doświadczenie. No bo w jaki sposób przejść nad tym do porządku dziennego, zignorować, przespać, zapomnieć poprzez zajęcia i pracę, skoro dotychczas proste konstrukcje wykręcają się nienaturalnie, światło staje się ciemniejsze, jedzenie mniej smaczne, a pocałunki lub dotyk – mniej soczyste. Mało tego, na pierwszy plan wysuwają się osoby, których nie znamy, jakby dziwnie dopasowane do nowej rzeczywistości. Powstaje nowa siła sprawcza, deus ex machina, a z nią/nim zaczynają świstać haki Cenobitów, które rozrywają ciało, obnażają nerwy, gwałtem je polaryzują i depolaryzują, przyprawiając o czerwień zaskoczony mózg, jego przepalające się nocyreceptory.

 

Najlepiej wówczas usiąść, zapalić jeśli się pali, wypić coś, jeśli się pije lub nie. Można też odczekać, spróbować jednak się czymś zająć, licząc na to, że Kafka wróci tam, gdzie jego miejsce i przestanie dręczyć, albo przynajmniej umysł jakoś sobie całość zdarzenia wytłumaczy logicznie. Niestety, są to zazwyczaj płonne nadzieje, bowiem sensu trudno doszukać się w bezsensie, szczególnie, gdy chodzi o ludzkie reakcje podyktowane auto-dopowiadaniem, które rozbuchują ego do rozmiarów solidnego wieżowca. Jedynym wyjściem jest mocny cios w tę konstrukcję, użycie materiałów wybuchowych albo tupolewa, który wbiłby się w ścianę nośną, obracając całość w popiół i kurz. Może wtedy, po oczyszczeniu placu, mogłoby w tym miejscu powstać coś nowego, bez skaz, bez choroby.

 

Może też cień tej budowli przestałby wykręcać rzeczywistość ludzi – tych znajdujących się najbliżej i tych daleko, przechodzących obok, przyglądających się.

 

****

 

Wcześniejszy tekst, „O narodzinach”, będzie kontynuowany, nie zacznie ukazywać się jednak, dopóki nie powstanie do końca i nie przyjmie należytej formy.

 


Komentuj(1)
O narodzinach
Notatkę dodano:2011-08-15 16:21:23

 

Krew. Płynę w czerwieni, kąpię się w szkarłacie. Niepomny na ból oblizuję wargi, rozkoszując się słonawym smakiem na języku. Chciałbym więcej. Pragnę niczym wampir badać napiętą skórę i pulsujące pod spodem naczynie, którego rytm współgra z rytmem serca ofiary, przyprawiając o drgania skamieniałe serce ofiaro-biorcy. Później, odsłoniwszy zęby, zanurzyłbym popęd i samego siebie w rwącym strumieniu krwi, popłynąłbym wraz z nim, na zawsze utrwalony w soli, w substancjach odżywczych, związkach mineralnych, hormonach – zapamiętany przez immunoglobuliny, które już nigdy nie miałyby szansy na wykorzystanie swej wiedzy przeciwko mym zamiarom.

 

Ból. Czuję, jak istota otaczająca mnie tężeje w agonii, jak cierpi, jak jęczy i krzyczy, zamiast przeć, oddychać, wydalić. Nic nie szkodzi – wchłaniam to podobnie jak szkarłat, z chciwością, z satysfakcją, że przyczyniłem się do powstania tego uczucia. Jestem bogiem, demiurgiem, choć nic nie stworzyłem. Powstałem, aby brać, co czyni ze mnie absolut, nienasyconą gąbkę, którą otoczenie spróbuje zaspokoić, lecz polegnie na zawsze niespełnione, puste.

 

Krzyk. Jeszcze nie mój, choć i ten coraz bliższy. Ruszam nóżką, zahaczam o coś miękkiego. Pomimo redukcji miejsca – kopię, wyrażając dezaprobatę wobec tak bezsensownego wydatkowania sił. Wrzask przecież nie pomaga. To głupota, czyn ignorowany przez wszystkie naczelne.

 

Światło. Jest tak silne, że nic nie widzę, poza tym coraz większe ilości krwi zalewają me oczy. Czuję też smród odchodów – najwyraźniej wydalający mnie krzykacz skapitulował ostatecznie, pozostawiając ciało bez jakiejkolwiek władzy. Pierdolony tchórz. Rzygać mi się chcę, gdy myślę o tym i pewnie ulżyłbym żołądkowi, gdyby nie to, że miednica rodziciela zaciska mi klatkę piersiową. Postanawiam przyśpieszyć proces – dosyć zabawy.

 

Ruch pierwszy. Niesamowita ciasnota, którą najpierw próbuję zmniejszyć gwałtownymi obrotami, ustępuję dopiero pod wpływem przemocy. Napinam mięśnie lewej obręczy barkowej, następnie całej ręki wraz z dłonią. Aktyna i miozyna tańczą zatracone w orgazmie, skóra niemal pęka od naprężeń, ale udaje się. Kończyna rozrywa cielesne więzienie, jakie wytworzył dookoła mnie rodzic, po czym wydobywa się na zewnątrz.

 

Ruch drugi powtórzeniem. Widać teraz ręce i główkę całe we krwi, gównie i moczu. Łapię dłońmi poniżej kolan swego ojca. Zaciskam je mocno na goleniach. Podciągam się, wkładając w ten ruch całą złość na niego, na świat, na cielesność, na smród, na hałas. Obydwaj krzyczymy, choć mój wrzask jest nie tylko przejawem nienawiści, obrzydzenia, ale też powitaniem, skromnym cześć, witaj, hej. Jego natomiast to crescendo bólu – jednoczesny kres agonii, bowiem od tej chwili nie ma prawa żyć.

 

Zimno. Wylądowałem na chłodnej posadzce, nie ma nikogo, aby mnie podniósł, przytulił, owinął kocem, pocałował w czółko, powiedział, że kocha. Zostałem sam, wykończony, brudny, przemarznięty. Światło wypala mi oczy, przecieram je więc, co przynosi sekundy ulgi. Postanawiam wstać, pierdolić standardowe dwanaście miesięcy czekania, przecież właśnie dorosłem, dojrzałem – stałem się.

 

Raczkowanie. Klękam. Prostuję tułów i głowę. Unoszę się na jednej nodze. Później dołączam drugą. Przyjąłem pozycję wyprostowaną. Góruję nad stygnącymi zwłokami ojca, który leży u mych stóp, skąpany we krwi oraz innych wydzielinach. Rozerwałem mu miednicę, z brzucha nie pozostało nic. Klatka piersiowa to wrak. Ciągłość zachowała wyłącznie twarz – blada, ale jakby spokojna, zbawiona. Patrzę po sobie. Dziwię się wielkością. Nie ma we mnie NIC niemowlęcego, gdzieś utraciłem pulchne rączki i nóżki, kurduplowate ciało przepadło. Obmacuję głowę – normalna, dorosła znaczy się.

 

Przerażenie. Zdjęty lękiem biegnę do pierwszej lepszej ściany. Wisi na niej zaparowane lustro. Przecieram je dłonią. Zachodzi lekko gówno-krwią, ale to nic. Widzę. Patrzę na swoją brudną twarz, ale podobieństwo nie może być przypadkowe. Dla pewności porównuję – najpierw On, później ja. Najpierw On, później ja. Najpierw On, później ja. Najpierw On, później ja. Najpierw On, później ja. Przecież to JA. on to JA.

 

 

C.D.N.


Brak komentarzy
O narracji
Notatkę dodano:2011-06-30 12:39:09

Długo mi zeszło z Cryptonomiconem, można by nawet rzecz, że guzdrałem się niemiłosiernie. To prawda, ale nie bez przyczyny tak się stało i nie mam na myśli żadnych braków czasu, niechęci do treści czy innych fanaberii. Ot, Cryptonomicon to powieść, którą (mimo gabarytów znacznych) aż szkoda czytać jak najszybciej, jak najkrócej, choć przyznaję, że wobec licznych wydarzeń tętno podnoszących, ograniczanie się stanowi w tym wypadku iście herkulesowe zajęcie.

 

Fabuły opisywał nie będę, jeśli bowiem ktoś zechciałby się owego zadania podjąć, musiałby liczyć się z tym, że przypominałoby to streszczenie biblii, w którym nawet wzmianka o ukrzyżowaniu i finalnym, armagedonowym rozpieprzeniu stanowiłaby informacje średnio-ważne i do przebiegu akcji niewiele wnoszące.

 

Pierwsze, co urzeka w powieści Stephensona, to skala. Autor ze swobodą zajmuje się problemami wolności osobistej jednostki, aby w kilka zdań później analizować zagadnienia o wymiarze globalnym. W te dywagacja powplatane są losy takiej liczby bohaterów, że siłą trzeba odpędzać kolejne konotacje z pismem świętym (jeśli ktoś z Was pamięta rozległe drzewa genealogiczne z Genesis, to powinien uzyskać kompletny obraz pieczołowitości Stephensona). Postacie są przy tym tak wykreowane, że nawet gdyby się w Cryptonomiconie nic nie działo, to wystarczyłyby do wzmagania emocji. Tyczy się to nie tylko bohaterów pierwszo- i drugoplanowych, ale także tych z szeregów najdalszych. Oczywiście, na pierwszy plan wysuwają się osoby, z którymi przyjdzie czytelnikowi spędzić najwięcej czasu: przede wszystkim zaś Randy Waterhouse, Bobby Shaftoe oraz dziadek pierwszego –  Lawrence Pritchard Waterhouse, który jest najlepiej wykreowanym geniuszem w historii literatury (no, przynajmniej w tym wycinku, który poznałem:-). Sceny z ich udziałem czyta się z wypiekami tak silnymi, że aż skórę przepalają, nie wspominając o tym, że palce nie są w stanie nadążyć z przewracaniem kartek. Przy ich boku zdarzyć się może wszystko; w każdym miejscu na Ziemi.


Budzi podziw także zdolność Stephensona do wplatania faktów między wydarzenia będące wytworem jego wyobraźni oraz brawurowe oddanie istoty postaci autentycznych, takich jak Alan Turing czy gen. armii Douglas MacArthur.

 

Kolejną kwestią wynoszącą Cryptonomicon na piedestał jest akcja oraz jej poprowadzenie. Ta książka to nie wyłącznie cudowne dziecko kreatywności do bieli rozpalonej, ale przede wszystkim ADHD-opowieść, napisana takim rytmem, że szczęka opada, język z ust wylatuje, a oczy ściekają po policzkach. Odnosi się wrażenie, jakby autor nadużył kofeiny bądź mocniejszych środków – niebywałe, aby którykolwiek inny pisarz był w stanie tak dociskać pedał gazu przez 1000 stron, bez chwili wytchnienia, nawet bez przystanku na uzupełnienie elektrolitów. Szał.

 

Pozostałe dwie, uzupełniające się kwestie, to humor i strona naukowa Cryptonomiconu. Obydwie są wyborne i atakują mózg odbiorcy wtedy, gdy się ich najmniej spodziewa. Już scena otwierająca przyprawia o spazmy, a kolejne wprawiają w stan bliski padaczki od-śmiechowej (opis przyjścia na świat Waterhouse’a, jego zaloty do przyszłej żony lub akcje jednostki 2702 to cuda komiczno-stylistyczne). Część naukowa, jak zawsze u Stephensona, jawi się dopracowaną w każdym calu, a co najważniejsze – oscyluje dookoła takiej ilości dziedzin, że dla siebie znajdą coś umysły wszelakiego pokroju. Żeby nie było: Cryptonomicon to nie książka prześmiewcza bądź głupawa, w ostatecznym rozrachunku trzeba mieć naprawdę rozległą wiedzę aby wyłapać konteksty i smaczki, a pointa jest więcej niż satysfakcjonująca.

 

Zdążając do końca opowieści, obawiałem się, że całość skolapsuje od nadmiarów, ale nic takiego się nie stało. Historia urywa się w momencie idealnym, do ostatniego zdania nie tracąc swej lotności. Neal Stephenson to geniusz, który panuje nad dowolnym elementem powieści, kierując narracją z wprawą, jaką posiada (bądź posiadało) kilku, może kilkunastu pisarzy w historii.




Brak komentarzy
O hipertonii
Notatkę dodano:2011-06-13 19:54:01

 

Dziwny, niedoprecyzowany stan. Mesencephalon zatraca się w dźwiękach, z każdą nutą bliższe rozerwaniu. Jednak, gdy hipertonia wydaję się u szczytu władzy i komórki są o krok od rozerwania, coś/ktoś uruchamia mechanizm bezpieczeństwa, upuszcza parę, uwalnia jony, a z nich w niepamięć ulatuje nabuzowanie. Kilka minut spokoju, kilkaset pieprzonych sekund wytchnienia. Na nic ono jednak, gdyż marnotrawione myślozbrodnią, skalane obawą, oczekiwaniem presji, która na powrót wypełni śródbłonek aż do jęków, trzasków błony elastycznej zewnętrznej. Misterność tego procesu przeraża – idealnie skonstruowana biologiczna tortura, która o krok jest od fizycznej ingerencji, lecz nigdy nie przekracza granicy, nieustannie raniąc zapowiedzią. Porażające. O stokroć lepsza byłaby krótka eksplozja bólu, chwilowe krwawienie, krzyk stłumiony bądź oswobodzony. Wtedy można by odpocząć, nie lękając się tego, co wyimaginowane i auto-dopowiedziane.

 

Głuptasek sam przyszykował sobie ten los. Nikt poza nim, nikt, choć obarczyć winą byłoby łatwiej, wygodniej. Nie tym razem, nic (kurwa) z tego. Decyzji, gdyby cofnąć się do jej podstaw, jako złej sklasyfikować nie wypada. Zamysł przecież wygodny, przyjemny, przybliżający do tej, co serce rozpala i sens nadaje. Wiadomo, łatwo się nie zapowiadało, ale istniała szansa na uniknięcie losu powietrza/przedmiotu/rzeczy między młotem a kowadłem, w którym obydwa ciała (naciskające i nacisk odbierające) miały krążyć po bezpiecznych, niekolizyjnych orbitach. Niemądre było tak mniemać, ale cóż – za późno by cofnąć, za wcześnie by zmienić. Akceptacji trzeba, zaaprobowania historii zaobserwowanej spośród wszelkich summ, która okazała się teraźniejszo-przeszła, zataczając dziesięcioletnie koło; brutalny wytrysk czasu.

 

Analizując (w oczekiwaniu na nawrót hipertonii świadomości) zauważa się, że sytuacja wyglądałaby lepiej, gdyby nie nowoodkryte oddziaływanie. Mechanika kwantowa zawłaszcza wszystko, robi to w skali subatomowej, przez co jest jak złodziej doskonały: zna każde zabezpieczenie, ma najnowszy sprzęt, plany każdej budowli i sejfu, a na dodatek improwizuje, co uniemożliwia prewencję. Do oddziaływań silnych, słabych, elektromagnetycznych i odziaływania grawitacyjnego dochodzi bliżej niezidentyfikowane, które generuje mózg jednego człowieka w trakcie kontaktu z drugim. Cząstka, nazwijmy ją Presjonem (Pr) wpada w pole bioelektryczne interlokutora, zderza się z niepoznanymi jeszcze komórkami, które dla celów opisowych niech funkcjonują jako komórki podatności (susceptibility cell). Następnie generowana jest informacja zwrotna (mechanizm w trakcie badań), która pozwala neuronom układu limbicznego u odbiorcy określić stopień siły wpływu. W takiej sytuacji, jeśli sprawy przyjmą nieodpowiedni obrót (a w tej tak się stało), umysł (zapomnij o własnej woli) zezwoli na kłamstwo, wynikłe z nieporadności współrozmówcy. Fluktuacje kwantowe w trakcie dialogu są niezauważalne, pojawiają się dopiero post factum. Jest to rezonans moralny, nieważne że powstały w wyniku nagłego skolapsowania orbit kowadła i młota oraz ich obustronnego nacisku na powietrze/przedmiot/rzecz pomiędzy.

 

Pozostaje czekać na dysonans poznawczy. Do tego czas niech się stanie nadmiar w komórkach, nich puchną i krzyczą.

 

Zasłużyły.


Brak komentarzy
"Od-nowa" (fragment)
Notatkę dodano:2011-06-07 20:57:33

 

(...)

Dookoła ciemność i cisza. Ulica wymieciona ze wszelkich oznak życia odrzuca obcością, nocną transformacją w drogę do nieznanego świata, w którym czyhają zmaterializowane lęki, gotowe w każdej chwili opaść, zniewolić, zabić. Aleksandra stoi w pustce, opędza się od mroku, który nie poddaje się światłu latarni. Po raz pierwszy rozumie, że żadna cywilizacja, żaden postęp techniczny, nigdy nie pokona nicości, jaka włada rzeczywistością na kilka minut przed świtem, kiedy to godzina wydaję się żadna, a tarcza zegarka odmierza czas zbyt wolno.

Drży. Rusza z miejsca, gdy czuje gromadzące się w kącikach oczu łzy.

Klatka schodowa kamienicy połyka ją, zlizuje z ciała słone krople, które raz za razem roszą policzki. Każde wejście do tego domu powoduje ból, a wspomnienia powracają i tną mózg aż po ostatnie neurony układu limbicznego. Nie pomaga fakt, że mieszka tutaj od prawie miesiąca, od momentu, w którym zostawiła swojego męża Leszka ze złamaną ręką w łazience ich domu i musiała szybko znaleźć schronienie. Potrzeba zaprowadziła ją w to miejsce. Wstydziła się prosić, gardziła sobą za to, ale nie miała innego wyjścia – ojciec był dla niej jedyną deską ratunku.

Pomógł jej. Nie zadawał pytań o to, co się wydarzyło. Coś w jego spojrzeniu, zachowaniu, zdradzało, że wiedział, wyczuwał. Od tamtej chwili żyli pod jednym dachem, ale rozmawiali rzadko – zalegała między nimi jakaś niewysłowiona pretensja, która nie znajdowała słów. Przez to każdy powrót do mieszkania rozrywał Olę na strzępy, wyciskał z niej gorycz i żal, a z zakamarków umysłu wypływały migawki z przeszłości: z dzieciństwa wypełnionego przez kłótnie rodziców, z nieudanego małżeństwa zmarnowanego przez strach, poddaństwo, kłamstwa i przemoc.

Aby odsuwać w czasie nieprzyjemne projekcje, wracała coraz później. Kończyła pracę o dwudziestej drugiej, wychodziła w rozkwitającą noc i błąkała się po mieście. Odwiedzała miejsca, w których przeżyła szczęśliwe chwile swojego życia – pocałunki, imprezy, rozmowy z przyjaciółmi. Aleksandra szczególnie dobrze kojarzyła punkt widokowy na szczycie wzniesienia po północnej stronie Gardna, dlatego stopy co wieczór prowadziły ją aż tam, gdzie siadała na jednej z ławek przed urwiskiem i spoglądała w dół, podziwiając pogrążające się we śnie miasto.

Tym razem zdarzyło się tak, że zasnęła. Obudziła się zdrętwiała i zmarznięta, po czym skonstatowała, że za godzinę będzie świtać. Ruszyła przez mrok do mieszkania ojca. Po drodze starała się nie myśleć o nieodebranych połączeniach od niego i o braku odzewu, gdy postanowiła oddzwonić.

Teraz Ola pokonuje schodek za schodkiem, gubi łzy, a serce skacze w piersi do rytmu generowanego przez obawy i jak zwykle powracające wspomnienia.

Hubert mieszka na trzecim piętrze. Klatka schodowa jest stara, spękana, z dziurami wielkości piłki ręcznej; w bladym świetle uśmiechają się krzywo, jakby szydząc z głupca, który spróbuje je ominąć. Ola nawet się nie stara, krok za krokiem potyka się, przyjmując z satysfakcją każdą erupcje bólu, ponieważ odgania poczucie winy, prekognicje nadciągającej tragedii.

Na każdym z pięter są po dwa mieszkania. Tuż przed świtem nie docierają zza drzwi żadne odgłosy, co w porównaniu z codziennym hałasem wydaje się niesamowite i przerażające. Sąsiedzi, podobnie jak ojciec Aleksandry, prowadzą proste życie ludzi, którym zależy na przetrwaniu od pierwszego do pierwszego za grosze renty, emerytury, skromnej pensji. Każdy tutaj pilnuje swojego nosa, dlatego wprowadzenie się jeszcze młodej kobiety do zmęczonego, podstarzałego mężczyzny, nie wzbudziło niczyjej ciekawości, co Ola przyjęła z satysfakcją – nikt jej nie zaczepiał na schodach, nie zadawał pytań.

Czuje się tak, jakby przestała istnieć.

Niestety nie zniknęła dla swoich lęków i wspomnień, które owijają ją tym szczelniej, im bliżej znajduje się drzwi do mieszkania Huberta. Gdy w końcu staje przed nimi, dygocze na całym ciele, a łzy ciurkiem spływają po policzkach, szyi. Serce Aleksandry odgrywa partie perkusji ze wzmożoną siłą, wprawiając w drżenie klatkę piersiową, której mostek aż jęczy od dżuli wytwarzanej energii. Oddech, podczas szczytu wydechu, oscyluje dookoła świstu, przez co nasuwa skojarzenia z podmuchami wiatru wędrującymi wysoko w górach, gdzie trwają skały i szczeliny trwalsze niż ludzkość.

Aleksandra nie potrafi zdobyć się na wejście do środka. Opiera głowę o drzwi, szlocha. Ulega fali dawnych, jeszcze nieprzebrzmiałych historii, w których siedzi samotna w domu, oczekuje powrotu męża, choć tak naprawdę chciałaby, aby zaginął, odszedł. Tak się jednak nie działo, wracał noc w noc, czasami bardziej pijany, czasami mniej, za to zawsze chętny na zabawy, na wyzywanie, na bicie, na seks, na który ona nie miała ochoty, ale na Boga on był taki napalony, że brał ją siłą, wkładaj jej kurwa z rozpędu w tę suchą, zaciśniętą, przerażoną pochwę i jęczał, pchał, kończył, a ona leżała, tłumiąc łkanie, zapomniana, skazana na żal, rozpamiętywanie strat, przywoływanie wszystkich, których kochała, za którymi tęskniła, do których modliła się o determinację lub śmierć.

Nie dostała nic o co prosiła. Dopiero po latach udręki ofiarowano jej coś, co ciągle od siebie odsuwała – złość, furię. Przemoc zrodziła przemoc, jej owocem był cios w obnażone przyrodzenie i szafka łazienkowa spadająca na rękę Leszka. Później ucieczka, a teraz strach przed wejściem do ojcowskiego mieszkania, gdzie zniszczony mężczyzna najpewniej czeka na nią, tak jak Ola kiedyś oczekiwała na męża – z mieszanką strachu, nadziei i pretensji.

Odrywa się od drzwi, wyciąga klucze z kieszeni. Zamek ani drgnie. Konstatuje, że jest otwarte. Wpada do środka, serce gra nadal swoje trele, a oddech świstem przecina panującą dookoła ciszę. Huberta nie ma w kuchni, gdzie zwykł przesiadywać. Zamiast niego wita ją mrok i zdawałoby się jeszcze bardziej przejmujące milczenie. Zapala światło, błysk czystości wypala oczy, podżega niepokój. Rusza dalej, niemal biegiem. W korytarzu potyka się o jakieś buty, nie ma czasu zapalać kolejnych świateł. Gna tak, jakby gonił ją sam diabeł, jakby wpadła w fugę, jakby uciekała przed plującym śliną Leszkiem.

Drzwi od pokoju ojca zamknięte, szarpie za klamkę, otwiera, widzi…

Pierwsze promienie słońca wpadają przez okno, muskają meble, odbijają się od starego telewizora, opadają na podłogę, gdzie pośrodku leży Hubert. Nie rusza się. Jest przysypany tynkiem z sufitu, a obok jego głowy spoczywa wyrwany żyrandol. Ojciec na szyi ma pętlę, wdaję się, że nie oddycha. Nie widać jego twarzy, odwrócona spoczywa w resztkach nocnego mroku. Aleksandra podbiega do niego, gubiąc po drodze łzy. Schyla się, zaczyna spazmatycznie łapać powietrze. Odwraca Huberta na plecy, wyciąga jego twarz w blask słońca, które właśnie budzi się do życia. Ola nie zwraca uwagi na smród odchodów, łapie za pętlę, ściąga ją z ojca, odrzuca w kąt pokoju, gdzie niknie w ciemności. Widać silne, podbiegłe krwią zsinienie na szyi. Twarz nabrała czerwonego koloru. Oczy Huberta, otwarte i ku zaskoczeniu Oli jeszcze świadome, są w barwie krwi, która wypłynęła z rozerwanych od wzrostu ciśnienia naczyń.

Widoczna w nich iskra jest słaba, gaśnie.

Aleksandra zaczyna mówić, bełkocze, przeprasza, błaga. Po ustach Huberta widać, że chciałby odpowiedzieć, ale nie jest w stanie – ma zmiażdżoną krtań i krwotok wewnętrzny, który zalewa mu płuca. Oddycha coraz wolniej, potrzebuje ratunku, a Ola nie potrafi go udzielić. Podstawy pierwszej pomocy na nic się zdadzą, konieczne pogotowie. W przypływie świadomości wyciąga telefon z kieszeni i dzwoni. Dyspozytorka nie rozumie o co chodzi, bo Ola płacze. Dopiero po kilku wdechach uspokaja się odrobinę, artykułuje prośbę o przysłanie karetki.

 Pomoc już jedzie. Aleksandra przytula ojca mocniej. Ich oddechy (jej spazmatyczny, jego coraz cichszy) łączą się ze sobą w ostatnią wspólną melodię.

(...)


Brak komentarzy
O tłumach
Notatkę dodano:2011-05-31 19:21:46

Na książki Dona DeLillo ostrzyłem sobie zęby od jakiegoś czasu, wszak przez Harolda Blooma zaliczony został w poczet najwybitniejszych pisarzy amerykańskich, razem z Thomasem Pynchonem, Philipem Rothem i Cormackiem McCarthym. Kontakty z prozą tych trzech panów okazały się cholernie satysfakcjonujące, a każda ich powieść automatycznie deklasowała dzieła, które uważałem wcześniej za wybitne. Zatem, gdy w końcu DeLillo odwiedził moją biblioteczkę, byłem spokojny o jakość i emocje, które pojawią się w trakcie lektury. Zaiste, instynkt nie zawiódł i tym razem, gdyż Mao II (na chybił-trafił wybrany spośród pozostałych dzieł pisarza) to powieść piekielnie absorbująca, wysmakowana stylistycznie, niemal bez skaz na warstwie fabularnej.

 

Rzecz traktuje m.in. o tłumach i jednostkach, które się w nich rozpuszczają. Centralną postacią Mao II jest Bill Gray, pisarz-legenda, człowiek ukrywający się przed całym światem, cyzelujący od lat swoją „najnowszą” powieść. W trakcie scen z jego udziałem, nachodziło mnie przeświadczenie, że inspiracją do stworzenia tego bohatera musiał być Thomas Pynchon, jego nieistnienie, tajemniczość, wyobcowanie. Zresztą, co ciekawe, pozostali pisarze z Wielkiej Czwórki niewiele się odeń różnią: Roth żyję w samotni z dala od miast, udzielając wywiadów bardzo sporadycznie za sowite wynagrodzenie; McCarthy znany jest ze swojej niechęci do rozgłosu, zaszywania się w niedostępnych rejonach USA; sam DeLillo też nie stanowi przykładu pisarskiego celebryty, co potwierdza tezę postawioną przez Storra, że wielkie umysły potrzebują jakiejś formy odosobnienia.

 

Gray to bohater absorbujący, wielopłaszczyznowy, trudny. Dzięki temu każda kolejna sekwencja zdarzeń z jego udziałem, to sceny wyrafinowane, nadziane trafnymi metaforami, obserwacjami i wnioskami. Los Graya, łącznie ze zwieńczeniem jego życia, to barwna oraz inteligenta opowieść, do bólu uzmysławiająca pragnienie oderwania się od wszystkich i wszystkiego – zaszycia się wśród anonimowości. Pozostali bohaterowie również fascynują, można nawet powiedzieć, że to zbiór popierdolonych ekstremistów, bowiem większość charakteryzuje się posiadaniem jakiejś skrajności maksymalnie rozległej, hipertroficznej. Jedyne zastrzeżenie mam do zamknięcia wątku współlokatorów Graya – nie taki finał zapowiadała treść książki, powiedziałbym nawet, że zawarty w tej scenie „powrót do domu i ukochanego” to zaprzeczenie wydarzeniom poprzednim.

 

Pod każdym innym względem Mao II to powieść wybitna, porażająca, napisana jednocześnie z humorem, ironią, dozą sarkazmu i ostrych jak brzytwa ripost. Stylistycznie płynie tak wartko, że wciąga na długie godziny i nie puszcza nawet wtedy, gdy czytanie powoduje cierpienie, zgrzytanie duszy.

 

A że będzie bolało – to macie jak w banku!

1d56d83e9b1f318dd4f009507f3bef25.jpeg

Brak komentarzy

Licznik

Odsłon: 28853
Osób: 26879
Blog granice.pl. Ta strona jest nieoderwalna częścią serwisu www.granice.pl właściciela firmy W&w. 2008-2010