Nieistniejący blog
O potędze pióra i myśli spisanych
O hipertonii
Notatkę dodano:2011-06-13 19:54:01

 

Dziwny, niedoprecyzowany stan. Mesencephalon zatraca się w dźwiękach, z każdą nutą bliższe rozerwaniu. Jednak, gdy hipertonia wydaję się u szczytu władzy i komórki są o krok od rozerwania, coś/ktoś uruchamia mechanizm bezpieczeństwa, upuszcza parę, uwalnia jony, a z nich w niepamięć ulatuje nabuzowanie. Kilka minut spokoju, kilkaset pieprzonych sekund wytchnienia. Na nic ono jednak, gdyż marnotrawione myślozbrodnią, skalane obawą, oczekiwaniem presji, która na powrót wypełni śródbłonek aż do jęków, trzasków błony elastycznej zewnętrznej. Misterność tego procesu przeraża – idealnie skonstruowana biologiczna tortura, która o krok jest od fizycznej ingerencji, lecz nigdy nie przekracza granicy, nieustannie raniąc zapowiedzią. Porażające. O stokroć lepsza byłaby krótka eksplozja bólu, chwilowe krwawienie, krzyk stłumiony bądź oswobodzony. Wtedy można by odpocząć, nie lękając się tego, co wyimaginowane i auto-dopowiedziane.

 

Głuptasek sam przyszykował sobie ten los. Nikt poza nim, nikt, choć obarczyć winą byłoby łatwiej, wygodniej. Nie tym razem, nic (kurwa) z tego. Decyzji, gdyby cofnąć się do jej podstaw, jako złej sklasyfikować nie wypada. Zamysł przecież wygodny, przyjemny, przybliżający do tej, co serce rozpala i sens nadaje. Wiadomo, łatwo się nie zapowiadało, ale istniała szansa na uniknięcie losu powietrza/przedmiotu/rzeczy między młotem a kowadłem, w którym obydwa ciała (naciskające i nacisk odbierające) miały krążyć po bezpiecznych, niekolizyjnych orbitach. Niemądre było tak mniemać, ale cóż – za późno by cofnąć, za wcześnie by zmienić. Akceptacji trzeba, zaaprobowania historii zaobserwowanej spośród wszelkich summ, która okazała się teraźniejszo-przeszła, zataczając dziesięcioletnie koło; brutalny wytrysk czasu.

 

Analizując (w oczekiwaniu na nawrót hipertonii świadomości) zauważa się, że sytuacja wyglądałaby lepiej, gdyby nie nowoodkryte oddziaływanie. Mechanika kwantowa zawłaszcza wszystko, robi to w skali subatomowej, przez co jest jak złodziej doskonały: zna każde zabezpieczenie, ma najnowszy sprzęt, plany każdej budowli i sejfu, a na dodatek improwizuje, co uniemożliwia prewencję. Do oddziaływań silnych, słabych, elektromagnetycznych i odziaływania grawitacyjnego dochodzi bliżej niezidentyfikowane, które generuje mózg jednego człowieka w trakcie kontaktu z drugim. Cząstka, nazwijmy ją Presjonem (Pr) wpada w pole bioelektryczne interlokutora, zderza się z niepoznanymi jeszcze komórkami, które dla celów opisowych niech funkcjonują jako komórki podatności (susceptibility cell). Następnie generowana jest informacja zwrotna (mechanizm w trakcie badań), która pozwala neuronom układu limbicznego u odbiorcy określić stopień siły wpływu. W takiej sytuacji, jeśli sprawy przyjmą nieodpowiedni obrót (a w tej tak się stało), umysł (zapomnij o własnej woli) zezwoli na kłamstwo, wynikłe z nieporadności współrozmówcy. Fluktuacje kwantowe w trakcie dialogu są niezauważalne, pojawiają się dopiero post factum. Jest to rezonans moralny, nieważne że powstały w wyniku nagłego skolapsowania orbit kowadła i młota oraz ich obustronnego nacisku na powietrze/przedmiot/rzecz pomiędzy.

 

Pozostaje czekać na dysonans poznawczy. Do tego czas niech się stanie nadmiar w komórkach, nich puchną i krzyczą.

 

Zasłużyły.


Komentuj(1)
"Od-nowa" (fragment)
Notatkę dodano:2011-06-07 20:57:33

 

(...)

Dookoła ciemność i cisza. Ulica wymieciona ze wszelkich oznak życia odrzuca obcością, nocną transformacją w drogę do nieznanego świata, w którym czyhają zmaterializowane lęki, gotowe w każdej chwili opaść, zniewolić, zabić. Aleksandra stoi w pustce, opędza się od mroku, który nie poddaje się światłu latarni. Po raz pierwszy rozumie, że żadna cywilizacja, żaden postęp techniczny, nigdy nie pokona nicości, jaka włada rzeczywistością na kilka minut przed świtem, kiedy to godzina wydaję się żadna, a tarcza zegarka odmierza czas zbyt wolno.

Drży. Rusza z miejsca, gdy czuje gromadzące się w kącikach oczu łzy.

Klatka schodowa kamienicy połyka ją, zlizuje z ciała słone krople, które raz za razem roszą policzki. Każde wejście do tego domu powoduje ból, a wspomnienia powracają i tną mózg aż po ostatnie neurony układu limbicznego. Nie pomaga fakt, że mieszka tutaj od prawie miesiąca, od momentu, w którym zostawiła swojego męża Leszka ze złamaną ręką w łazience ich domu i musiała szybko znaleźć schronienie. Potrzeba zaprowadziła ją w to miejsce. Wstydziła się prosić, gardziła sobą za to, ale nie miała innego wyjścia – ojciec był dla niej jedyną deską ratunku.

Pomógł jej. Nie zadawał pytań o to, co się wydarzyło. Coś w jego spojrzeniu, zachowaniu, zdradzało, że wiedział, wyczuwał. Od tamtej chwili żyli pod jednym dachem, ale rozmawiali rzadko – zalegała między nimi jakaś niewysłowiona pretensja, która nie znajdowała słów. Przez to każdy powrót do mieszkania rozrywał Olę na strzępy, wyciskał z niej gorycz i żal, a z zakamarków umysłu wypływały migawki z przeszłości: z dzieciństwa wypełnionego przez kłótnie rodziców, z nieudanego małżeństwa zmarnowanego przez strach, poddaństwo, kłamstwa i przemoc.

Aby odsuwać w czasie nieprzyjemne projekcje, wracała coraz później. Kończyła pracę o dwudziestej drugiej, wychodziła w rozkwitającą noc i błąkała się po mieście. Odwiedzała miejsca, w których przeżyła szczęśliwe chwile swojego życia – pocałunki, imprezy, rozmowy z przyjaciółmi. Aleksandra szczególnie dobrze kojarzyła punkt widokowy na szczycie wzniesienia po północnej stronie Gardna, dlatego stopy co wieczór prowadziły ją aż tam, gdzie siadała na jednej z ławek przed urwiskiem i spoglądała w dół, podziwiając pogrążające się we śnie miasto.

Tym razem zdarzyło się tak, że zasnęła. Obudziła się zdrętwiała i zmarznięta, po czym skonstatowała, że za godzinę będzie świtać. Ruszyła przez mrok do mieszkania ojca. Po drodze starała się nie myśleć o nieodebranych połączeniach od niego i o braku odzewu, gdy postanowiła oddzwonić.

Teraz Ola pokonuje schodek za schodkiem, gubi łzy, a serce skacze w piersi do rytmu generowanego przez obawy i jak zwykle powracające wspomnienia.

Hubert mieszka na trzecim piętrze. Klatka schodowa jest stara, spękana, z dziurami wielkości piłki ręcznej; w bladym świetle uśmiechają się krzywo, jakby szydząc z głupca, który spróbuje je ominąć. Ola nawet się nie stara, krok za krokiem potyka się, przyjmując z satysfakcją każdą erupcje bólu, ponieważ odgania poczucie winy, prekognicje nadciągającej tragedii.

Na każdym z pięter są po dwa mieszkania. Tuż przed świtem nie docierają zza drzwi żadne odgłosy, co w porównaniu z codziennym hałasem wydaje się niesamowite i przerażające. Sąsiedzi, podobnie jak ojciec Aleksandry, prowadzą proste życie ludzi, którym zależy na przetrwaniu od pierwszego do pierwszego za grosze renty, emerytury, skromnej pensji. Każdy tutaj pilnuje swojego nosa, dlatego wprowadzenie się jeszcze młodej kobiety do zmęczonego, podstarzałego mężczyzny, nie wzbudziło niczyjej ciekawości, co Ola przyjęła z satysfakcją – nikt jej nie zaczepiał na schodach, nie zadawał pytań.

Czuje się tak, jakby przestała istnieć.

Niestety nie zniknęła dla swoich lęków i wspomnień, które owijają ją tym szczelniej, im bliżej znajduje się drzwi do mieszkania Huberta. Gdy w końcu staje przed nimi, dygocze na całym ciele, a łzy ciurkiem spływają po policzkach, szyi. Serce Aleksandry odgrywa partie perkusji ze wzmożoną siłą, wprawiając w drżenie klatkę piersiową, której mostek aż jęczy od dżuli wytwarzanej energii. Oddech, podczas szczytu wydechu, oscyluje dookoła świstu, przez co nasuwa skojarzenia z podmuchami wiatru wędrującymi wysoko w górach, gdzie trwają skały i szczeliny trwalsze niż ludzkość.

Aleksandra nie potrafi zdobyć się na wejście do środka. Opiera głowę o drzwi, szlocha. Ulega fali dawnych, jeszcze nieprzebrzmiałych historii, w których siedzi samotna w domu, oczekuje powrotu męża, choć tak naprawdę chciałaby, aby zaginął, odszedł. Tak się jednak nie działo, wracał noc w noc, czasami bardziej pijany, czasami mniej, za to zawsze chętny na zabawy, na wyzywanie, na bicie, na seks, na który ona nie miała ochoty, ale na Boga on był taki napalony, że brał ją siłą, wkładaj jej kurwa z rozpędu w tę suchą, zaciśniętą, przerażoną pochwę i jęczał, pchał, kończył, a ona leżała, tłumiąc łkanie, zapomniana, skazana na żal, rozpamiętywanie strat, przywoływanie wszystkich, których kochała, za którymi tęskniła, do których modliła się o determinację lub śmierć.

Nie dostała nic o co prosiła. Dopiero po latach udręki ofiarowano jej coś, co ciągle od siebie odsuwała – złość, furię. Przemoc zrodziła przemoc, jej owocem był cios w obnażone przyrodzenie i szafka łazienkowa spadająca na rękę Leszka. Później ucieczka, a teraz strach przed wejściem do ojcowskiego mieszkania, gdzie zniszczony mężczyzna najpewniej czeka na nią, tak jak Ola kiedyś oczekiwała na męża – z mieszanką strachu, nadziei i pretensji.

Odrywa się od drzwi, wyciąga klucze z kieszeni. Zamek ani drgnie. Konstatuje, że jest otwarte. Wpada do środka, serce gra nadal swoje trele, a oddech świstem przecina panującą dookoła ciszę. Huberta nie ma w kuchni, gdzie zwykł przesiadywać. Zamiast niego wita ją mrok i zdawałoby się jeszcze bardziej przejmujące milczenie. Zapala światło, błysk czystości wypala oczy, podżega niepokój. Rusza dalej, niemal biegiem. W korytarzu potyka się o jakieś buty, nie ma czasu zapalać kolejnych świateł. Gna tak, jakby gonił ją sam diabeł, jakby wpadła w fugę, jakby uciekała przed plującym śliną Leszkiem.

Drzwi od pokoju ojca zamknięte, szarpie za klamkę, otwiera, widzi…

Pierwsze promienie słońca wpadają przez okno, muskają meble, odbijają się od starego telewizora, opadają na podłogę, gdzie pośrodku leży Hubert. Nie rusza się. Jest przysypany tynkiem z sufitu, a obok jego głowy spoczywa wyrwany żyrandol. Ojciec na szyi ma pętlę, wdaję się, że nie oddycha. Nie widać jego twarzy, odwrócona spoczywa w resztkach nocnego mroku. Aleksandra podbiega do niego, gubiąc po drodze łzy. Schyla się, zaczyna spazmatycznie łapać powietrze. Odwraca Huberta na plecy, wyciąga jego twarz w blask słońca, które właśnie budzi się do życia. Ola nie zwraca uwagi na smród odchodów, łapie za pętlę, ściąga ją z ojca, odrzuca w kąt pokoju, gdzie niknie w ciemności. Widać silne, podbiegłe krwią zsinienie na szyi. Twarz nabrała czerwonego koloru. Oczy Huberta, otwarte i ku zaskoczeniu Oli jeszcze świadome, są w barwie krwi, która wypłynęła z rozerwanych od wzrostu ciśnienia naczyń.

Widoczna w nich iskra jest słaba, gaśnie.

Aleksandra zaczyna mówić, bełkocze, przeprasza, błaga. Po ustach Huberta widać, że chciałby odpowiedzieć, ale nie jest w stanie – ma zmiażdżoną krtań i krwotok wewnętrzny, który zalewa mu płuca. Oddycha coraz wolniej, potrzebuje ratunku, a Ola nie potrafi go udzielić. Podstawy pierwszej pomocy na nic się zdadzą, konieczne pogotowie. W przypływie świadomości wyciąga telefon z kieszeni i dzwoni. Dyspozytorka nie rozumie o co chodzi, bo Ola płacze. Dopiero po kilku wdechach uspokaja się odrobinę, artykułuje prośbę o przysłanie karetki.

 Pomoc już jedzie. Aleksandra przytula ojca mocniej. Ich oddechy (jej spazmatyczny, jego coraz cichszy) łączą się ze sobą w ostatnią wspólną melodię.

(...)


Komentuj(1)
O tłumach
Notatkę dodano:2011-05-31 19:21:46

Na książki Dona DeLillo ostrzyłem sobie zęby od jakiegoś czasu, wszak przez Harolda Blooma zaliczony został w poczet najwybitniejszych pisarzy amerykańskich, razem z Thomasem Pynchonem, Philipem Rothem i Cormackiem McCarthym. Kontakty z prozą tych trzech panów okazały się cholernie satysfakcjonujące, a każda ich powieść automatycznie deklasowała dzieła, które uważałem wcześniej za wybitne. Zatem, gdy w końcu DeLillo odwiedził moją biblioteczkę, byłem spokojny o jakość i emocje, które pojawią się w trakcie lektury. Zaiste, instynkt nie zawiódł i tym razem, gdyż Mao II (na chybił-trafił wybrany spośród pozostałych dzieł pisarza) to powieść piekielnie absorbująca, wysmakowana stylistycznie, niemal bez skaz na warstwie fabularnej.

 

Rzecz traktuje m.in. o tłumach i jednostkach, które się w nich rozpuszczają. Centralną postacią Mao II jest Bill Gray, pisarz-legenda, człowiek ukrywający się przed całym światem, cyzelujący od lat swoją „najnowszą” powieść. W trakcie scen z jego udziałem, nachodziło mnie przeświadczenie, że inspiracją do stworzenia tego bohatera musiał być Thomas Pynchon, jego nieistnienie, tajemniczość, wyobcowanie. Zresztą, co ciekawe, pozostali pisarze z Wielkiej Czwórki niewiele się odeń różnią: Roth żyję w samotni z dala od miast, udzielając wywiadów bardzo sporadycznie za sowite wynagrodzenie; McCarthy znany jest ze swojej niechęci do rozgłosu, zaszywania się w niedostępnych rejonach USA; sam DeLillo też nie stanowi przykładu pisarskiego celebryty, co potwierdza tezę postawioną przez Storra, że wielkie umysły potrzebują jakiejś formy odosobnienia.

 

Gray to bohater absorbujący, wielopłaszczyznowy, trudny. Dzięki temu każda kolejna sekwencja zdarzeń z jego udziałem, to sceny wyrafinowane, nadziane trafnymi metaforami, obserwacjami i wnioskami. Los Graya, łącznie ze zwieńczeniem jego życia, to barwna oraz inteligenta opowieść, do bólu uzmysławiająca pragnienie oderwania się od wszystkich i wszystkiego – zaszycia się wśród anonimowości. Pozostali bohaterowie również fascynują, można nawet powiedzieć, że to zbiór popierdolonych ekstremistów, bowiem większość charakteryzuje się posiadaniem jakiejś skrajności maksymalnie rozległej, hipertroficznej. Jedyne zastrzeżenie mam do zamknięcia wątku współlokatorów Graya – nie taki finał zapowiadała treść książki, powiedziałbym nawet, że zawarty w tej scenie „powrót do domu i ukochanego” to zaprzeczenie wydarzeniom poprzednim.

 

Pod każdym innym względem Mao II to powieść wybitna, porażająca, napisana jednocześnie z humorem, ironią, dozą sarkazmu i ostrych jak brzytwa ripost. Stylistycznie płynie tak wartko, że wciąga na długie godziny i nie puszcza nawet wtedy, gdy czytanie powoduje cierpienie, zgrzytanie duszy.

 

A że będzie bolało – to macie jak w banku!

1d56d83e9b1f318dd4f009507f3bef25.jpeg

Brak komentarzy
Operacja Bobek
Notatkę dodano:2011-03-13 12:08:10

 

Dla Agi,

najsłodszej miłośniczki futrzaków

 

1

 

Miś Doskonały podniósł się z łóżka, otrzepał z kurzu, kaszlnął i zszedł na podłogę. Minęło wiele dni od czasu, kiedy ostatni raz się ruszał, więc odczuwał przejmujący ból pluszowych stawów, a w nosie i gardle nieprzyjemne łaskotanie. Podejrzewał że niska wilgotność w tym pokoju go wykończy, ale nie przypuszczał, że proces wysuszania będzie tak szybko postępował. Gdy szedł, miał wrażenie jakby masa, wypełniająca wnętrzności, skręcała się i prosiła o choć odrobinę wytchnienia. Miś zastanawiał się przez chwilę nad tym, czy aby w końcu nie zostawić właścicielce kartki na monitorze, która przypominałaby jej o używaniu nawilżacza, ale zbyt wiele miał teraz na głowie, żeby bawić się w poszukiwania długopisu i papieru pośród pobojowiska, jakim było biurko.

 

Zatrzymał się przy olbrzymiej klatce na zwierzęta, spojrzał w dół i przeciągnął się z cichym jękiem. Jezu, ależ go wszystko bolało! To nie do pomyślenia, aby Miś Doskonały znajdował się w tak złej kondycji, jeszcze trochę i zacznie marudzić jak ludzie, którzy (z racji posiadania zwalistego brzucha) nie są w stanie podnieść ręki bez zadyszki. Po krótkiej gimnastyce poczuł się jednak odrobinę lepiej, a mieszkańcy klatki zdążyli wybudzić się z południowej drzemki.

 

- Plecki bolą? – zapytała biała króliczka o imieniu Tesla.

 

- Taa, zbyt długo podpierałem ścianę.

 

- Świetnie sobie z tym radzisz, szczególnie w nocy kiedy leżysz odwrócony tyłkiem do wszystkich.

 

- E tam i tak widzę wszystko, co się dzieje dookoła.

 

- Dobra, skończcie z tymi przepychankami – wtrącił się Quentin, królik miniaturka z białą łatką na nosie i krótkimi uszami. – O co chodzi, stary?

 

- Jest sprawa do załatwienia.

 

- To wiem, inaczej nie ruszyłbyś się z łóżka. – Quentin uśmiechnął się do Misia Doskonałego, obnażając fragment zębów z przyschniętym do nich koperkiem. – Co mamy zrobić?

 

- Znacie Czarusia?

 

- Oczywiście, wszyscy wiedzą kto to jest. Nie da się mieszkać w tym rejonie Szczecina i nie słyszeć jego codziennego wycia – odparła Tesla.

 

- Otóż to – kontynuował Miś. – Tym razem wybierzecie się do niego. Według informacji przekazanych przez wywiad, ma w domu królika, który stał się poważnym zagrożeniem dla tutejszego ekosystemu. Trzeba go zneutralizować, albo przynajmniej wyedukować w kwestii higieny osobistej.

 

- Czyli znowu brudna robota? – spytał Quentin, odrywając się na chwilę od wylizywania ucha.

 

- Prawdopodobnie tak. Niestety wywiad nie wie dokładnie, jak jest w środku. Wszystkie nasze systemy zwiadowcze w pobliżu Domu Czarusia przestały funkcjonować. Na szczęście udało się pozyskać kilka istotnych materiałów, które pomogą w infiltracji. Chodźcie za mną.

 

Miś Doskonały odwrócił się i ruszył w stronę jednej z szafek. Zanim do niej dotarł, usłyszał zgrzyt zębów o metal. Gdy spojrzał do tyłu, okazało się, że króliki z całych sił szarpią za kraty przy drzwiczkach. Po kilku próbach klatka stała otworem, a one kicały po dywanie.

 

2

 

Laptop był stary, szumiał przy włączaniu, a jego napęd zgrzytał po tym, jak Miś włożył płytę CD. O wejściu USB i pendrivie mógł tylko pomarzyć, cieszył się jednak, że zainwestowano choć w namiastkę technologii. Weselił się jeszcze bardziej, gdy przypominał sobie, jak komputer trafił do tego pokoju: ludzie sami go przynieśli, myśląc, że ktoś go wyrzucił. Byliby w szoku, gdyby dowiedzieli się, że wszystko zaplanowano, a agenci wykonawczy Firmy podstawili sprzęt na wysypisko, dosłownie na chwilę przed przyjściem jednego z pozornych właścicieli Misia i królików. W akcji wzięło udział około dwudziestu chomików, które przytargały laptop na swoich grzbietach.

 

Płyta w końcu zaskoczyła, a na ekranie pojawiła się prezentacja multimedialna.

 

Na pierwszym slajdzie prezentacji umieszczono zdjęcie młodego królika. Był to baranek (charakteryzujący się „oklapłymi” uszami) o popielatym umaszczeniu z ciemniejszymi plamkami w okolicy pyszczka i wibysów.

 

- To jest Bobek – zaczął referować Miś. – Jak się zapewne domyślacie, stanowi zagrożenie i musicie go unieszkodliwić. Zdjęcie zrobiono, gdy miał sześć tygodni, tuż przed zabraniem ze sklepu przez ojca Czarusia. Trzy tygodnie wcześniej został oddzielony od matki, więc może mieć problemy z przewodem pokarmowym. Nasz muszy zwiad donosi, że bardzo często brudził klatkę miękkimi odchodami.

 

Na kolejnym slajdzie ponownie widniał szary baranek, ale tym razem uchwycony w biegu na czymś, co kiedyś mogło pełnić funkcję dywanu. Kilka centymetrów od twarzy miał niewielką, kolorową kulę.

 

- Bobek i kula-smakula – wyjaśnił Miś, a słuchające króliki uśmiechnęły się z pełnym politowania zrozumieniem. – Ponoć uwielbiał ją toczyć i wcinać wypadające ze środka przysmaki. Z niewiadomych przyczyn od kilku tygodni nie zaobserwowano, aby to robił. Muszy wywiad nie potrafi ustalić dlaczego, wysyłane przez nich jednostki nie wracają do bazy. To samo tyczy się innych agentów.

 

Następny slajd pokazywał Bobka w niewielkiej klatce, siedzącego obok kuwety.

 

- Wszystkie dostępne źródła mówią, że królik Czarusia na początku załatwiał się w jednym miejscu. Z czasem jednak zaprzestał tej praktyki, traktując jak kibel wszystkie możliwe zakamarki. Zanim straciliśmy kontakt z oddelegowanymi tam muchami, dowiedzieliśmy się, że prawie po nim nie sprzątano, a im było brudniej, tym rzadziej Czaruś go głaskał.

 

Kolejna fotografia przedstawiała leżącego baranka z zamkniętymi oczami

 

- To ostatnie zdjęcie z pokoju, w którym stoi klatka – westchnął Doskonały. – Widać na nim, że Bobek zaczął popadać w apatię. W tamtej chwili praktycznie nie wychodził, a podnosił się tylko wtedy, gdy wzywały go potrzeby fizjologiczne. Jeśli dobrze się przyjrzycie, dostrzeżecie, że praktycznie całą klakę pokrywają odchody wymieszane z niezjedzonym sianem.

 

- Uch, biedaczek. Trudno mu się dziwić, że wpadł w depresję – wtrąciła Tesla.

 

- Ano, pamiętajcie jednak, że zaczęło się od zwykłego przygnębienia, ale skończyło na tym, że Bobek zatruwa coraz większą ilość gruntu. Zresztą zobaczycie to na następnych zdjęciach.

 

Slajdy się zmieniały, a Tesla z Quentinem widziały ziemię z praktycznie czarną trawą, pousychane drzewa w pobliżu domu Czarusia, wykrzywione i bez życia krzaki, martwe zwierzęta na podjeździe, matkę chłopca ze ścierką przy ustach i bladą twarzą.

 

- Wygląda to jak mała apokalipsa – zasępił się Quentin. – Strach pomyśleć, że to dwa domy dalej. Szybko się rozprzestrzenia?

 

- Z naszych szacunków wynika, że trzy do pięciu metrów sześciennych dziennie…

 

- Sześciennych? – upewniła się Tesla.

 

- Tak. Skażenie idzie w grunt, więc woda w okolicy staje się niezdatna do picia – odparł Miś. – Teraz już wiecie, że ta sprawa to priorytet. Musimy to ograniczyć, nie możemy dopuścić do katastrofy porównywalnej do tej w Zatoce Meksykańskiej. Zobaczycie jeszcze kilka zdjęć przedstawiających teren i najlepszą drogę wejścia na podwórko Czarusia i ruszacie, nie ma czasu do stracenia.

 

Tak jak rzekł Doskonały, oczom królików ukazały się fotografie ogrodzenia, podkopów pod nim, ukrytych między trawami ścieżek, potencjalnych pułapek, zagrożeń w postaci oczek wodnych, pokrzyw, gniazd agresywnych owadów. Na sam koniec było zdjęcie wielkiego dobermana, który ślinił się do obiektywu.

 

- To wasz największy, znany nam, problem. Wabi się Gryzak. Nie widziano go od początku skażenia, ale istnieje spore ryzyko, że gdzieś się ukrywa. Uważajcie, nie nadano mu takiego imienia bez powodu.

 

- Kiepsko, ten gatunek psa trudno oszukać – zmartwił się Quentin. – Mam nadzieję, że Firma zaopatrzyła nas w coś ekstra na potrzeby zadania?

 

- Oczywiście – uśmiechnął się Miś, a następnie wstał i wyciągnął z szafki dwa plecaki moro, dopasowane do królików miniaturek. – Wszystko, co niezbędne, znajdziecie w środku. Teraz idzie się przygotować. Koniec odprawy.

 

Quentin i Tesla założyły sprzęt na plecy. Później pokicały w stronę drewnianego króliczego domku, który stał przystawiony do klatki. Znajdował się tam ich magazyn, skąd chciały dorzucić kilka specjalnych atrakcji, które mogły się przydać w neutralizacji Bobka.

 

Miś Doskonały patrzył na czarnobiałą dwójkę przez kilka sekund, po czym odwrócił się i wyszedł z pokoju, żeby wypełnić swoje misiowe obowiązki.

 

3

 

- Gotowy?

 

Quentin w odpowiedzi pokiwał głową.

 

- No to ruszamy, misiaczku. – Tesla wzięła jeszcze ostatni łyk wody z poidełka i dołączyła do partnera, który już kicał w stronę zamkniętych drzwi balkonowych. Na półtora metra przed nimi przyśpieszył, a gdy zrównał się z biurkiem podskoczył, złapał łapkami za blat i podciągnął do góry. Z biurka przeszedł na parapet (unosząc pyszczkiem niesforną firanę), gdzie ustawił się bokiem i wyciągnął głowę w kierunku klamki, którą zaczął wypychać. Na szczęście nie była domknięta, przez co łatwiej przeskoczyła. Quentin spróbował włożyć pazury w niewielką szczelinę między gumą a framugą, aby przez pociągnięcie otworzyć drzwi, jednak nie odniosło to zamierzonego skutku.

 

Westchnął zirytowany i spojrzał w dół.

 

Na dywanie czekała Tesla i nie spędzała tego czasu bezczynnie. Gdy Quentin manewrował na parapecie, wygrzebała z plecaka malutką wyrzutnię kotwiczek, którą rozłożyła i trzymała gotową do użycia. Nie potrzebowała dodatkowej zachęty, aby pociągnąć za spust. Kotwiczka wystrzeliła, odbiła od szyby, po czym zawinęła się dookoła klamki.

 

Quentin zeskoczył na dywan. Złapały linkę w zęby i zaczęły ciągnąć; drzwi otworzyły się z cichym chrobotem.

 

Na balkonie panował nieporządek i bardziej był królestwem pająków niż ludzi. Czarna folia, przykrywająca niedokończoną posadzkę (maskująca także brak barierki), powiewała na wietrze, a bytujące pod nią ośmionogi z pasją wzmacniały swe sieci, pozdrawiając przebiegające króliki. Przy zachodnim krańcu znajdowała się niewielka dziura, na tyle szeroka, że futrzaki mogły opuścić zasłoniętą część balkonu i stanąć na nagim betonie, który kończył się gwałtownym spadem.

 

Tesla ponownie sięgnęła do plecaka. Wyciągnęła ze środka długą stalową linę z hakiem na jednym, a ciężarkiem na drugim końcu. Zaczepiła ją o odstający pręt, a następnie zrzuciła; sięgała idealnie do poziomu trawy.

 

Quentin nałożył rękawiczki (wykonane z jakiegoś syntetycznego tworzywa, ponieważ Firma nie preferowała skórzanej odzieży), więc gdy Tesla się odsunęła, mógł zjechać jako pierwszy. Złapał za linę, zapierając się tylnymi łapami, po czym opuścił się na trawnik.

 

W oczekiwaniu na partnerkę podgryzał mlecze, lustrując teren w pobliżu.

 

Tesla, znalazłszy się na dole, podsunęła ciężarek pod ścianę i przykryła kępami trawy. Na podwórko lubił wpadać pewien bezdomny kot, który nie stanowił zagrożenia, ale bywał strasznie wredny. Szczególnie lubował się w przenoszeniu różnych przedmiotów, chowaniu ich w trudnodostępnych miejscach. Charakteryzował się przy tym lenistwem, więc brak odważnika w zasięgu wzroku powinien odebrać mu ochotę na figle.

 

Króliczka pokicała w stronę Quentina, wyrwała kępę trawy i ze smakiem przełknęła. Ruszyli dalej.

 

Minęły kompostownik, weszły w krzaki tuż za nim, gdzie czekała przecięta siatka prowadząca na sąsiednie podwórko. Tutaj zaczynało się robić niebezpiecznie, zaraz za wejściem umieszczone było oczko wodne, dookoła którego rosły wysokie pokrzywy, a między nimi bytowało kilkanaście nieprzyjaźnie nastawionych pająków. Gdyby właściciele dbali o swoją posesję, to mogłoby być naprawdę przyjemne miejsce, jednakże z powodu rzadkiego przycinania trawy i unikania pielenia, zmieniło się w małą dżunglę – przynajmniej dla królików.

 

Sięgnęły po maczetki przypięte do plecaków i zapuściły się w pokrzywy.

 

Parząca roślina zazwyczaj nie stanowiła dla nich problemu, miały na tyle grubą skórę i futra, że były przed nią odpowiednio chronione, niemniej krótkie przyjrzenie się liściom oraz łodygom, podpowiedziało królikom, że w tym wypadku lepiej zachować ostrożność. Machały więc maczetkami, wycinając sobie dróżkę. Im dalej się jednak zapuszczały, tym robiło się ciemniej, a pokrzywy wydawały się coraz bardziej powykręcane, zgarbione.

 

- Coś tutaj jest nie tak – zauważył Tesla.

 

- Podejrzewam, że to przez działalność Bobka. Popatrz jak czarnieją, to muszą być jakieś chemikalia. Bardzo silne zresztą.

 

Im bliżej podwórka Czarusia się znajdowały, tym bardziej ziemia wydawała się czarna, niemal spopielona. Porastające ją rośliny wyginały się w kierunku gruntu, a ich liście zmieniały się w ostre, powykrzywiane kolce, z których ściekał błyszczący śluz. O dziwo, nigdzie nie zobaczyły pająków; nie było śladów ich obecności, nawet maleńkiej pajęczyny. Do tej pory, za każdym razem gdy tędy przechodziły, musiały się z nimi rozmówić, zapłacić odpowiednie cło w postaci dratwy i opakowania suszonych komarów.

 

Gdy dobiegli do tunelu, który łączył to podwórze z podwórkiem Czarusia, przystanęły.

 

- Co tutaj jest grane? – zasępił się Quentin.

 

- Nie mam pojęcia, ale wiem, że biuro Firmy ma nieaktualne zdjęcia tego miejsca. Cholera jasna, chyba nie obejdzie się bez małego rejsu na drugą stronę.

 

Tunel do niedawna porośnięty był niewielkimi kępkami trawy, a w środku panowała absolutna susza (zapewniana przez wynajęte do tego krety i dżdżownice). Obecnie po roślinach pozostało tylko wspomnienie, a jego spodnią część pokrywała oleista kałuża.

 

- Myślisz, że jest głęboka? – zapytała Tesla.

 

- Utonąć, nie utoniemy, obawiam się jednak, jak będziemy wyglądać po kąpieli w tym czymś. Popatrz.

 

Quentin sięgnął do bocznej kieszonki plecaka, wyciągnął antenę radiową, rozłożył ją i kicnął kilka razy w głąb tunelu. Zatrzymał się przed mętną wodą, odsunął na bok żeby Tesla widziała co robi, po czym zanurzył przedmiot. Po kilku sekundach wyciągnął na wierzch i odwrócił w stronę partnerki. Z antenki szedł dym, a w miejscu, gdzie kończył się jej kontakt z cieczą, zaczęła się przełamywać, aż rozdzieliła na dwie części.

 

- Żrące.

 

- Niech to szlag – zaklęła Tesla. – Co teraz zrobimy, wskakujemy na ogrodzenie?

 

- To nie jest dobry pomysł, przyjrzyj się uważnie…

 

- Coś się stało z winoroślą, która je oplatała. Malin po drugiej stronie też nie widzę…

 

- Hymm, wszystko jest na swoim miejscu, tylko w trochę innej formie.

 

Quentin miał rację. Winorośl nadal tam była, ale nie przypominała tej pięknie wijącej się, zielonej rośliny, a powykręcane, cieniutkie i ostre jak igły ciernie. Z kolei maliny zmieniły się w coś na kształt czarnego drutu kolczastego.

 

- Musimy przepłynąć, wyciągaj sprzęt – rozkazał Quentin.

 

Króliczka wyrwała się z zamyślenia, ściągnęła plecak, pogrzebała w nim, wydobyła niewielką kostkę i nacisnęła na niej czerwony przycisk. Paczuszka odskoczyła, upadła na ziemię, jednocześnie zmieniając kształt na dwukróliczy ponton.

 

- Nie rozpuścimy się? – zapytała.

 

- Nie ma mowy. Czytałem specyfikację tego cuda. Zrobione z super wytrzymałych pochodnych węglowodorów cyklicznych, pokryte od dna teflonem, z silnikiem wysokoprężnym, który potrafi rozbujać to cacko do dwudziestu węzłów na godzinę. Dodatkowo wyposażone w GPS, sonar i sondę. Wskakujesz?

 

Tesla, z oczami oscylującymi blisko granicy oczodołu, pokiwała głową. Zeszły w głąb tunelu, popychając ponton przed sobą. Quentin wyciągnął małą uprząż z latarką, a następnie założył ją wiercącej się króliczcę.

 

- Ty przyświecasz, ja kieruję – uśmiechnął się, a Tesla w odpowiedzi tylko wyszczerzyła zęby.

 

Wepchnęły ponton do wody, po czym wskoczyły do środka. Po chwili z głębi dało się słychać odgłos silnika pracującego na wysokich obrotach i radosny krzyk Quentina.

 

4

 

- Ale to była jazda! – wrzasnął raz jeszcze królik. – Niech się schowa szczeciński wodolot!

 

- Dobra, dobra, nie ekscytuj się tak misiaczku, bo ci serce stanie.

 

Quentin wystawił Tesli język i wyskoczył na grunt. Złapał łapkami za ponton, następnie wciągnął go na stały ląd, gdzie ustawił pod boczną ścianą tunelu. Na pewno przyda się w drodze powrotnej. Miał już pokicać do góry, kiedy Tesla przywołała go do siebie. Stała blisko lustra wody, przyglądając się czemuś.

 

- Już wiemy, co się stało z kretami i dżdżownicami – wskazała coś skinieniem głowy.

 

Królik zobaczył jak w świetle latarki coś błyszczy. Gdy zogniskował wzrok, dostrzegł, że w wodzie pływa wiele białych kości. Skrzywił się.

 

- Dżdżownice musiały się po prostu rozpuścić…

 

- Nie wszystkie – powiedziała Tesla, omiatając górną część tunelu promieniem światła.

 

Z sufitu zwisały czarne, pousychane szczątki długich pierścienic. Wzdrygnęli się.

 

- Okay, koniec z ociąganiem. Załatwimy Bobka na cacy za to, co tutaj wyrabia! – Quentin pokiwał głową na znak aprobaty, po czym skierowały się ku wyjściu.

 

5

 

Na podwórku Czarusia nawet światło słoneczne wydawało się inne, było jakby przytłumione, zszarzałe. Trawnik, do niedawna bujny i soczyście zielony, wyglądał niczym cień samego siebie: wszelka roślinność poczerniała, a zamieszkujące go zwierzęta wyginęły. Ziemia przybrała odcień węgla kamiennego i stała się tak samo twarda. Wszędzie dookoła panowała cisza, niezmącona nawet przez niesforny wiatr, jakby bał się obniżać swój lot nad ten zakazany teren. Wrażenie upiorności potęgowały drzewa, niegdyś wysokie, prężne, teraz zgarbione, mroczne i suche.

 

Króliki, zaraz po wyjściu z tunelu, musiały założyć maski przeciwgazowe z modułem komunikacyjnym, ponieważ powietrze okazało się niezdatne do oddychania. Spoglądały na siebie w milczeniu przez kilka chwil, starając się przyswoić ogrom bobkowej apokalipsy. Nie udało im się. Mimo wysiłku, nie potrafiły zrozumieć, jak to się stało, że jeden mały futrzak doprowadził do zagłady pobliskiego ekosystem.

 

W końcu Tesla przerwała bezruch – zgasiła latarkę, skinęła na Quentina. Ten odwzajemnił gest, po czym ruszyły w dalszą drogę.

 

Musiały być czujne. Według danych przedstawionych przez Misia, na podwórku mógł czaić się Gryzak. Nie było wiadome, jak skażenie zadziałało na dobermana. Króliki podejrzewały, że zdechł, podobnie jak reszta zwierząt i owadów (kicając w stronę domu Czarusia, na każdym kroku mijały zszarzałe szkielety bądź zasuszone odwłoki), ale wolały zachować ostrożność.

 

Dotarłszy do bocznych drzwi skonstatowały, że są uchylone, a ze środka domu nie dochodził żaden dźwięk; nawet zegary nie tykały. W pierwszej chwili chciały wejść od góry – za pomocą wyrzutni linek wspiąć się na balkon na pierwszym piętrze i stamtąd rozpocząć poszukiwania – ale postanowiły zmienić plan.

 

Quentin zbliżył się do szpary między drzwiami a futryną i zajrzał do środka. Widoczność sięgała na dwa metry i pozwalała dostrzec szafkę na buty oraz potargany, brudny dywanik wścielając korytarz. Resztę skrywało coś na kształt mroku, ale w odróżnieniu od niego falowało, nieustannie zmieniając pozycję. Królik zaklął, po czym nałożył gogle noktowizyjne i jeszcze raz zlustrował pomieszczenie.

 

Ani śladu ludzi, Bobka i Gryzaka. Został po nich tylko bałagan i brud.

 

- Idziemy dalej, misiu? – zapytała Tesla, uruchamiając noktowizję.

 

Quentin mruknął i wszedł do środka.

 

Kicając czuły się jakby brodziły w melasie: każdy ruch łapką kosztował króliki wiele wysiłku i nim dotarły do pierwszego pokoju, były zasapane i spocone. Nie przejmowały się tym jednak, gdyż zaraz zobaczyły człowieka, najprawdopodobniej ojca Czarusia.

 

Za życia musiał być rosłym mężczyzną, ale kataklizm skurczył go i wysuszył, przez co wyglądał niema jak mumia pigmeja (podobnie jak przedstawiciele tej rasy szczerzył zęby w diabolicznym uśmiechu). Leżał na ziemi w pozycji płodowej, trzymając się za gardło. Pobieżne oględziny sugerowały, że człowiek umarł w wyniku odwodnienia i zatrucia organizmu jakimś związkiem chemicznym – biorąc pod uwagę nieświeżość powietrza, króliki były przekonane, że miał postać gazową. Aby potwierdzić domysły, wyciągnęły z plecaka Tesli detektor, po czym umieściły zakończenia odpowiednio w ustach i odbycie zmarłego.

 

- Mhm, duże stężenie podchlorynu sodu, czystego chloru i czegoś o nazwie ZPO-484pb-0136 – zawyrokował Quentin.

 

- Co to oznacza, misiu?

 

- Po pierwsze, czy ja wyglądam na misia? Jestem królikiem, do cholery! Po drugie nie mam pewności, ale najprawdopodobniej im głębiej się zapuścimy, tym bardziej żrące stanie się powietrze.

 

- Zakładamy kombinezony, misiaczku? – zapytała Tesla, wyszczerzając pod maską zęby w uśmiechu.

 

Quentin warknął w odpowiedzi i zaczął się przebierać.

 

 

Odziane w błyszczące, szczelne kombinezony kicały dalej, sprawdzając pomieszczenie za pomieszczeniem. Jak na razie nie odkryły kolejnych zwłok, ale widziały powywracane meble, pozasychane psie odchody, karłowate i poczerniałe rośliny doniczkowe. W pewnym momencie spróbowały zrezygnować z noktowizorów, ale otoczyła je wówczas tak gęsta ciemność, że po chwili zarzuciły ten pomysł.

 

Parter nie przyniósł żadnych niespodzianek. Dopiero gdy zaczęły wspinać się po schodach, zdały sobie sprawę, że właśnie tam musiało zacząć się skażenie.

 

6

 

Na pierwszym piętrze było jaśniej, więc zamieniły noktowizory na gogle ochronne i uruchomili latarki. Powietrze, według wskaźników na kombinezonach, nadal nie nadawało się do oddychania, a podłogę pokrywała warstwa tak głębokiego brudu, że w kontakcie z króliczymi łapkami przypominała gumę. Najgorsze wrażenie sprawiały jednak ściany oraz pozostałości po meblach i sprzętach codziennego użytku. Drewniane szafki na początku musiały sczernieć, następnie rozmięknąć, a na końcu po prostu rozpaść się na wilgotne kawałki, które teraz walały się po całej długości korytarza. Między nimi leżały szczątki odkurzacza, przypominając węża przyczajonego do ataku, a także fragmenty komputerów, telefonów komórkowych, obrazów ściennych, doniczek oraz opakowań po środkach czystości.

 

Quentin, tknięty przeczuciem, skierował się prosto do łazienki, do której drzwi były szeroko otwarte.

 

Wystarczyło krótkie zlustrowanie pomieszczenia, aby stracił ochotę na dalszą eksploracje. Królik zatrzymał się gwałtownie, próbując powstrzymać mdłości. Tesla nie zdążyła wyhamować i wpadła na niego, akurat wówczas, kiedy brał głęboki oddech. Przez kolizję był naprawdę bliski zwrócenia śniadania, na szczęście w ostatniej chwili zapanował nad sobą. Tesla stała obok i przyglądała się jego torsjom z ciekawością, ponieważ w takich sytuacjach bardziej przypominał czarną piłeczkę, która podskakuje raz za razem, niż królika miniaturkę.

 

Gdy Quentin poskromił żołądek, rozpoczęły rekonesans łazienki.

 

Pierwsze, co rzucało się w oczy, to ogromna wanna. Do jej napełniania służył zarówno tradycyjny kran, jak i bateria prysznicowa. Z zamontowanej na suficie prowadnicy zwisała ciemnozielona przesłona, obecnie rozsunięta niczym kurtyna w trakcie przedstawienia. Powód jej niedosunięcia tkwił zawieszony na grubym sznurze, odstręczając swą golizną, pokracznością i dziwnym karlim zasuszeniem. Tym razem była to kobieta, matka Czarusia, która sama odebrała sobie życie, wystawiając martwe ciało na działanie trucizny. Sądząc po stanie zwłok, zginęła później niż mąż, nie miała bowiem tak mocno poczerniałej skórny, nie zdradzała też tak wyraźnych objawów zatrucia. Obserwacje potwierdziły wskazania detektora.

 

Dodatkową różnicę stanowiła wielka dziura na brzuchu, rozciągająca się od wyrostka mieczykowatego do podbrzusza. To właśnie ona przyprawiła Quentina o kłopoty gastryczne.

 

Zaciekawione króliki wyciągnęły z plecaka rozkładany próbnik, po czym sięgnęły nim wprost do olbrzymiej perforacji. Z zewnątrz rana wyglądała na zasuszoną w takim samym stopniu jak pozostałe fragmenty ciała, ale po pierwszym dotknięci okazało się, że w środku pozostały resztki czegoś wilgotnego. Zgarnęły kilka kropel sączącej się mazi, będącej mieszanką tkanek i dziwnej gęstej substancji, a następnie przebadały ją.

 

- Oprócz pozostałości o właściwościach cytochemicznych, ponownie bardzo wysoka zawartość podchlorynu sodu, czystego chloru i tego szajsu ZPO. Wyżarło ją od środka. Musiała to wypić, nie mogła wytrzymać z bólu, więc się powiesiła. Straszna sprawa – zasmucił się Quentin.

 

Tesla pokiwała tylko głową, po czym wróciła do pracy. Oprócz rozsypanego wszędzie proszku do prania oraz kilkunastu króliczych kupek nie znalazły nic ciekawego. Wyszły z łazienki i zabrały się za sprawdzanie pozostałych pomieszczeń.

 

 

Na piętrze znajdowały się jeszcze trzy sypialnie. Dwie z nich okazały się graciarniami, w których nic nie znalazły. Dopiero gdy zbliżyły się do zamkniętych drzwi ostatniej, zauważyły, że w tym miejscu powietrze ponownie tężeje, ustępując miejsca falującej czerni, nie na tyle jednak intensywnej, aby latarki sobie z nią nie poradziły. Co ciekawe, tym razem nie ograniczała się ona do postaci gazowej – w miarę pokonywania kolejnych metrów, króliki spostrzegły, że nie stąpają już po wyjątkowo zabrudzonej podłodze, a po czarnej, miękkiej materii, która zapadała się odrobinę przy każdym kroku.

 

Tesla zatrzymała się, poświeciła chwilę latarką w pobliżu łapek i dała znak Quentinowi, aby stanął obok.

 

- Poznajesz? – zapytała.

 

- Przypomina pogryzione sianko…

 

- Zgadza się. Przyjrzyj się dokładniej, na co to wygląda?

 

- Na masę rozdeptanych bobków! – wykrzyknął Quentin.

 

- Bingo. Ten królik ma najbardziej trafne imię ze wszystkich zwierząt.

 

- Nie wierzę! – ekscytował się dalej Quentin. – Pomyśl ile czasu zajęła mu produkcja tego, a coś czuję, że to dopiero przystawka przed głównym daniem.

 

- Zapewne masz rację. Pora się o tym przekonać.

 

Tesla załadowała wyrzutnię, wycelowała, wystrzeliła. Linka poleciała do góry, a kotwiczka zahaczyła o klamkę. Po krótkim siłowaniu się, zamek odskoczył i można było otworzyć drzwi. Quentin ruszył pierwszy, Tesla została kawałek z tyłu osłaniając go.

 

Królik włożył nos przez szparę między drzwiami a futryną. Następnie wsadził całą głowę do środka. Widoczność była niezła, więc nie zachodziła potrzeba zmiany gogli na noktowizor. Poświecił latarką na prawo i lewo. Nic w zasięgu wzroku. Wszedł cały, obrócił się lustrując pobieżnie pomieszczenie. Dywan okazał się pokryty jeszcze grubszą warstwą odchodów, wszędzie walały się poczerniałe zabawki, fragmenty pościeli oraz pozostałości po dziecięcym łóżku, którego większe szczątki zalegały w pobliżu szarego okna. Ściany pokoju były niemal zupełnie czarne, tapeta odchodziła od nich płatami, podobnie zresztą jak farba z sufitu.

 

Wyglądało na to, że w pomieszczeniu nikogo nie ma. Zanim dał znak Tesli, aby weszła do środka, dostrzegł kątem oka, że naprzeciwko dawnego posłania Czarusia, znajdują się kolejne drzwi. Były lekko uchylone i z pomieszczenie za nimi ukrytego, falami wydobywały się ciemne obłoki.

 

- Wchodź. Teren czysty – rozkazał.

 

Gdy Tesla przekraczała próg, zobaczyła w świetle latarki jak coś wielkiego, czarnego niczym smoła, odrywa się od pobliskiej ściany i z warknięciem skacze na Quentina.

 

7

 

Gryzak żył i miał się nad wyraz dobrze, choć jego ciało nie było obojętne na działanie trucizny. Tesla, nim zareagowała na atak, zobaczyła w blasku latarki, że po bokach klatki piersiowej praktycznie nie miał skóry, a same pociemniałe mięśnie z prześwitującymi gdzieniegdzie żebrami. Zdążyła ujrzeć jeszcze czerwone, wściekłe oczy oraz długie zęby, które skierowały się w stronę grzbietu Quentina. 

 

Sięgnęła do jednego z pasów oplatających jej tułów, wyszarpnęła nóż.

 

Wiedziała, że Quentinowi udało się uniknąć pogryzienia dzięki kombinezonowi, w który wpleciono siatkę tytanową. Zęby psa ześlizgnęły się, jednakże nie zniechęcił się tym i zaczął ciąć królika pazurami. To oczywiście również nie przynosiło skutku, ale ciosy były tak silne, że Quentin przelatywał raz w prawo, raz w lewo, odbijając się od ścian. Gryzak właśnie szykował się do kolejnego uderzenia, kiedy Tesla wskoczyła mu na kark, wyprowadziła pchnięcie i ugodziła.

 

Celowała w przestrzeń między kręgiem szczytowym a potylicą, ale nie trafiła. Ostrze ześlizgnęło się po kości i utkwiło w mięśniach okalających kręgosłup. Były tak napięte, że z trudem wyciągnęła nóż. Z rany silnym strumieniem popłynęła lepka krew, ale niepomny na to Gryzak przewrócił się na plecy, chcąc przygnieść Teslę. Umknęła w ostatniej chwili, przeskoczyła na podłogę, odbiła się od niej i wylądowała na podłużnym nosie dobermana. Zanim zrzucił ją łapą, króliczka dźgnęła najpierw prawe, a później lewe oko. Pies  zawył z szoku i ból. Próbował się podnieść, ale dezorientacja, panika mózgu odciętego od obrazów świata zewnętrznego, ciągle sprawiała, że padał na dywan. W końcu tylko piszczał i leżał w powiększającej się kałuży krwi.

 

Do Tesli dołączył poturbowany Quentin. We dwójkę unieruchomili i zakneblowali psa, po czym opatrzyli mu oczy oraz ranę na karku. Krew przestała lecieć, a Gryzak leżał nieruchomo, spazmatycznie łapiąc powietrze.

 

- Wyjdzie z tego, choć nie mam pojęcia, czy Firmie uda się odbudować jego skórę – podsumowała Tesla. – Nie wiem też, jakie zmiany w mózgu wywołało przebywanie tutaj. Patrząc na pozostałych domowników, powiedziałabym, że to miejsce raczej nie nadaje się na centrum uzdrowiskowe…

 

- Chyba nie doceniasz tutejszego klimatu – odparł Quentin i roześmiały się.

 

Później ruszyły w stronę ostatniego pomieszczenia.

 

8

 

Drzwi do pokoju Bobka były uchylone. Quentin już wcześniej zauważył, że przez szparę wydobywają się kłęby czerni, która coraz mocniej gromadziła się w dawnej sypialni Czarusia. Na szczęście nadal nie wydawała się tak gęsta, jak na dole, a to oznaczało, że główny strumień musiał uchodzić z pierwszego piętra w inny sposób. Króliki poświeciły w przerwę między futryną a drzwiami, próbując dostrzec coś konkretnego. W przeciwległym kącie zarejestrowały ruch. Nie czekając dłużej wpadły do środka.

 

Pierwszy widok był porażający.

 

Klatka stała na wysokiej górce zrobionej z króliczych odchodów. Bobki zasłaniały również podłogę, a gdzieniegdzie widać było stogi siana i plamy po moczu połyskujące w świetle latarek. Ściany zaczęły się rozpadać, tworząc olbrzymie, czarne gruzowisko. Sufit przypominał ser szwajcarski – miał tyle dziur, że króliki po dziesiątej przestały liczyć. To tędy Bobek zatruwał podwórko i najbliższe otoczenie. Za samą produkcje trucizny odpowiadał zaś wielki gar ustawiony blisko jednej ze ścian, która przy połączeniu z sufitem miała zainstalowaną kratkę wentylacyjną. Pod kotłem umieszczono kuchenkę gazową; wszystkie palniki pracowały pełną parą. Bobek stał przed paleniskiem, dolewając coś do gotowanego „dania”.

 

- Ręce do góry i wara od gara! – krzyknęła Tesla.

 

Bobek posłusznie się odsunął i odwrócił w stronę niespodziewanych gości.

 

- Słodko, słodko, słodko, goście, goście, goście – ucieszył się. Nie zdążył jednak dodać nic więcej, ponieważ Quentin kilkoma susami pokonał dzielącą ich odległość, skoczył i powalił Bobka na podłogę. Ten jęknął, próbował się podnieść, ale był zbyt osłabiony, żeby wygrać z wytrenowanym przez Firmę królikiem. W kilka sekund później wylądował skuty i zakneblowany pod ścianą.

 

Tesla wyłączyła kuchenkę, a mieszanina ze środka przestała bulgotać. Świecąc latarką dookoła zobaczyła, że w pobliżu znajdują się setki opakowań po Domestosie.

 

- Oto nasza trucizna – mruknęła. Oczywiście Quentin usłyszał to przez radio, więc zostawił Bobka i przybliżył się do Tesli.

 

- Kurde, dlatego w powietrzu był chlor! Ale skąd on tyle tego miał?!

 

- Zaraz wszystkiego się dowiemy, tylko najpierw znajdźmy Czarusia, bo coś za cicho tutaj.

 

Na owoce poszukiwań nie trzeba było długo czekać. Dziecko leżało w kącie niedaleko drzwi. Wyglądało podobnie jak ojciec piętro niżej, z taką różnicą, że nie miało ubrania, a z każdego naturalnego otworu ciała wylatywały mu królicze bobki. Najwięcej znaleźli ich w ustach, co wydawało się Tesli i Quentinowi wyjątkowo skutecznym sposobem na uciszenie drącego się gówniarza. Detektor wykazał, że przyczyną zgonu było zatrucie, odchody znalazły się więc w ciele chłopca po śmierci.

 

Odrobinę przytłoczeni tym widokiem wrócili do Bobka.

 

Wcześniej był popielatym barankiem, obecnie wyglądał jak mutant. Charakterystyczne, wiszące uszy przypominały powykręcane, zasuszone patyki. Futro, kiedyś błyszczące, wyparowało razem ze skórą, odsłaniając mięśnie, które czarniały i kruszyły się przy każdym poruszeniu. Oczy zmieniły się w dwie czerwone kule, a niegdyś słodki pyszczek odpadł, uwidaczniając brązowo-zielone resztki zębów i języka. Z podbrzusza sączył się Bobkowi jakiś płyn, będący najprawdopodobniej mieszaniną powstałą w wyniku oddziaływań trucizny na cytoszkielety komórek.

 

- Dobra, teraz sobie porozmawiamy – zaczął Quentin. – Co się tutaj stało, do cholery? Ja rozumiem, że nie dbali o ciebie, ale żeby ich potraktować czymś takim…

 

Tesla opuściła Bobkowi knebel.

 

- Boli, boli, boli, nie lubię, nie lubię, nie lubię, złe goście, złe goście, złe… - bełkotał.

 

Króliki jeszcze kilka razy pytały, ale nic nie wskazywało na to, że Bobek odpowie. W końcu zaciął się na „gotować, gotować, gotować” i Tesla podciągnęła mu knebel, mając dosyć tego majaczenia.

 

- Zwariował, jest szalony jak Marcowy Zając – podsumował Quentin. – Może w Firmie coś z niego wyciągną.

 

Zostawiły Bobka samego.

 

 

- Według wskazań powietrze powoli wraca do normy. Kłęby tej dziwnej ciemności się rozpraszają, pora wezwać transport i ekipę sprzątającą – powiedziała Tesla.

 

Quentin pokiwał głową i nadał krótki komunikat.

 

Po kilku minutach na podwórko wjechał samochód (dla przypadkowego świadka wyglądający jak zabawka) z ekipą trzech małych pluszowych misiów, odzianych w kombinezony zabezpieczające przed skażeniem. Króliki zaprowadziły je do środka, a następnie wskazały sprawców zamieszania.

 

Kwadrans później jeden miś odjechał z więźniami do siedziby Firmy, a pozostałe pomagały Tesli i Quentinowi podłożyć mikro ładunki wybuchowe w kuchni przy piecyku gazowym.

 

9

 

Króliki wspinały się na balkon, kiedy dom Czarusia stanął w płomieniach. Obróciły się tylko na moment, po czym weszły do pokoju. Miś Doskonały już na nie czekał.

 

- Gratuluje, świetna robota!

 

- Jak zawsze. – Tesla ściągnęła maskę i uśmiechnęła się. – Szkoda tylko, że tak to się skończyło…

 

- Co masz na myśli? – zapytał Miś.

 

- Wiesz, cała rodzina zginęła, królik zwariował, pies też, a dom poszedł z dymem.

 

- Cóż, ludzie byli sami sobie winni. Mamy już prawie cały obraz sytuacji. Zacznijcie wracać do stanu podstawowego niewinnych, słodkich futrzaków, a ja przybliżę sprawę.

 

Agenci zgodnie pokiwali głowami i zaczęli się krzątać po pokoju.

 

- Bobek był kochany do czasu. W momencie, w którym okazało się, że dojrzał i trzeba po nim częściej sprzątać, rodzina odrzuciła go. Przestał być głaskany, coraz rzadziej dostawał dobrą karmę do jedzenia i nikt nie chciał czyścić jego kuwety. Czaruś tylko chodził, jęczał i krzyczał. W końcu matka nie wytrzymała i postanowiła wyczyścić królika raz a porządnie. Użyła do tego Domestosa, którego olbrzymie zapasy zgromadziła podczas wyprzedaży w Biedronce dwa lata wcześniej. Bobek źle się przez to czuł: kichał, stracił apetyt, a jego futro z dnia na dzień zmieniało kolor z popielatego na czarny. Później zaczęło wypadać. Gdzieś właśnie w tym momencie Domestos zrobił mu papkę z mózgu i owładnęła go idea „gotowania”. Nie wiemy jak przeniósł zapasy środka czyszczącego, ani w jaki sposób przetransportował propan, kuchenkę i kocioł, ale teraz to nieważne. Liczy się tylko, że wlewał Domestos do gara i pichcił na wolnym ogniu. Czaruś wraz z rodziną szybko odczuli tego wpływ, zaczęli majaczyć, wymiotować. Nie byli przez to w stanie powstrzymać Bobka, którego wspierał Gryzak. Gotowanie trwało dalej, ale zmienił się przepis – do wywaru trafiały również odchody, których gromadziło się coraz więcej. Tę zmianę widać po ofiarach, sam Domestos wypalał, wysuszał, kurczył, odwadniał, a po połączeniu z odchodami powstał czarny gaz, który odpowiadał za mutację Bobka, Gryzaka i okolicznych roślin.

 

- Cholera, od dzisiaj załatwiam się tylko do kuwety. Nie miałem pojęcia, że resztki pokarmowe mogą być tak szkodliwe – wtrącił Quentin, który wraz z Teslą pochował cały sprzęt i stał teraz przed wejściem do klatki.

 

- Niestety, tak to działa w połączeniu z Domestosem – podsumował Miś. – Na szczęście nie musicie się martwić, tutaj dbają o was.

 

- Zgadza się – potwierdziła Tesla. – Ale aż strach pomyśleć, że po sąsiedzku ktoś doprowadził swoje zwierze do takiego stanu. Bobek nikomu krzywdy nie robił, musiał tylko załatwiać potrzeby fizjologiczne jak każdy. Ci ludzie tego nie rozumieli, odrzucili go, a później doprowadzili do obłędu. Czy naprawdę wymagał aż tak wiele?

 

- Nie, potrzebował tylko odrobinę uwagi, poświęcenia – dodał Quentin. – Gdyby je dostał, na pewno odwdzięczyłby się tej rodzinie.

 

- A zamiast tego doszło do tragedii – podsumował Miś. – Dobrze, że w tym przypadku złamania praw zwierząt, ludzie ponieśli konsekwencje. Boję się myśleć o tych wszystkich królikach, chomikach, świnkach morskich, psach, kotach, szynszylach, które codziennie, przez wiele lat, muszą cierpieć z powodu niedojrzałości. Jednakże Firma coraz częściej wyłapuje takie sytuacje i szybko wprowadza prewencje. Niedługo coraz rzadziej będzie dochodziło do takich niegodziwości.

 

- Mam taką nadzieję – Tesla i Quentin powiedzieli chórem.

 

Miś Doskonały uśmiechnął się do nich.

 

- Mimo całej tej tragedii, spisaliście się wyśmienicie, dlatego też w klatce czeka niespodzianka. Własnoręcznie zerwałem.

 

Nie czekając na dalsze słowa, króliki wskoczyły do środka i rzuciły się na soczyste, emanujące zdrową zielenią mlecze. Jadły aż im się uszy trzęsły.

 

KONIEC

 

 

Szczecin, sierpień-wrzesień 2010

060582d8647fb7e8999f5141aafb22f2.jpeg

Komentuj(1)
O Łabędziu
Notatkę dodano:2011-02-02 10:35:28

 

Fabuły Czarnego łabędzia streszczać nie ma sensu, bo jest zaiste szczątkowa, ale warto się zatrzymać na dwóch kwestiach, które film porusza. Zacznijmy od motywu w kinie ogranego, a mianowicie od dążenia do doskonałości. Faktycznie to już było, pokazywane lepiej i gorzej, lecz chyba nigdy wcześniej nie odebrałem tego tak dogłębnie – jeszcze przez wiele godzin po seansie czułem rezonans w duszy, a sen wieczorem miałem niespokojny. Doskonale rozumiem perfekcjonizm, nieustanne ćwiczenie, poprawianie, wracanie do wydawałoby się rzeczy już idealnej, która takową jest dla wszystkich dookoła, ale nie dla twórcy. Co ciekawe te fragmenty Czarnego łabędzia wcale nie są najwyższych lotów (za wyjątkiem genialnego zakończenia), powiedziałbym nawet, że przez znaczną część seansu giną w powolnej metamorfozie, w poszukiwaniach utraconej części siebie przez główną bohaterkę.

 

Nad tymi elementami filmu Freud mlaskałby z zachwytu, a jego oziębłe ciało na pewno rozgrzałoby zrozumienie, erekcja wynikła z częściowej zgodności idei. Są w Czarnym łabędziu elementy tak charakterystyczne dla podstaw teorii psychoanalizy, że aż włos się jeży – znajdziemy więc popieprzonego rodzica, który tłumi podstawowe instynkty swego dziecka, które zatraca się w czynnościach zastępczych, mamy wycofanie, mamy depresję z niego wynikłą, mamy także konieczne odrzucanie kolejnych warstw siebie, aby móc zaistnieć jako kompletna, spełniona, pozbawiona zaburzeń całość, a że droga wiedzie przez nasilenie objawów psychotycznych, niszczenie patologicznego obrazu świata i samej siebie – tym bardziej interesujące, groźniejsze wszystko. W tych momentach twierdzenia Austriaka idą w odstawkę (nie przyjmował przecież do wiadomości, że zainteresowania człowieka to coś więcej niż kompensacja nieistniejącego życia erotycznego) i poruszane w Czarnym łabędziu problemy wychodzą naprzeciw psychiatrii post-freudowskiej, postać Niny staję się więc doskonałą ilustracją potęgi ludzkich zainteresowań oraz pragnień, które nie tyle są rekompensatą, co pomostem.

 

Przypomina się Uczta Platona, kiedy to Arystofanes postanawia wprowadzić swoich współbiesiadników w tajniki potęgi miłości. Rozpoczyna on od przywołania mitu, według którego początkowo istniały trzy płcie: hermafrodyci, mężczyźni i kobiety. Mężczyźni pochodzili ze Słońca, kobiety z Ziemi, a hermafrodyci z Księżyca. Każde istnienie ludzkie stanowiło pełną całość o czterech rękach i czterech nogach, zdolne do chodzenia w pozycji wyprostowanej w każdym kierunku albo do szybkiego poruszania się poprzez nieustanne obracanie się (baletowy łabędź w to bardzo piękne uwspółcześnienie tej wizji). Owe pierwotne istoty były aroganckie i potężne – stanowiły zagrożenia dla bogów, Zeus stwierdził więc, że muszą zostać przepołowione, zmienił także sposób reprodukcji rodzaju ludzkiego (z ejakulacji na ziemię na drogę stosunków seksualnych). Konsekwencją tego czynu jest konieczność poszukiwania przez każdą istotę swojej drugiej połówki, dopiero po jej odnalezieniu można przywrócić wcześniejszą całość: „Miłość, mówi Arystofanes, to inna nazwa pożądania i pogoni za całością”.

 

Historia Niny to nic innego, jak właśnie poszukiwanie jedności i idealnie wpasowuje się w ten mit: bohaterka krok po kroku eksploruje (nieświadomie) swoje wnętrze, uzewnętrzniając cechy drugiej (mrocznej) połowy. Gdy dochodzi do aktu zjednoczenia, zrozumienia, akceptacji, Nina asymiluje odnalezioną część siebie i (po uprzednim rozsypaniu się) stwarza jaźń ostateczną, niepodzielną. Fascynujące jest to, że mimo znacznego nacisku na seksualność, finalnie nie przez nią dochodzi do spełnienia bohaterki; rację mają w tym wypadku osoby, które uważają, że w rzeczywistości transcendentne doświadczenie nagłego połączenia pojęć lub rzeczy albo też pojawienie się sensu w życiu mogą zostać wywołane najróżniejszymi (czasami abstrakcyjnymi) czynnikami. W tym filmie nastąpiło to poprzez osiągnięcie maestrii w balecie. Dzięki temu Nina zyskała nie tylko Ja-zespolone, ale też odkryła własne wnętrze, własny wdzięk…

 

A, niestety, destynacja piękna jest jedna, co przerażająco podsumował Nick Cave w utworze Where the wild roses grow.

 

a64af7a74d88c45f09d7604569e3c2db.jpeg

Brak komentarzy
O cząstkach elementarnych
Notatkę dodano:2011-01-20 21:09:12

 

Niech tytuł was nie zwiedzie, w niniejszym tekście, podobnie jak w powieści Houellebecq’a, cząstek elementarnych, wgłębiania się w ich podział, rolę i funkcję, będzie jak na lekarstwo. Oczywiście ciekawie byłoby skupić się na poszukiwaniach tajemniczego bozonu Higgsa, na oddziaływaniach słabych, Wielkim Zderzaczu Hadronów, kwarku powabnym bądź na zunifikowanej teorii pola, ale z drugiej strony, groziłoby to poważnym przynudzaniem (przynajmniej dla czystej wody humanistów) i skazaniem na niedoczytanie. Poza tym, wspomniane zagadnienia nijak się mają do zawartości książki, ponieważ Houellebecq (jeśli już sięga po naukę) częściej zajmuje się biologią molekularną niż fizyką sensu stricto, a zderzenia interesuję go tylko w wymiarze ludzkim – ciało o ciało, penis o srom, kutas o podniebienie...

 

Kłamałbym, gdybym stwierdził, że tylko o tym są Cząstki elementarne – to tak naprawdę powieść (polibiografia) rzeka, jest w niej wszystko, a dokładniej, autor umieścił w swojej wizji każdy element ważny przy opisywaniu człowieka współczesnego. Zgodnie z podstawami psychoanalizy homo sapiens (zostało to również potwierdzone u innych gatunków) podąża za przyjemnością i poświęcić może dla niej dosłownie wszystko (moralność? co to takiego? godność? tfu, pluję na nią! uczciwość? a wczoraj podtarłem sobie nią tyłek!), Houellebecq doskonale o tym wie, co zaowocowało wpleceniem w opowieść postaci Bruna, który życie ma takie sobie, raczej nieudane, zawieszone na cienkich ostatkach zdrowia psychicznego i osadzone na rozlatujących się fundamentach seksualnych frustracji. Z tych powodów Bruno nie potrafi docenić daru od losu (wyciska go do cna wyłącznie pod względem erotycznym), aż w końcu go traci, co doprowadza do jeszcze większego niezadowolenia, eksplozji rozszczepień w jaźni. W odróżnieniu od swojego brata, Michela, za wszelką cenę stara się być jednostką społeczną, mimo tego, że najwyraźniej nie potrafi się wpisać w ogół (pod względem mentalności jest zachwiany, poglądy ma ostre ale zachowuje je dla siebie/najbliższych, nawet kutasa ma małego, a o byciu długodystansowcem musi zapomnieć), czego przez większość życia nie dostrzega i raz za razem odbija się od kolejnych ścian cywilizacyjnych – ratunkiem są ulotne chwile rozkoszy oraz godzinowe tyrady wygłaszane bratu oraz kochance, którym bliżej do zwierzeń u psychoanalityka, niż do próby dialogu. Takie podejście, idealnie podsumowujące tragizm konsumpcjonizmu, prowadzi w jedną stronę i każdy krok Bruna przybliża go do krawędzi, przeto staje się on uniwersalnym obrazem człowieka, który pragnie się dopasować, wycisnąć życie do cna, ale uwarunkowania genetyczno-kulturowe (matka notoryczna kurwa, szerzący się libertarianizm, New Age, swingersi itp.) zrobiły mu z mózgu (zbyt wiele oczekiwań, rojeń) papkę, nienadający się do niczego organ przepełniony kompleksami, niemożnością. Oto smutny obraz znacznej części homo sapiens schyłku XX i początku XXI wieku.

 

Bruno, mimo tragizmu, to pod wieloma względami postać zabawna (lubi się czytelnik śmiać z błędów, które przypominają jego wybory, jego żywot), z kolei z Michela dramat aż się wylewa i należy zapomnieć tutaj o komedii. Naukowiec, osoba stawiająca na piedestał odkrycia, która nie potrafi współodczuwać, nie kocha, nie pożąda – prawie jak nie-człowiek. Jednakże, w świetle tego co pisze w swojej rozprawie Anthony Storr, nie można mu przykleić etykiety: „Psychopata” – to po prostu osoba, która (poprzez skupianie się na indywidualności) wydobywała z siebie rzeczy wielkie, społeczny wymiar życia należało w tym wypadku poświęcić, co jawi się zupełnie zrozumiałe i stanowi alternatywę dla mocno utrwalonego w kulturze kultu rodziny, bliskich... Dzięki odpowiedniemu profilowi mózgu (znanym od wieków, już u Kartezjusza, Newtona, Einsteina itp.) Michel mógł dokonać przełomowego odkrycia w dziedzinie biologii molekularnej, nie tyle doprowadzając człowieka do bariery transhumanizmu, co zasypując ją, poprzez stworzenie gatunku następczego, lepszego pod względem genetycznym i jakościowym (oraz – co wynika z epilogu – społecznym).

 

Bardzo to zajmująca wizja, zarówno pod względem bohaterów a także analizowanych zagadnień, ale wydaję się być taka wyłącznie pod względem humanistycznym. Otoczka biologiczna (momentami też fizyczna) jest, owszem, intrygująca, ale nazbyt skromna, aby dłużej się nad nią zatrzymać – Houellebecq bowiem wpadł w pułapkę i pisał o drodze do przekroczenia człowieczeństwa wyłącznie w ludzkich kategoriach (da się inaczej, patrz powieści Grega Egana). Tłumaczy to zakończenie, co nie zmienia faktu, że jawi się pójściem na łatwiznę.

 

1a2bf8147f2f3be57de4dd7dbbc0d704.jpeg

Brak komentarzy
O Piołunniku
Notatkę dodano:2010-12-07 18:35:46

Rozczarowanie. Piołunnik na początku cholernie mnie zaskoczył – co jak co, ale takiej tematyki się nie spodziewałem, jeszcze podanej w wyjątkowo (jak na Dukaja) przystępny sposób (bardzo przypominały pierwsze sceny klimat z Psa i Klechy spółki Urbi et Orbi) – jednakże rozwiniecie i zakończenie to przykład, jak można pogrzebać dobry pomysł. Niestety, rozmowa się to wszystko, im dalej – tym mniej klarowne, coraz bardziej urywane, aż finalnie irytuje i pozostawia w głowie niepotrzebny mętlik. A mogła być ta opowieść świetnym, luzackim, wciągającym zamknięciem zbioru – taką prezentacją, że Dukaj jak chcę, to może i pisać stricte rozrywkowo. Zamiast tego było „szybko” i dobrze literacko, ale jednocześnie kiepsko fabularnie. Trudno przeboleć, że taki motyw wyjściowy pogrzebał bełkot, nadmiar niepotrzebnych niedopowiedzeń. Całe szczęście rekompensują ten zawód wcześniejsze udane mini-powieści.

 

***

 

Tak oto dotarłem do końca przygody z Królem bólu Jacka Dukaja. Niezwykła była to wędrówka po zróżnicowanych światach, pełnych niesamowitych gadżetów i pomysłów rodem z najbardziej powykręcanych snów. Zachwycająca podróż pod każdym względem – wyobraźnia pracowała jak nigdy, a zmysły chłonęły niczym gąbka świetny styl, poruszające idee i porażające pointy. Końcowo pięć z ośmiu tekstów mnie sponiewierało, co jest dobrym wynikiem (choć słabszym, niż w przypadku W kraju niewiernych) i polecam zakup tego wyboru każdemu szanującemu się czytelnikowi fantastyki w Polsce – nie ma bowiem na naszym rynku drugiej tak wyjątkowej książki, która mimo swych nierówności bije na łeb konkurencje. I bawi mnie to, że po sukcesie Lodu i Wrońca sięgnie po Króla bólu grono krytyków i literaturoznawców, którzy niezaznajomieni z hard SF, z koncepcjami PHB, po prostu odbiją się od tego zbioru jak od trampoliny. Ciekawi mnie bardzo, co z tego wyniknie, jak silna będzie ich czkawka.

 

W niedługim czasie napiszę recenzję dokładnie podsumowującą wrażenia z lektury Króla bólu (utrzymaną w innym tonie stylistycznym, bez blogowej frywolności). Pewnie zawiśnie na Granicach, do przeczytania zatem!


Komentuj(2)
O Aguerre
Notatkę dodano:2010-12-06 21:48:47

Czas na rehabilitację – po dwóch ciut słabszych tekstach, przyszła pora na solidny rewanż w postaci Aguerre w świcie. Kolejna opowieść z grona starszych, ale mimo upływu lat nie widać na niej drobin kurzu, ani pęknięć nieaktualności materiału wyjściowego. Rzecz idealnie wpasowuje się w tematykę zbioru i jest to esencja Dukaja cyberpunkowo-osobliwościowego (że tak to ujmę). Akcja gna do przodu, fabuła wpada raz po raz w ostre zakręty, a główny bohater z powodzeniem wszystko napędza, fascynując ze strony na stronę coraz bardziej. Najważniejsze jednak, to brak powtarzalności ideologicznej – niby mechanizmy świata już znane, niby klocki używane wcześniej etc., ale sam pomysł, samo rozwiązanie zagadki (jakby nie patrzeć natury kryminalnej) świeże i wciągające.

 

Dosyć obszerna ta opowieść – ponownie w okolicach 120 stron – ale i tym razem żal człowieka ściska na finał; chciałoby się więcej, dłużej (mocniej…), choć czuje się w podświadomości, że nadmiar nie byłby dobry, bowiem rozmyłaby się całość w dygresjach, patosie, niepotrzebnych konwersacjach, a tak wszystko do siebie pasuje, stanowi kwintesencje storytellingu ze spójną (niestarzejącą się) wizją świata. Trudno mi znaleźć obecnie słabe strony Aguerre w świcie – jedyne, co silnie ciśnie się na powierzchnie mózgu, to nadmiar urywanych (czasami mętnych) dialogów – więc podaruje sobie drążeniem w głąb tej materii i jeszcze przez kilka chwil ponapawam się pointą i różnymi smaczkami koncepcyjno-futurystycznymi.


Brak komentarzy
O sercu
Notatkę dodano:2010-12-05 14:30:20

Utrzymuje się tendencja spadkowa. Był średni Crux, teraz pora przyszła na przeciętne Serce mroku. Kolejny ze starszych tekstów na początku wiele obiecuje – punkt wyjściowy jak w Jądrze ciemności, klimat też podobny, podniesiony do potęgi przez przeniesienie scenerii w przyszłość i na inną planetę – lecz z biegiem stron nuży – przygniata pełnymi patosu opisami, „niewyraźnym” bohaterem-narratorem i jeszcze mniej wyraźnym przeciwnikiem, który stanowi odpowiednik Conradowego Kurtza. Niestety u Dukaja wędrówka przez Piekło rozmywa się w średnio-interesujących dygresjach, a początkowy gęsty nastrój ulatuje gdzieś w jednej trzeciej historii, zastąpiony przez urywane sceny i proceder, który bardziej przybliżony, mógłby okazać się ciekawszy. Zakończenie nie ratuje całości, wręcz przeciwnie – uświadamia, że istniał potencjał (widoczny w głównej idei, w złożonym świecie, będącym pomieszaniem historii alternatywnej z morfowaniem z Innych pieśni), ale narzucona forma zaprzepaściła szanse na jego wzrost, owocny plon. Nie wyszło Dukajowi mierzenie się z Conradem.


Brak komentarzy
O Kruczyńskim
Notatkę dodano:2010-12-03 21:49:56

Crux najmniej udaną opowieścią z dotychczas w Królu bólu zaprezentowanych. In plus wizja Polski za lat pięćdziesiąt i slang socjerski. Reszta, to jest punkt wyjściowy do fabuły, jej rozwinięcie i zakończenie, przeciętne, niby dynamiczne, a nudne, niby wciągające, a nijakie. Tematyczne dopasowane do poprzedników, ale w zbyt skromnym zakresie mówi o przekraczaniu granic człowieczeństwa, aby móc się tym zachwycać, czy dłużej nad tym zastanowić – na pierwszy plan wychodzi przede wszystkim bunt (zakodowany w genach Polaków, obecny od stuleci w naszej kulturze i mentalności, a tym samym niemożliwy do wyrugowania w przyszłości) oraz jeszcze do niedawna wszechobecne zimalstwo, joł siedzenie na ławce pod blokiem, skóra-fura-komóra, tony złota na szyi i metanabol w domowej apteczce każdego blokerska. Nawet intrygujące zestawienie, ale jakoś tak zbyt szybko, zbyt łatwo się to rozpoczęło-skończyło, abym zapiał z zachwytu – nawet bohater jakiś taki mętny.

 

Czytało się przyjemnie, aczkolwiek (w zestawieniu z czterema wcześniejszymi tekstami) Crux nie ma szans na dłuższe napędzanie wyobraźni.


Komentuj(3)

Licznik

Odsłon: 35473
Osób: 33018
Blog granice.pl. Ta strona jest nieoderwalna częścią serwisu www.granice.pl właściciela firmy W&w. 2008-2010