Bhangu - Rozdział II Strach
Notatkę dodano:2010-12-29 09:28:57
Bhangu
ROZDZIAŁ II:Strach
Była godzina 7.34 gdy budzik wyrwał Tommyego ze snu. Zerwał się z łóżka i przez jakiś czas nie potrafił zrozumieć, co się stało, obrazy były nie wyraźne a cała historia wydawała się jakby nie mieć najmniejszego sensu. Boże, jeśli mam mieć teraz takie sny, co wieczór to ja dziękuje, nie będę spał. Jeszcze z ledwo otwartymi oczyma spojrzał na stojący zegarek obok łóżka. Cholera spóźnię się! I do tego drugi raz z rzędu, Marisha mi tego nie wybaczy. Szybko chwycił słuchawkę telefonu i wykręcił numer, po chwili usłyszał zniecierpliwiony głos -Gdzie jesteś Tommy? To była Marisha. Przepraszam Cię najmocniej, ale zwyczajnie w świecie zaspałem, miałem ciężką noc, opowiem Ci jak się spotkamy – z trudem wykrztusił z siebie. Mam nadzieje ze to będzie dobra wymówka, bo czekam tu na ciebie już od ponad pół godziny. Ok,zaraz tam będę- i odłożył słuchawkę. Było parę minut po godzinie ósmej, kiedy wyjechał na 34 th Street i zaczął pędzić w stronę Uniwersytetu. Marisha miała dziś swoje pierwsze przemówienie na temat zmian kulturowych i religijnych na obszarze dawnych Indii. Bardzo była podekscytowana samą myślą o tym, że będą jej słuchać autorytety, które dotąd podziwiała. Zależało jej, aby Tommy również wziął w tym udział, działał na nią jak silny lek uspokajający i sama jego obecność była dla niej czymś naprawdę pomocnym w takich momentach jak ten. Około godziny 8.30 był już na miejscu, szybko zaparkował swojego Vana na parkingu i pobiegł w stronę sali konferencyjnej. Cholera jestem za późno, pewnie jest na mnie wściekła. Mam nadzieje, że jeszcze nie zaczęła. Wbiegł na sale z takim impetem, że część widowni odwróciła wzrok ku niemu. Pokornie schylił głowę i wzrokiem poszukał wolnego miejsca na sali. Niestety zdążył dostrzec ze Marisha już stoi na ambonie i wygłasza wykład o odkryciach, jakie ostatnio udało im się dokonać w południowej części Azji. Tommy przyglądał się bacznie jak pięknie wygłaszała tezy i spostrzeżenia, tego dnia była przepiekana. Ubrała się w długą czarną spódnicę, delikatny sweterek i białą koszule, której kołnierz był ozdobiony koronką, otulał jej delikatną długą szyję. Całość uwydatniała jej biust, który pewnie w tej chwili przykuwał oczy niejednego słuchacza. Mimo tego, że miała na sobie pulowerek jej sutki odznaczały się widocznie. Tommy nie raz miał problem żeby oderwać on nich wzrok, nawet w rozmowie z Marishą, co wprowadzało go w zażenowanie, gdy ta zwracała mu uwagę. Na szczęście zawsze się lekko uśmiechała i mówiła, że nie dziwi mu się, bo gdyby była mężczyzną pewnie by robiła dokładnie to samo. Była już godzina 9.30 i Marisha właśnie zakończyła swój wykład, pierwsi goście podeszli pogratulować, był wśród nich ktoś, kogo Tommy nie cierpiał najbardziej, Mark Satford niegdyś przyjaciel Tomma i wierny kompan w podróżach do Indii, ale przede wszystkim były towarzysz Marishy… Tego dnia, kiedy Tommy poznał ją w bibliotece, kiedy rozmawiali do późnego wieczora nie spodziewał się, że do biblioteki za chwilę wejdzie Mark. Przywitali się jak serdeczni bracia, po czym Mark objął Marishe, ucałował w policzek i powiedział, że powinni już wracać do domu. Tom czuł w tym momencie jakby ktoś wylał mu na głowę wiadro zimnej wody. Kiedy już myślał że znalazł tą właściwą kobietę, okazało się ze jego przyjaciel jest jej narzeczonym. Przez jakiś czas spotykali się wspólnie na kolacjach i wypadach do baru, lecz Tommy przestał po miesiącu kontaktować się z nimi, nie potrafił patrzeć, że to Mark a nie on jest przy Marishy. Osiem miesięcy później, późnym wieczorem Marisha zadzwoniła do Tommyego, płakała. Okazało się, że Mark miał kochankę i od paru miesięcy wymykał się z domu wieczorami i wracał rano, zawsze usprawiedliwiał się, że pracował do rana w laboratorium. Od tego momentu ich wspólna przygoda zaczęła pisać nowe karty. Zaczęli spotykać się, Tommy znów poczuł, że może być szczęśliwy. Marisha na początku podchodziła do ich znajomości z dystansem, Tom wiedział, że bała się angażować w tej chwili w związek, Mark za bardzo ją zranił. Z czasem zwierzyła się mu, że pod koniec trwania związku Mark nawet ją uderzył. To właśnie sprawiło, że wieczna przyjaźń jak mawiali stała się właśnie nie aktualna. Tommy bał się, że jakiekolwiek spotkanie z Markiem skończy się paroma siniakami obu mężczyzn. Jeszcze przez jakiś czas, kiedy miłość miedzy Tommym a Marishą kwitła, Mark starał się wrócić do niej. Pisał dość często, próbował naprawić krzywdę, jaką jej wyrządził. Tommy czuł się okropnie, gdy siedząc wieczorami ze swoją ukochaną widział jak jej telefon nie przestawał dzwonić. Obiecała mu, że przestanie mu odpowiadać ze napisze mu o tym żeby się nie kontaktował z nią, lecz było inaczej. Tommy nie wiedział czy to przez jej dobrą dusze czy po prostu czuła coś jeszcze do niego. Kilka razy zakończyło się to kłótnią. Bał się, bał się ze ją straci, że Mark przeciągnie ją na swoją stronę i odejdzie od niego. Nie potrafił sobie teraz wyobrazić życia bez niej. Ale wiedział ze, jeśli on sam nie zareaguje może skończyć się to inaczej. Ona sama okazywała mu ze nie chce od niego odejść, że coś do niego czuję. Czasem wyrwało jej się, że go kocha, że go potrzebuje. A mimo tego nie potrafiła spełnić obietnicy, jaką mu obiecała. Jakiś czas później Tommy zatracił wiarę w siebie, zatracił wiarę w ich związek. Zabrakło mu wiary w to, że ona jest zdecydowana być z nim. Rozstali się. Serce płakało, czuł potężny ból w duszy, lecz nie tak wielki jak ten, który sprawił ze odszedł od niej. Marisha jednak nie była z Markiem. Kiedy próbował wrócić do niej nie potrafił oderwać się od zła, jakie miał w sobie. Spotykał się z innymi kobietami. I kiedy przyszła pewnego dnia do niego, aby porozmawiać zastała go z inną kobieta. Została sama jak palec. Tommy nie odpisywał, nie potrafił. Kochał ją, ale nie potrafił. Zrozumiała, że tego dnia, kiedy obiecała mu, że zerwie kontakt z Markiem powinna chwycić telefon i zrobić to od razu, nie zwlekać. Lecz było za późno. Minęło parę miesięcy i dopiero na wigilię zorganizowaną przez Wydział znów stanęli przed sobą. Tym razem nie jako partnerzy życiowi a jako nowo, co poznani sobie dwoje ludzi. Postanowili budować wszystko od nowa i dać sobie czas, aby sprawdzić jak to się potoczy. -Tommy!? – Krzyknęła. -Cholera, przepraszam Cię, naprawdę przepraszam. Nie wiem jak to się stało ze zaspałem. -Nie tłumacz się … Odpowiedziała spoglądając na niego ze smutnymi oczyma. -Nie, chce Ci to wytłumaczyć. To może Cię zainteresować. Takie sny nie zdarzają się, na co dzień. - Sny? Jakie sny? Tommy, o czym ty mi mówisz. Chcesz abym uwierzyła Ci, że spóźniłeś się, bo miałeś jakiś niezwykły sen? Tommy wyraźnie widział ze, Marisha nie jest dziś w najlepszym humorze. - Zapraszam Cień na lunch do dobrej restauracji moja droga. Tam opowiem Ci wszystko. Zabrał ją do polskiej restauracji. Zajadali się dobrą jajecznicą z boczkiem i popijali herbatkę. W tym czasie opowiadał jej, co śniło mu się poprzedniej nocy. O tym jak przemierzał krainy, jak gonił zjawę i jak widział śmierć tamtego biedaka. Marisha z niedowierzaniem patrzyła na niego, lecz jej skupienie i fascynacja w oczach uświadamiała Tommeymu by nie przestawał mówić. - To bardzo dziwne powiedziała spokojnie, cały czas o czymś myśląc - Nie rozumiem odrzekł - Nie zrozum mnie źle, ale gdy byłam z Markiem opowiadał mi podobne sny. Podobna historia o przemierzaniu świata, nierealne zjawy i mroczne historie morderstw. -Bardzo dziwne, co jeszcze Ci mówił? -Opowiadał ze zjawa, która ci uciekała, rozmawiała z nim. Tommeymu przypomniały się słowa, jakie usłyszał tamtej nocy: -To, czego możesz dotknąć jest tylko częścią świata, który istnieje, częścią całości, która tworzy się stale by w końcu dopełnić wolę Najwyższego. - Mark mówił coś o Najwyższym i o świecie, nie bardzo pamiętam, co tam był dokładnie. -Kiedy Ci to opowiadał? Ze zdziwieniem zapytał. -To było po tym jak rozstałam się z Tobą, utrzymywałam z nim kontakt przez jakiś czas, ostatnio mówił mi ze te jego sny się powtarzają coraz częściej. Tommy miał nadzieje ze ten jego sen się nie powtórzy. Gdy śnił, był bezradny a tego się bał. Panicznie się bał braku kontroli nad własnym życiem i tym, co go otacza. Po lunchu Tommy odwiózł Marishę do domu. Po czym pojechał do biblioteki. Siedział tam do późna w nocy analizując książki, senniki. Coś, co mogłoby go naprowadzić na odpowiedź na temat jego snu i snów Marka. Niestety nic nie znalazł. Późnym wieczorem wrócił do domu. Był zdenerwowany, że nie potrafił sobie odpowiedzieć na pytania związane z tymi dziwnymi i co gorsza bardzo podobnymi snami. Słyszał kiedyś o ludziach, którzy mieli podobne bądź nawet takie same sny, ale nigdy nie interesował się tym. Teraz stało się to jego celem. Chciał wiedzieć, jaka siła sprawiła, że on i Mark przemierzali takie same sny i spotkali podobne postacie. Rozsiadł się wygodnie w fotelu. Otworzył butelkę Jacka Daniels, nalał sobie pół szklanki i jednym łykiem opróżnił ją. Czuł jak powoli świat krąży wokół niego a on sam opada z sił jakby bateria życiowa właśnie się wyładowała. Komentuj(2) Bhangu - Rozdział I Pandemonium
Notatkę dodano:2010-12-14 09:07:24
Bhangu
ROZDZIAŁ I: Pandemonium
Powstań natychmiast!! …- Słowa zadziałały na Tommyego jak silna dawka adrenaliny, ocknął się i zobaczył ze nie leży już w swoim malutkim pokoju na przedmieściach Nowego Yorku, a gdzieś na szerokiej polanie pośród świata fauny i flory, które co chwila budowały nowe oblicza pejzażu, rysując nowe kształty otoczenia. Nie przypominał sobie, aby robił poprzedniego wieczora nic poza wzięciem dobrej kąpieli i stekiem, którego jak zawsze przypalił. Matka zawsze mówiła mu, aby nie brał się za rzeczy, które go przerastają. Niestety po raz kolejny przegrał tą walkę, co budziło w nim odrazę do samego siebie. Z drugiej strony nie winił się no, bo przecież ostatnie lata spędził na obiadach poza domem i najwyraźniej wyszedł z wprawy. Co ja tu do cholery robię – wymamrotał powoli podnosząc się z ziemi, ubrania miał suche mimo tego że łąka była cała pokryta poranną rosą. Zawsze był przekonania, że prawdziwy dżentelmen to taki, który potrafi o siebie zadbać i właśnie z tego powodu nie oszczędzał na najlepszych markach spodni i butów. No, bo nie każdy pozwoli sobie na buty Zraciasicca pokryte w całości skóra z aligatora czy choćby dobrą parę jeansów od Mustanga. Podniósł się,, wiedział, że wczorajsze picie czerwonego wina ze swoją przyjaciółką Marishą skończy się mocnym kacem. Jednak ku swojemu zdziwieniu czuł się świetnie. Jedyne, co odczuwał w głowie to żal, gdy wczoraj zabrał ją do Gramercy Tawern, nie odważył się jej pocałować, choć tak bardzo tego pragnął. Nigdy nie było go stać na to, najwidoczniej pobyt w Benares i ciągłe przebywanie w terenie zrobiło z niego, jednego z tych zakamuflowanych doktorków z okularami sklejonymi taśmą i zatkniętymi na dużym nosie. Z Marishą znał się od dobrych paru lat, gdy przyjechał do Stanów Zjednoczonych. Poznali się w bibliotece, gdy szukając jednej ze swoich książek wpadł na nią, gdy ta podnosiła książkę z najniższej półki. Gdy tylko zobaczył w jej malutkich dłoniach dzieło J. D. Salingera od razu wiedział, że nie będzie to jednorazowe spotkanie. Tego dnia siedzieli rozmawiając do późnego wieczora. Wiedział, że jest w niej coś wyjątkowego, czego nie był w stanie opisać. Marisha była wtedy młodą 25 letnią doktorantką Nowojorskiego Uniwersytetu na Wydziale Antropologii. Piękna cera i delikatne rysy jej twarzy tak harmonijnie ze sobą współgrały, że Tommy od czasu do czasu odpływał i tracił kontakt z rzeczywistością. Jej delikatnie usta muskały koniuszek języka, gdy wypowiadała każde słowo. Miała piękne długie szatynowe włosy, delikatnie wąskie ramiona i wielkie brązowe oczy, w których Tommy widział cała swoją sylwetkę. Miała wszystko to, czego on pragnął od kobiety, miała to, czego potrzebował. Lecz teraz nie to siedziało mu w głowie, czuł się dziwnie stojąc na obcej ziemi, wszystko wydawało się nie realne, niedokończone jakby ktoś zapomniał domalować kawałka drzewa a rzeka, która płynąca nieopodal była zbyt jasna. Przez chwile mógłby przysiąc ze widział jak coś przemknęło obok niego coś, co wyglądało jak potężny orzeł, który miał tylko jedno skrzydło. Zaczął iść przed siebie, iść w stronę jakiegoś nieopisanego światła, które emitowało ciepło tak potężne i tak bardzo delikatne, iż czuł je całym ciałem. Niebo było nieskazitelnie błękitne, nie było na nim żadnej nawet najmniejszej chmury. Cały świat wydawał się jak niedokończony obraz, na który zabrakło komuś czasu by go dopełnić. Trawa wokół niego falowała niczym wzburzona woda na oceanie, co chwila zataczając coraz to bardzie agresywne fale. Ciężkim krokiem Tommy brnął w wyznaczonym przed siebie kierunku, czuł jak pod nogami osuwa się mu się ziemia, a rosa opadając tworzy melodię, jakiej dotąd nie słyszał. Wydawało mu się w pewnym momencie, że traci grunt pod nogami, gdy nagle uświadomił sobie, że unosi się w powietrzu, a jego nogi wiszą kilka centymetrów nad ziemią. -, Co jest do cholery!! Boże gdzie ja jestem???! Zaczął agresywnie w panice machać nogami, lecz nic to nie pomogło, wisiał tak nad ziemią a całe otoczenie, trawa i drzewa zaczęły się topić i spływać niczym rozgrzana świeczka. Pejzaż znów zaczął się zmieniać, co chwila zaczęły wyłaniać się nowe kształty, drzewa, które tym razem były inne jakby z innej części Ziemi, zobaczył nowe zwierzęta i teraz był już pewien, że znajduje się gdzieś w lesie borneańskim, dookoła widział pełno drzew iglastych: świerków, sosen i modrzewi. Wszystko komponowało ze sobą tak harmonijnie, tak idealnie niczym Symfonia C durr -Wagnera ,ale było w tym coś bardziej wyjątkowego. Cała aura otoczenia uwalniała energię tak przyjemną tak podniecającą, że Tommiemu ledwo udawało się utrzymać myśli na wodzy. Teraz znów stał na ziemi tym razem jego nogi oplotła leśna ściółka, która tworzyła zielony dywan ciągnący się w każdą stronę, każde drzewo, kamień i wszystko, co znalazło się na jej drodze było otulone niczym szal chroniący od bezwzględnego chłodu, jaki tam panował a dokładniej, jaki powinien panować, ponieważ Tommy..nie czuł chłodu, mimo swojego lekkiego ubioru,zwykłego t-shirtu i skórzanej krótki, którą dostał od ojca parę lat temu. -Czy ja umarłem? Czy tak wygląda życie wieczne? Ale jak ? Pytania owładnęły głową młodego Lombardczyka, poczuł jak na ciele dostał dreszczy, które nie były efektem zimna, ale strachu, który mu towarzyszył od początku, gdy obudził się na polanie -A może to nie była polana, a to nie jest las. Może tak naprawdę mnie tu wogule niema i to jest tylko sen..Tylko sen. Zauważył znowu światło, które widział wcześniej, jakąś nieopisaną przyczyną zaczął znów iść w stronę łuny, czuł, że jego ciało nie jest przyciągane, a jest w swoisty sposób przyswajane przez światło, czuł się jak część układanki światła, która pragnie go do siebie, aby stali się całością. Szedł przed siebie, dookoła widział świat, jakiego dotąd nie było dane mu zobaczyć. Tommy był typowym Włochem, miał 33 lata. Szczupły, nie wysoki mężczyzna o całkiem dobrej sylwetce. Matka zawsze żartowała, że bardziej przypomina jej jednego a tych antycznych mężów, którzy oddawali cześć Dionizosowi podczas igrzysk niż zwykłego pospolitego Włocha. Jedyną cechą, jaka przypominała mu skąd jest był jego ostry nos, który, jak mawiał Tommy „Zawsze potrafił doprowadzić go do celu”. Kiedy zmarli mu rodzice postanowił wyjechać z kraju by zapomnieć o bólu jaki go gnębił do chwili gdy jego przyjaciel Joseph przyszedł pewnego wieczora z wiadomością że rodzicie Tomiego mieli wypadek samochodowy nieopodal Mediolanu. Oboje zginęli na miejscu. Tommy, młody człowiek po studiach, idealista i zapalony miłośnik poznawania świata został sam. Najbardziej ze wszystkich rzeczy, jakie mogły go spotkać bał się samotności. Pamiętał jak jeszcze będąc dzieckiem widział starszego mężczyznę siedzącego przed własnym domem popalając fajkę, był to stary siwy i samotny rybak, którego żona zostawiła kiedyś dla malarza z Turynu. Wtedy właśnie obiecał sobie, że nigdy nie będzie sam, że znajdzie kogoś, kto zostanie z nim do końca jego dni. Nie przypuszczał, że jego obietnica zostanie złamana tak szybko. A teraz znalazł się tu, pośród bezkresów, pośród natury, zdala od cywilizacji. W świecie, którego dalej nie mógł zrozumieć. Dlaczego jest właśnie tu, w lesie i jaki jest jego cel. Po części sprawiło to, że był spokojny i opanowany. Zawsze, gdy tylko miał chwile wolnego, uciekał od miejskiej dżungli gdzieś na prowincjonalną wieś gdzie mógł odpocząć od maratońskiego biegu jak miał zwyczaj to nazywać. W pewnym momencie zauważył, że coś przed nim się poruszyło za drzewem, przeraził się nieznanej istoty, ale nogi same rwały się do przodu. Zaczął biec przed siebie w stronę tajemniczej sylwetki. Był około 100 metrów od miejsca gdzie widział tajemnicza postać, gdy nagle ta wystrzeliła zza drzewa i zaczęła obiegać Tommyego szerokim łukiem. Mógłby przysiąc ze była to kobieta o ciemnej cerze i długich czarnych lekko kręconych włosach, ubrana była w jasna jedwabną szatę z długim szalem. -Zaczekaj proszę! Kim jesteś? Gdzie ja jestem?! Lecz tajemnicza postać nawet nie odwróciła głowy w jego stronę po chwili znikając w gęstym lesie. Tom jeszcze bardziej przyspieszył swój bieg, tym razem wiedział, że ostatnią rzeczą, jaką chciałby zrobić to zapalić Lucky Strike’a które tak uwielbiał. Cały czas biegł, czuł jak zimne borneańskie powietrze uderza mu w twarz, czuł każdą kroplę rosy, które ociekały po jego twarzy. Powoli zaczął wierzyć, że to wszystko jest realne mimo tego ze jak dotąd starał się wierzyć ze jest to tylko zwłykły sen. Przedarł się przez gęste zarośla, w których widział tajemniczą kobietę po raz ostatni. Dotarł do rwącego wodospadu. Nie był to zwyczajny wodospad, wydawało się że woda w nim nie płynie normalnie lecz w przeciwną stronę a dźwięk wody uderzającej w tafle wody bardziej przypominał melodię cymbałów niż tą którą słyszał będąc kiedyś nad wodospadem Niagary. Chciał już zawrócić do miejsca gdzie ostatni raz widział zjawę, gdy usłyszał cichy szept: -To, czego możesz dotknąć jest tylko częścią świata, który istnieje, częścią całości, która tworzy się stale by w końcu dopełnić wolę Najwyższego. W tym momencie zjawa zniknęła za ścianą wodospadu. Tommy bez wahania ruszył za nią. Była tam ukryta grota, ciemna i mroczna. Ściany były czarne niczym smoła a dookoła rozchodził się zapach palonej smoły. Maleńkie światło gdzieś w głębi tunelu tliło się ostatkiem sił. Wszedł głębiej kierując się w stronę jasnego punktu. Gdy był już bardzo blisko, światło wybuchło a cała jaskinia została oświetlona strumieniem promieni i ciepła, które odbiło się od Tommyego powalając go na ziemie. Zdawało mu się przez chwilę ze widział jak setki oczu spoglądały na niego ze sklepienia groty, w której się znalazł. Potem nastała cisza i mrok. Serce waliło mu z takim impetem że doskonale słyszał jego dźwięk który odbijał się głucho od ścian groty. Wstał i po omacku zaczął iść dalej przed siebie, znów zobaczył światło, tym razem było ono bledsze i nie czuł żadnego ciepła bijącego od niego. Był już parę kroków przed nim, gdy uświadomił sobie, że ściany skalne, które dotąd prowadziły go po omacku stały się ścianami jakiegoś korytarza a on sam nie był już w jaskini, lecz w jakimś starym domu. Ściany były zapewne bardzo stare. Miały kolor żółty a farba odchodziła od nich płatami, co sprawiało, że na pewno dawno nikt tu nie był bądź nie miał czasu na ich remont. Ukazały się przed nim dzwi, grube masywne drewniane drzwi z mosiężnym uchwytem i dużą liczbą 28. Otworzył je i wszedł. To było czyjeś mieszkanie, zapewne kiedyś był to jakiś magazyn, dookoła ściany wyłożone były czerwoną cegła, okna były ogromne a całość była wręcz olbrzymia w porównaniu z małym pokoikiem, Tommyego który wynajmował. Osoba mieszkająca tu na pewno znała się na guście, wielki brązowy dywan na środku, na którym stał ciężki szklany stół, bardzo dobrze komponowała się z resztą otoczenia. Meble były w stylu lat ‘50. Właściciel na pewno był malarzem, nieopodal największego okna stała sztaluga jeszcze z niedokończonym szkicem jakiejś postaci, a wokół tego wszystkiego leżało morze pełne farb, pędzli i czystych płócien zaś temu wszystkiemu towarzyszył zapach rozpuszczalników, który wypełniał całe pomieszczenie. Tommy zaczął rozglądać się w poszukiwaniu jakichś śladów, które naprowadziłyby go na trop zjawy, gdy nagle usłyszał huk tuczącego się szkła w innym pomieszczeniu i krzyki mu towarzyszące. Pobiegł niepewnie w tamtą stronę i powoli zaczął uchylać drzwi, gdy nagle zobaczył coś, czego jego umysł nie potrafił sobie przyswoić. Na środku kuchni stała przeraźliwie ogromna postać ubrana w wielki czarny smolisty płaszcz z dużym kapturem. Postać dyszała głośno jakby miała potężną gruźlicę a zapach, jaki wydzielała sprawiał ze Tommy mimo tego, że był dobre parę metrów od niej ledwo powstrzymywał się od wymiotów. Miał wrażenie, że zakapturzona postać nie widzi go, że jest dla niej duchem, ale bał się otworzyć szerzej drzwi żeby to sprawdzić, całe ciało miał sparaliżowane i nie był w stanie zrobić czegokolwiek, tylko obserwował. Tajemnicza postać pochylała się nad czymś, czego Tom nie mógł zobaczyć gdyż ogromny płaszcz wielkoluda zasłaniał praktycznie pół kuchni. Przyglądając się dokładniej młody italijczyk zauważył, że z pleców olbrzyma wystają dwa wypustki sprawiające jakby postać się garbiła, niestety nie widział dokładnie tego, co znajduje się pod płaszczem. Czuł dziwny zapach siarki, dziwny odór, który już kiedyś poznał. Nagle zakapturzona postać zaczęła powoli cos szeptać, coraz głośniej i głośniej aż słowa końcowe - Za krew i ciało twoje wstanie światło zakończył krzykiem, tak donośnym, że Tommy poczuł ogromny ból wewnątrz głowy a po chwili krew spływającą z lewego ucha. Usiadł omamiały przez chwilę i widział tylko skrawki tego, co dział się dalej w pomieszczeniu. Zakapturzona postać odsunęła się na bok i zaczęła grzebać w szafkach, wtedy właśnie Tommy zobaczył, że na stole leżała jakaś postać. Było to młody mężczyzna o długich włosach, miał około 30 lat. Tomy dopiero po chwili dostrzegł, że mężczyzna jest nieprzytomny i skrępowany. Całe ciało miał pokryte czymś w rodzaju wosku zaś dłonie i stopy skrępowane były dodatkowo drutem kolczastym. Napastnik wrócił do stołu i nachylił się nad mężczyzną, tym razem w ręku trzymał ogromny nóż kuchenny. Zaczął powoli szeptać coś pod nosem, Tommy nie mógł do końca zobaczyć całej twarzy gdyż ogromny kaptur zasłaniał wszystko a tylko mały kawałeczek czubka nosa wyłaniał się zza okrycia. Napastnik odsłonił mężczyznę od pasa w dół i dopiero wtedy Tommy zobaczył ze skrępowana ofiara została wykastrowana a sam falus odcięty i leżący bezwładnie na stole. Purpurowa krew ściekała z miejsca gdzie wcześniej był penis a teraz została tylko taśma zatrzymująca krwawienie. Tommy nie wytrzymał i zwymiotował za siebie, widział wiele okropnych rzeczy w życiu, ale to przerosło jego najśmielsze wyobrażenie. Chciał wstać i rzucić się na napastnika, ale strach sprawiał, że ledwo udawało mu się utrzymać stabilny oddech. Teraz patrzył jak wielka postać powoli opuszcza nóż w stronę mężczyzny. Jego ostrze powoli zaczęło naciskać na brzuch, siła nacisku zwiększała się aż do momentu, gdy metal przeciął skórę i najbliższe mięśnie docierając do wnętrzności. Nagle mężczyzna ocknął się, lecz nie mógł nic zrobić. Był skrępowany i przykuty do stołu patrzył powoli w agonii jak napastnik dopycha nóż, co sił a całe ostrze znika w jego ciele. -Proszę przestań, przepraszam! Przepraszam na litość Boską, nie wiedziałem, nie miałem pojęcia! Jednak napastnik nawet na chwilę nie przestał i jednym mocnym pchnięciem skierował ostrze noża z środka brzucha w stronę twarzy rozcinając po drodze wszystkie wnętrzności, mięśnie a gdy doszedł do mostka cisnął w niego pięścią i skruszył tak, że klatka piersiowa zapadła się do środka. Gdy doszedł do krtani zatrzymał nóż i powoli go wyjął. Na stół rozlało się morze szkarłatnej krwi a całe ciało martwej ofiary wyglądało jakby zostało rozerwane od środka. Agresor przyłożył nóż do małej dziwnej jedwabnej chusty wyłożonej dziwnymi wzorami i wytarł go pozostawiając duża plamę krwi. Następnie z gracją odłożył chustkę i wrócił do ofiary. Wyciągnął ręce w górę jak gdyby wznosił modły, po czym cisnął nimi w brzuch mężczyzny i chwycił wnętrzności. Z impetem wyrwał kawałek serca i zaczął je zjadać. Tommy widział jak spod kaptura wycieka krew i wypadają kawałki mięsistej masy pokrytej śliną napastnika. Przed tym widokiem nie mógł się obronić, znów zwymiotował tym razem poczuł jak treść żołądka podeszła mu aż do ust. Nagle napastnik odwrócił się w stronę Tommyego, tym razem młody doktor był pewien, że olbrzym go widzi. Nie wiedział, co robić, był pewien, że nie da rady uciec przed napastnikiem, jedyne, co przyszło mu na myśl to zamkniecie drzwi, być może wtedy uda mu się uchronić. Niestety było już za późno, napastnik stał obok i jednym uderzeniem w drzwi odrzucił, Tommyego na parę metrów Odejdź precz! Cholera czy tak ma wyglądać mój koniec?- Wymamrotał w ostatniej chwili, po czym olbrzym podszedł do niego spokojnym krokiem – Nie drogi przyjacielu, to nie jest Twój koniec, to dopiero początek - w tym momencie Tommy poczuł silne uderzenie w tył głowy…
Drugi rozdział już w budowie:)
Twórczość własna (S.B)
Brak komentarzy Krew minionych - początek
Notatkę dodano:2008-12-18 22:45:09
Tylko nie tnij za głęboko- Powiedział Jack do Toma który własnie sie zabierał do sekcji zwłok młodej dziewczyny znalezionej wczorajszego popołudnia gdzieś niedaleko pobliskiej stacji benzynowej.Policja twierdzi że dziewczyna została uduszona a następnie ukłuta jakimś ostrym narzędziem w poblizu podbrzusza. Wszystko wskazywało by na zamiar gwałtu ale jej pochwa była nie naruszona wiec czego tak naprawde chciał morderca? Ślady na szyi były dosyć wyraźne i pokrywały większość jej delikatnej i gładkiej skóry. Najprawdopodobnie dziewczyna walczyła dosyć długo lecz nie wystarczająco mocno by sie uwolnic z uścisku napastnika. Co to takiego?! - z ochydą wykrztusił z siebie Tom te słowa ledwo powstrzymując sie od odruchu wymiotnego.
Spójrz na to Jack, ona ma w ustach coś śliskiego!Wcześniej tego nie było tutaj a teraz!?
Jack zbliżył sie do zwłok powoli- Jack Holton był młody bo miał zaledwie 32 lata, wysoki i szczupły młodzieniec o twarzy dziecka zawsze ogolony niczym z hirurgiczną precyzją.Juz od 2 lat pracował jako coroner w Santa Fe. Choć jego plany były całkiem inne, chciał zostać lekarzem w pobliskim szpitalu lecz jego ojciec zawsze powtarzał że bycie łapiduchem to niewdzięczna praca i zawsze widział syna w roli biznesmena siedzącego za biurkiem i popijajacego najlepsze trunki Jacka Danielsa.Holton spojrzał na dziwną rzecz która była w ustach młodej dziewczyny, delikatnie szczypcami odchylił dolna rzuchwe denatki i powoli uchwycił to cos...cos co wyglądało jak jajko tylko ze miało kolor zgniłej zielieni i było przezroczyste niczym sylikonowa piłeczka. Było pokryte jakąś mazistą cieczą od której zapachu Jackowi przypomniał sie poranny lunch.
Boże co to jest!?Przecież tam coś sie rusza! Uspokój sie Tom, to nic strasznego-chociaż sam nie był tego pewien co mówi bo dziwnie ogarneło nim uczucie strachu jakby miało sie wydarzyć coś strasznego.... Komentuj(3) Alle info
Notatkę dodano:2008-12-15 21:35:38
Hey
Własnie robie nowy wątek którego bohaterem jest Graham Masterton, zapraszam do oglądania jak i również komentarzy jeśli czytaliście którąś z jego powieści które umieściłem na blogu. Jeśli jeszcze nie czytaliście to zapraszam do lektury bo jest tego warta :-) Komentuj(2) Wizerunek zła
Notatkę dodano:2008-12-15 16:09:56
Nie każda rodzina jest tak intrygująca jak ta.... ***
Spójrz tu - zaproponował Maurice Gray - Będziesz oszołomiona widokiem. - Widzę fontannę - powiedziała Alison. - A dalej? - Stajnie. Przynajmniej to wygląda na stajnie. Maurice Gray wyjął z wewnętrznej kieszeni nóż o krótkim, szerokim ostrzu, które błysnęło jasno, gdy go podnosił. - A co widzisz za stajniami? - Sad, jak sądzę. To grusze? - Tak. Njalepszgo gatunku williamsy. Mechanizm zegara tykał i skrzypiał. Maurice Gray zrobił cicho krok do przodu. Nóż spoczywał swobodnie w jego otwartej dłoni. Brak komentarzy Tengu
Notatkę dodano:2008-12-15 16:03:57
Intrygująca powieść przenosząca nas w klimaty kraju wiecznie kwitnącej wiśni *** Małą rączką głaskała jego penis, z góry na dół, tak powoli i leniwie, że chciał ją chwycić za rękę i zmusić, by pocierała go szybciej. Była to jedna z tych chwil, gdy panowała nad całkowicie. Musiał być posłuszny. Inaczej czar i przeżycie, które nań czekało, przepadłyby natychmiast. Podniosła nienagannie wymanikirowany palec do ust. Potem, kontynuując powolne głaskanie, sięgnęła do tacy z herbatą i wzięła jeden z białych ręczników leżących obok talerzyka z suszonymi śliwkami. Ernest poczuł, że serce bije mu wolniej, a potem szybciej, jak człowiekowi, który usiłuje się utrzymać na powierzchni wzburzonego morza. Nancy podniosła pokrywkę czajnika i zanurzyła ręcznik we wrzącej herbacie. Pokręciła nim chwilę i wyjęła. Gorąca herbata pociekła na tacę i na stół. - Chyba nie... - powiedział Ernest. Uśmiechnęła się. Nic nie odrzekła... Komentuj(1) Zemsta Manitou....
Notatkę dodano:2008-12-15 15:58:46
Kontynuacja słynnej powieści "Manitou" *** Obudził się w środku nocy, pewien że ktoś jest w pokoju. Zamarł. Nie śmiał nawet odetchnąć. Wydawało mu się że słyszy czyjś oddech - ciche, stłumione westchnienia świadczące o smutku czy bólu. Ktoś tu był... Spojrzał na szafę. Słoje orzechowego drzewa na drzwiach szafy zawsze trochę go niepokoiły. Teraz budziły lęk. Miał wrażenie, że ktoś tam jest pod powierzchnią drewna. Najwyraźniej dostrzegł szarą twarz widoczną jako słaba poświata w politurze. Ten ktoś go wołał i rozpaczliwie próbował mu coś przekazać. Ktoś uwięziony i straszny. Słyszał jego głos jakby zza grubej szyby: - Allen... Allen... na miłość boską, Allen... pomóż mi... Przez jedną chwilę poczuł lodowaty strach... Brak komentarzy Manitou
Notatkę dodano:2008-12-15 15:50:32
Pierwsza i zarazem słynna powieść tego znakomitego pisarza *** Dotarliśmy do drzwi. Były zamknięte. Światło padało przez niewielkie okienko i szparę przy podłodze. - Sam zajrzysz, czy ja mam to zrobić? - spytał Śpiewająca Skała. Zadrżałem, jakby ktoś nastąpił na mój własny grób. - Zajrzę. Ty zrobiłeś już dość. Podszedłem bliżej i przycisnąłem się do ściany obok drzwi. Była dziwnie chłodna, a gdy zbliżyłem się do okienka, zauważyłem, że szyba pokryta jest szronem. Szron - w ogrzewanym szpitalu? Wskazałem palcem, by zwrócić na niego uwagę Śpiewającej Skały. Skinął głową. Ostrożnie przysunąłem twarz do okienka i zajrzałem do wnętrza. To, co zobaczyłem, sprawiło, że całe ciało pokryła mi gęsia skórka, a włosy uniosły się jak kolce przestraszonego jeżozwierza. Brak komentarzy Bezradność
Notatkę dodano:2008-12-15 15:40:18
Od kiedy nasze drogi się spotkały…… Wypełniam się Tobą po brzegi mojej dotąd pustej świadomości
Pomimo ze pragniemy siebie tak bardzo, że tęsknimy za sobą Brak komentarzy Pustka
Notatkę dodano:2008-12-15 15:32:04
Brak komentarzy |
Moja ostatnia proza Bhangu - rozdział IIBhangu - Pandemonium roz. I Bezradność Dzwony kościelne Sen we śnie Licznik Odsłon: 19496Osób: 17739 Nuta |
|
| Blog granice.pl. Ta strona jest nieoderwalna częścią serwisu www.granice.pl właściciela firmy W&w. 2008-2010 |