Bezsensownik

czyli nazywanie rzeczy po imieniu

Noworocznie
Notatkę dodano:2008-01-14 20:55:52

Pierwszy, drugi, piąty, dziś już czternasty stycznia, a ja wciąż zapominam, żeby przerzucać kartki z kalendarza. Za oknem pogoda powoli wykluwa się z jajka. Na pierwsze pączki będziemy musieli jeszcze trochę poczekać, ale sam fakt, że zostawienie rękawiczek w domu nie grozi już żadnymi odmrożeniami, może w pewien specyficzny sposób nastrajać optymistycznie. Niestety, źródła dobrego samopoczucia, jakimi były zarówno Święta, Sylwester jak i cały wolny czas, wyczerpały się, a ogarniająca "pierwszorocznych" panika związana z sesją, daje się we znaki nawet najbardziej opanowanym. I tylko zewsząd słyszy się podniesione głosy, z natchnieniem licytyjące się, ile kto stron "Chemii ogólnej" zdążył już wkuć. Podsumowują zwykle tak samo - nikt nic nie umie, nikt nic nie rozumie. Cóż, w takim razie, powodzenia mili państwo, powodzenia!

W ostatnich dniach grudnia, kiedy jeszcze był śnieg, udało mi się zaliczyć chrzest bojowy i uznać za otwarty sezon narciarski 2007/2008. Na rozgrzewkę wybrałam - z praktycznego i wygodnickiego punktu widzenia - bytomskie dolomity. Warunki były przyzwoite, niestety w miarę upływu czasu, pojawiało się coraz więcej ludzi. Dzieciaki, które zwykle śmigają na stoku i rzadko kiedy da się któregoś tam przyuważyć, w kolejce na orczyk stają się chyba najgorszą zmorą. Nie wspominając już o snowboardzistach-amatorach-pierwszy-raz-próbujących-swoich-sił-na-stoku, którzy spadając z wyciągu koszą nieuważnych narciarzy. W każdym bądź razie, pierwszy, tegoroczny kontakt ze śniegiem mam już za sobą. A wszystkich, niezdecydowanych i wahających się przed spróbowaniem zimowego szaleństwa, wypada mi tylko zachęcić i zapewnić, że wrażenia są naprawdę niezapomniane.

Skoro już zaczęłam temat zimowych sportów, może wspomnę - że przez cały semestr zajęcia wuefu zaliczałam na... lodowisku. Stwierdziłam, że skoro uwielbiam jazdę na łyżwach, to wuef przestanie być dla mnie problemem. I miałam rację. Zajęcia były fantastyczne. Ćwiczenia, które wymyślali prowadzący, nieraz przyprawiały o dreszczyk, ale że wszystko było pod kontrolą, nie trzeba się było niczego obawiać. I tak kiedyś, wuefista kazał rzucić jedną rękawiczkę na 1/3, a drugą na 2/3 szerokości lodowiska. pominę fakt, że przyszli inżynierowie mieli z określeniem odległości niejaki problem, w wyniku czego, rękawiczki utworzyły ciekawy, kalejdoskopowo-slalomowy wzorek. Prowadzący za bardzo się tym nie przejmując, pokazał nam nasze rękawiczki i powiedział:"Wyobraźcie sobie, że to ręka waszej koleżanki. Nie możecie przez nią przejechać, bo obetniecie jej palce. Musicie przez nią przeskoczyć." I w ten sposób, chcąc nie chcąc, musieliśmy oderwać nasze nóżki, podskoczyć i miękko (oczywiście na łyżwach, nie na pupie) wylądować. W zeszłym tygoniu natomiast, z racji tego, że były to już ostatnie zajęcia wuefu, oraz uznając fakt, że wciąz mamy karnawał, prowadzący zorganizowali nam - taniec na lodzie! Wodzirej siedział bezpiecznie przy radiowęźle i dyktował kroko-zamachy mające ułożyć się w poloneza. Efekt był zaskakująco pozytywny. Całość - trochę koślawa - wyszła fantastycznie. Zwłaszcza tunele i precyzyjne łapanie drugiej osoby do pary.

Poza tym, pierwsze zaliczenia mam już za sobą, narazie wszystko idzie szybko i sprawnie. Bo przecież, na co tu w końcu czekać? Chyba tylko na wakacje!


Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


Tradycyjnie...
Notatkę dodano:2007-12-23 21:13:09

Kiedy przez ostatnie dni patrzę na zbliżające się święta, nie sposób w tym czasie nie myśleć o tych zeszłorocznych, czy tych, które obchodziliśmy dwa, trzy lata temu. I choć przygotowania do nich trwają jak zwykle długo i zazwyczaj ze wszystkim zdąży się na "ostatnią minutę", to o samych świętach przypominam sobie niestety dopiero wtedy, kiedy się skończą. I chociaż jak ognia unikam wypadów do przeludnionych marketów, a prezenty kupuję dużo wcześniej, to i tak udziela mi się ten komercyjny nastrój prezentowany przez kiczowate pseudomikołaje, którym jak zwykle pomyliła się data, bo zamiast na 6, przychodzą 24 grudnia...


Niestety, zamiast kolęd, w radio coraz częściej słyszymy amerykańskich piosenkarzy nucących w akompaniamencie kościelnych dzwonów merry christmasy, czy inne happy new yearki. Cóż, tak nas wychowuje współczesna kultura, która prawdziwą tradycję dawno już odstwaiła do lamusa, a fakt narodzenia Chrystusa traktuje z przymrużeniem oka, zniecierpliwieniem lub co gorsza - ze stwierdzeniem, że taki pomysł jest zupełnie nie na miejscu. Trafnie spointowały to pewne jasełka: "W święta Jezus się narodził./W święta? O co chodzi?".


I tylko co roku sama zastanawiam się, jak bardzo to powierzchowne przeżywanie świąt wdziera się do mojego domu, do domu moich najbliższych, do domów moich przyjaciół. Jak dużo bardziej wolimy kupować czy wydawać, niż po prostu przeżywać. A to jak z roku na rok spłycamy wagę świąt, przechodzi wszelkie wyobrażenie. Idąc dzisiaj jedną z bytomskich ulic, spostrzegłam samochód, nowy, wymyty i pewnie pachnący, jadący dosyć wolno. Nic w tym nie byłoby dziwnego, gdyby nie fakt, że przez okno ze strony kierowcy wystawała ręka, trzymająca choinkę (na zewnatrz samochodu) i niemal ciągęła ją po asfalcie. Cóż choinkę wsadzi się do jakiegoś kąta w domu, ewentualnie obwiesi milionem świecidełek, co przysłoni jej wybrakowane elementy. Samochód natomiast zawsze musi się doskonale prezentować. W końcu przyjeżdża rodzina, a sąsiedzi czujnie wyglądają przez okno.


I chociaż z jednej strony zalewają nas wszelkiego rodzaju promocje i "świąteczny szał" kupowania, z drugiej - tej, którą stawiam ponad wszystkie inne - czas ten skłania mnie do zastanowienia się jak bardzo zmieniłam się w ciągu tego roku, który przyniósł chyba najwięcej zmian w moim życiu. Przeprowadzka z ukochanego - bądź co nie bądź Bytomia do Gliwic, zdana matura, skończenie szkoły średniej, pół roku studiów. Ale przede wszystkim ta pewność, której jeszcze półtora roku temu nie miałam. Pewność, która nadaje sens wszystkiemu co robię, do czego dążę, o co się staram.


Życzę zatem wszystkim aby przeżywali ten czas świąt ze spokojem i pewnością, że zamknięte w szczelnej łupce tradycji poprowadzą nasze myśli w kierunku wiary w kolejne Boże Narodzenie.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Odkrywczo
Notatkę dodano:2007-12-05 22:06:35

Środa, z racji wypełnienia po brzegi ćwiczeniami i wykładami obfituje we wszelkiego rodzaju zabawne spostrzeżenia, zarówno prowadzących jak i prowadzonych - niekoniecznie za rączkę - studentów.


Na początek fizyka.
- Proszę pani - pyta prowadzący jedną z koleżanek - co musi się stać, żeby te drzwi wykonały obrót?
- Ktoś mi je musi otworzyć - odpowiada.
- A co, jeśli nie będzie tego kogoś od otwierania?

 

Później - matematyka.
Prowadzący wykład rozwiązuje kilometrową całkę. Nagle rozbrzmiewa pełen pretensji głos z sali:
- Ale tu się coś straciło!


A na deser - wciąż matematyka.
- Ile wynosi sinus kąta prostego? - pyta prowadzący.
- Dziewięćdziesiąt! - krzyczy dziewczyna.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Ponadczasowo?
Notatkę dodano:2007-11-20 21:28:24

Powoli obowiązki uczelniane dają o sobie znać. Pierwsze tygodnie, wydawać by się mogło, przelatują bezboleśnie między palcami; nie trzeba specjalnie nic robić (tak robi chyba zdecydowana większość), wystarczy przejrzeć notatki (tak robią ambitniejsi), rozwiązać zadania (tak robią bardzo ambitni), ale poza tym - wystarczy regularnie chodzić na ćwiczenia, a wszystko dobrze się układa.


Teraz zbliżają się pierwsze kolokwia. Narazie odbyło się tylko jedno - z chemii (w dodatku w sobotę). Następne w kolejności jest kolokwium z fizyki. I wydawać by się mogło, że nie ma sposobu, żeby w okresie trwającym zaledwie sześć czy siedem tygodni, w ciągu którego, każdego tygodnia mając ćwiczenia i wykłady trwające łącznie 3 godziny, zrobić jakiś przerażająco wielkiej ilości materiał. Pozory mylą. W liceum przerobienie tylu tematów trawło pół albo 3/4 roku szkolnego. Na uczelni następuje jakaś przedziwna dylatacja czasu...


PS Zapraszam serdecznie do czytania mojej poezji!


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Jabłkowo
Notatkę dodano:2007-11-13 16:39:01

Wraz z kilkoma osobami z grupy stwierdziliśmy zgodnie, że weekend na naszej uczelni (tzn. na kierunku technologii chemicznej, grupy I) zaczyna się właściwie w czwartek. Jakby nie patrzeć, od poniedziałku do środy załatwiamy ćwiczenia z angielskiego, chemii, matematyki i fizyki. Później zostają już tylko wykłady i... ekonomia. No właśnie - ekonomia. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie fakt, że od zeszłego tygodnia zostały wprowadzone tzw. wejściówki, aby każdy student wiedział, co to są aktywa i pasywa, zwłaszcza jeśli oblicza ich wartość na zajęciach... Weekednowy entuzjazm opadł. Szkoda, że na ekonomii zamiast wartości niematerialnych i prawnych oraz inwestycji długoterminowych nie liczymy np. zlewek z kwasem siarkowym (IV) lub wiórków magnezu.


Dzisiejszy dzień sponsoruje cytat z ćwiczeń z matematyki: "Ile jabłka należy zpierwiastkować, żeby otrzymać pół jabłka?"


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Jest prawie fajnie...
Notatkę dodano:2007-10-31 21:44:35

Uczelnia, jak każda instytucja, skupia wokół siebie całkiem spore grono ludzi. I nawet tu, zdarzają się nie raz sytuacje dość komiczne i ogólnie mówiąc, całkiem zabawne.


Doskonałym tego przykładem był jeden z wykładów z chemii ogólnej. Profesor swoim niezróżnicowanym tonem objaśniając zagadnienia dotyczące budowy atomu, wolno przeszedł do tematu powłok elektronowych.
- Elektrony na orbitalu "s" nie poruszają się po obwodzie koła, ale po kuli. I to nie po zwykłej kuli, ale po jego czaszy. To jest czasza! - cały swój zachwyt nad zagadnieniem skwitował w geście wyprostowanego, środkowego palca. Koledzy z grupy, siedzący w ławce za mną spojrzeli po sobie, a jeden z nich skwitował, oczywiście odmachując profesorowi w podobnym geście:
- Ty, patrz jaki ziomal! Czasza!


Za to na ćwiczeniach z fizyki, prowadzący tłumacząc nam, że aby ciało się poruszyło musi zadziałać na nie jakaś siła, stwierdził tylko:
- I nie ważne co działa, to ciało mogą ciągnąć aniołki albo krasnoludki.


Natomiast przy okazji kartkówki, również z fizyki, podczas dyktowania zadania, jeden z kolegów zgubił się w treści i poprosił o powtórzenie podanej przed chwilą wartości prędkości. Prowadzący na to:
- A wpisz se pan, co pan chcesz. Jakie to ma znaczenie?


Oprócz tego są jeszcze ćwiczenia z matematyki. Prowadzący uprzejmie prosi studentki, aby go "nie czarowały". Za to żeby pójść do tablicy, używa następujących argumentów:
- Wyobraźcie sobie państwo, że to jest zielona łąka. Oczywiście panie przy tablicy są jak kwiatki na tej łące. A panowie, no cóż, to chyba chwasty?


Komentuj(3)

-------------------------------------------------------------------


Piratem być...
Notatkę dodano:2007-10-08 19:59:12

Prawo jazdy jest luksusem. Jeszcze większym luksusem jest posiadanie samochodu. Jeśli jedno i drugie się połączy, powstają dwa luksusy. I kiedy wykorzystuje się tę sume luksusów do przywożenia się na uczelnię, można twierdzić, że złapało się Pana Boga za nogi. Do czasu, kiedy Bozia nie zacznie wymachiwać kończynami, skutkiem czego podbite oko zamieni się w brak miejsc parkingowych w najbliższym otoczeniu wydziału chemicznego.


Nie chcąc spóźnić się dzisiaj na zajęcia, postanowiłam wyjechać z domu nieco wcześniej, żeby spokojnie zaparkować i odnaleźć salę, na zajmującym ogromną powierzchnię, wydziale górnyczym. Wyruszyłam o godzinie 11:20, w związku z czym, w okolicach uczelni znalazłam się o godzinie 11:30. Skręciłam w uliczkę na której zawsze parkuję, by ku wielkiemu zdziwieniu przejechać ją całą i dojechać do wydziału mechanicznego, czy Bóg wie jakiego. Mając na uwadze moje szczęście, wpakowałam się w jakiś wąziutki parking, z którego wyjachać było nie lada sztuką, zwłaszcza, że samochód mam bez wspomagania kierownicy. Po kilku minutach obracania, z mięśniami i bicepsami kulturysty, wydostałam się z przeklętego parkingu i ruszyłam z powrotem w kierunku ulubionej uliczki, mając nadzieję, że może jakieś miejsce się zwolniło. Niestety. Jak było 10 minut temu, tak poźniej nic się nie zmieniło. Załamana i bliska pozostawienia auta na środku ulicy, dostrzegłam tajemnicze krzaki i trochę przestrzeni. Bez wahania ruszyłam w ich kierunkui podczas parkowania wyrywając z ziemi długie badyle, ograniczające ten miejski pseudoogródek. Dumna z siebie, z rozmachem spróbowałam otworzyć drzwi, by po sekundzie przekonać się, że jest to niemożliwe. Drugi badyl zablokował mi wyjście. Przeskoczyłam więc lewarek biegów i wyszłam od strony pasażera. Z duszą na ramieniu dotarłam na sekundy przed rozpoczęciem zajęć.


Godzinę później przestawiłam samochód. Nigdy nie wiadomo, gdzie czai się green peace...


Komentuj(3)

-------------------------------------------------------------------


Bo zawsze jest jakiś wybór...
Notatkę dodano:2007-10-03 21:46:46

Alternatywa. Zazwyczaj jest przyczyną ogromnego chaosu i dezorientacji, jednak w wielu przypadkach staje się zbawieniem, a po jeszcze głębszej analizie, dochodzi się do wniosku, że jest sama w sobie błogosławieństwem. Ważne, żeby dojść do takiej konkluzji wraz z towarzyszącymi jej emocjami po kolei, by dojrzeć do podjęcia słusznego wyboru. Niestety, jak powszechnie wiadomo, na odpowiedź, co do jego słuszności trzeba czekać, aż pojawi się łaskawie sama, zwykle z zaskoczenia, trafiając przy tym wszystkim w najsłabszy i najczulszy punkt naszego jestestwa. Po krótkim przepływie impulsów nerwowych przez synapsy neuronów jesteśmy przekonani, że pierwotnej alternatywy wcale nie było; wybór był jedyny, słuszny i jasny; jednak my wybraliśmy źle.


Te i inne pesymistyczne wizje świata nachodzą mnie zwykle, kiedy coś gwałtownie się zmienia. Po czterech miesiącach nic-nie-robienia (jeśli nie liczyć przeprowadzki i wakacji, w całej swej krasie cudownych), świadomość podjęcia nowych obowiązków i zadań, które w dużym stopniu wpłyną na dalszą przyszłość, jakoś dziwnie upośledza mi gruczoły optymizmu. I bynajmniej powodem nie są przedmioty i zajęcia, jakie obowiązują w I semestrze, ale organizacja tej imprezy w ogóle. Na szczęście po trzech dniach sytuacja zaczęła nabierać tempa i wiele niejasności już się klaruje.


W końcu skoro otwarło się już tę książkę, to warto przeczytać ją do końca.


Czego Wam i sobie życzę - Wasza studentka technologii chemicznej.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


A jednak jeszcze wakacje...
Notatkę dodano:2007-09-16 22:38:33

To co działo się przez ostatni tydzień (a może dwa?) zdawało się być zaledwie jakimś śladem pogody. Na szczęście dzisiaj, w jeden z ostatnich już dni lata, wyjrzało słońce i nie można było nie ulec pokusie wywędrowania na mały spacerek. Tak też ze Sławkiem uczyniliśmy, obierając trasę, którą zwykle chodziliśmy weszłego roku; na której zastanawialiśmy się nad moim tematem do matury ustnej z polskiego; zastanawialismy się tam zresztą nad maturą jako taką. Miejsce to nie zmieniło się zbytnio, czuć jednak było w powietrzu nadchodzącą jesień, a kilka drzew zmieniało swój image.


Mając na myśli upalną i przyjemną pogodę, nie sposób nie przypomnieć sierpniowej wycieczki do Kalwarii Zebrzydowskiej. Wypad okazał się fantastyczny. Razem ze Sławkiem przeszliśmy kalwaryjskie ścieżki wzdłuż i wszerz.
Potem wsiedliśmy w samochód i podjechaliśmy do pobliskiej Lanckorony. Chyba nie ma sposobu, żeby dokładnie oddać charakter tego miejsca. Cisza jakby góruje nad wszystkim. Spokój i harmonia mieszkańców zdaje się płynąć jak z jakiegoś pogodnego poematu. Widziałam wiele pięknych miasteczek, jednak żadne nie ujęło mnie tak bardzo swoją niespotykaną chyba nigdzie indziej, atmosferą.


Poniżej zdjęcie ze wspólnej wyprawy.

e7b0882ffe6d7f265a7873371da17557.jpeg

Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Podsumowująco
Notatkę dodano:2007-07-15 21:46:03

Właściwie możnaby rzec, że wakacyjny czas mija niesamowicie szybko, a nowe obowiązki zdają się zbliżać wielkimi krokami. Maturalne boje już dawno zostawiłam za sobą. Wyniki odebrałam z końcem czerwca, z uśmiechem na twarzy i z satysfakcją, że osiągnęłam sukces, na który pracowałam przez ostatnie trzy lata. Biologia (88%) i chemia (83%) bez problemu zagwarantowały mi miejsce na Politechnice Śląskiej. I w zasadzie, mając na uwadze, że wszystkie możliwe stresy już opadły i że należałoby się cieszyć wolnym czasem i odpoczywać do woli, to jednak stan ten burzy potężna dawka czegoś w rodzaju niedosytu, smutku, a miejscami rozczarowania.


Na czwartkowym spotkaniu z koleżankami z "byłej" już klasy, dowiedziałam się o ich studiach - w większości przypadków - tych drugiego, a niejednokrotnie i trzeciego wyboru. Niektórym zabrakło niewiele, innym troszkę więcej punktów. Zdaję sobię sprawę, że nigdy nikomu w stu procentach nie uda się osiągnąć swoich celów. Jednak wciąż dręczy mnie pytanie, dlaczego - skoro tak niestety jest - wciąż i w kółko powtarza się, że wszystkie wydziały i kierunki stoją przed nami, "Smoleniakami" otworem i, że "kto jak nie wy?". A poza tym, przykro patrzeć, kiedy zdolni uczniowie - teraz już absolwenci - którzy dwa miesiące temu odbierali świadectwa z czerwonym paskiem, teraz zamiast cieszyć się latem, stoją na promocjach w hipermarketach, sprzedają bieliznę, albo lody... To a propos rozczarowań.


Matura zbliżała się wielkimi krokami, w końcu nadeszła, ale tylko po to, żeby po trzech kilogramach stresu odejść bezboleśnie. Potem dziwaczna internetowa rekrutacjo - rejestracja na studia, tony potrzebnych papierków, dokumentów, haseł, loginów, ankiet i formularzo - kwestionariuszy. Stres do 12 lipca. Dalej już tylko ogłoszenie wyników. Nazwisko na szczycie listy przyjętych i świadomość, że jest się studentką. Wszystko to działo się w tak zaskakująco szybkim tempie, że kiedy ochłonęłam i zrozumiałam, co się właściwie stało, poczułam tylko delikatne ukłucie w okolicy żołądka... To a propos niedosytu.


A obok tego wszystkiego, a właściwie równocześnie z maturą i rekrutacją, bytomsko - gliwicka przeprowadzka huczała na całego. W pokoju oprócz właściwych mebli, ubrań i kilku książek, nie mam już nic. Wszystko - w starannie zapakowanych i sklejonych kartonach - zostało przewiezione do Gliwic. I chociaż myśl, że za tydzień będę już spać "na walizkach" rodzi się z wielkim wrzaskiem w mojej głowie, to świadomość, że zostawiam w tych ścianach większość swojego życia, jakoś do mnie nie przemawia. Może jest to nieznośnie sentymentalne, ale zwykle ma się miejsce, które się kocha, do którego jest się zwyczajnie przywiązanym i które odbija się echem wspomnień, które pamięć już dawno wyrzuciła. Taki jest dla mnie Bytom. A co do przeprowadzki, to przestałam się łudzić, że Gliwice staną się dla mnie taką ostoją... To a propos smutku.


Jednakowoż, nie chcąc kończyć tak przygnębiającym akcentem, a nie mając w głowie niczego, prócz głupich żartów, zamieszczam zdjęcie z ostatniego szkolnego, posiedzenia ławkowego.

908eb954247fa333bbecd6e6818d1952.jpeg

Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 688282
Osób: 672954

Mój ślubny blog:

www.weddblog.pl
Blog granice.pl. Ta strona jest nieoderwalna częścią serwisu www.granice.pl właściciela firmy W&w. 2008-2016