Natalia Julia Nowak
Cześć i chwała Brytyjczykom! NIE dla UE!

logo
Antyfeminizm w praktyce
Notatkę dodano:2012-02-04 13:02:19

Housewife w XXI wieku

Antyfeminizm należy do tych ideologii, które - we współczesnym świecie - są trudne lub wręcz niemożliwe do realizacji. Rzeczywistość już dawno przestała wyglądać tak, jak powinna, a ci, którzy pragną coś zmienić, nie zawsze mają taką możliwość. Wbrew temu, co twierdzą feministki, istnieją w Polsce kobiety, które chciałyby żyć w tradycyjnych układach społecznych. Problem w tym, że zazwyczaj nie mogą one urzeczywistniać swoich poglądów. W XXI wieku praktycznie nie da się być klasyczną housewife. Umyślnie piszę “housewife”, bo w języku polskim nie ma jednego, prostego i wyrazistego słowa, określającego kobietę, która nie pracuje zawodowo, tylko poświęca się sprawom rodzinno-domowym.

Myślę, że w dobie dealerów, freelancerów, headhunterów, copywriterów, ghostwriterów, designerów, webmasterów, babysitterów, spin doctorów, product menagerów i managing directorów używanie wyrazu “housewife” nie stanowi żadnego nietaktu (w sumie, to nie jest głupi pomysł, żeby uznać domożonę za jeden z zawodów. Ostatecznie, taka dama również pracuje, a pieniądze otrzymuje od swojego męża. Nie nazwałabym jej bezrobotną, bo to określenie pasuje raczej do niezatrudnionej, niestudiującej, pełnoletniej, mieszkającej z rodzicami dziewczyny. Ech, jaka epoka, takie nazewnictwo!).

No, ale dlaczego nie da się być housewife? Jakie przeszkody stają na drodze kandydatkom na to stanowisko? I jakie są wady takiego stanu rzeczy? Spróbuję to wyjaśnić w niniejszym tekście!


Feministyczny styl życia

Współczesny świat zmusza kobiety do feministycznego stylu życia - także te, które wolałyby funkcjonować bardziej tradycyjnie. Mężczyźni zarabiają tak mało pieniędzy, że nie są w stanie samodzielnie utrzymać swoich rodzin. Powoduje to, że niewiasty (czy im się to podoba, czy nie) muszą podejmować pracę zawodową. Pracodawcy często wymagają od nich nadludzkiego wysiłku, a państwo, zamiast pomagać uciśnionym pracownicom, pośrednio przyczynia się do ich katorgi (niedawno politycy zdecydowali, że podwyższą paniom wiek emerytalny o równiutkie 7 lat!).

Skutek jest taki, że zarówno mąż, jak i żona, spędzają całe dnie w robocie. Wieczorem oboje wracają do domu: są wyczerpani, zdenerwowani, myślą tylko o tym, żeby odpocząć i zapewnić sobie odrobinę relaksu. Żadne z nich nie ma ochoty, żeby pójść do kuchni, zrobić dwie porcje kolacji, a potem pozmywać i powycierać naczynia. Żadne z nich nie chce usługiwać drugiemu i patrzeć na jego słodką bezczynność. Żadne z nich nie jest zainteresowane pracą na dwa etaty.


Dwa światy

I on, i ona pragną po prostu usiąść przed telewizorem i obejrzeć ulubiony program rozrywkowy. Żona nie ma siły ani chęci, żeby słuchać opowieści męża, a mąż nie ma siły ani chęci, żeby słuchać opowieści żony. Każde z nich posiada własne problemy, zatem żyje w odrębnym świecie i nie wpuszcza do niego nawet najbliższego człowieka. Jakie są konsekwencje tych wszystkich niedogodności? Małżonkowie kłócą się o to, kto ma się zająć sprawami domowymi, takimi jak przygotowanie posiłku czy wyczyszczenie talerzy.

Nie rozmawiają ze sobą tak, jak powinni - co najwyżej warczą na siebie, bo oboje są ofiarami stresu i znużenia. Jeśli jednej z osób udaje się przeforsować swoje zdanie, to ta druga jest wściekła i delikatnie mści się na tej pierwszej. Błędne koło zostaje wprawione w ruch, mężczyzna i kobieta przestają się doskonale uzupełniać. Kończy się sielanka, a zaczyna tragifarsowy skecz. Nie ma żadnej koordynacji - nikt nie wie, co ma robić, nie zna swoich praw i obowiązków.


Trucizna o powolnym działaniu

Atmosfera jest napięta, brakuje harmonii, porozumienia i wzajemnej życzliwości. Takie negatywne emocje sprawiają, że związek ulega zatruciu. Małżonkowie oddalają się od siebie, przestają się rozumieć, stają się obcymi sobie ludźmi lub wręcz śmiertelnymi wrogami. Czasem nawet rywalizują ze sobą, żeby ustalić, kto jest lepszy, mądrzejszy, zaradniejszy i bardziej godny przywilejów. W ich życiu pojawia się napastliwość, zadziorność, niepokój, skłonność do patrzenia z góry na drugą połówkę.

Powstaje klimat wojny, niezgody i permanentnego chaosu. Mąż i żona, na własne życzenie, wprowadzają do swojego mieszkania ciemną energię, która wraz z upływem czasu staje się coraz bardziej dokuczliwa. Jak nietrudno się domyślić, taki układ grozi separacją bądź rozwodem. Zwróćmy szczególną uwagę na małżeństwa posiadające dzieci. Jeśli ojciec i matka spędzają całe dnie poza domem, a wieczorem sprzeczają się jak parlamentarzyści, to co się dzieje z ich potomstwem?


Samotność dziecka

Dzieciaki są wychowywane przez ulicę, krąg rówieśniczy, TV lub komputer. Czują się osamotnione, tęsknią za rodzicami, walczą z nawarstwiającymi się kłopotami, o których tata i mama nawet nie wiedzą. Czasem odnoszą wrażenie, że otrzymują od rodziców wszystko z wyjątkiem wsparcia i miłości. Ponieważ nie uważają swoich najbliższych za osoby godne naśladowania, zaczynają sobie szukać innych idoli i autorytetów. Owocuje to problemami szkolnymi lub wychowawczymi - niskimi ocenami, używkami, agresją, autoagresją itp.

Dramat ulega nasileniu, kiedy ojciec i matka się rozstają. Problemy małżeńskie i rodzinne, które opisałam, są bardzo charakterystyczne dla dzisiejszych - feministycznych i nowoczesnych - społeczeństw zachodnich. Nie ulega wątpliwości, że w czasach, kiedy żony i matki nie pracowały zawodowo, rodziny były silniejsze, stabilniejsze, szczęśliwsze i bardziej solidarne. Mężczyzna i kobieta nie byli rywalami, tylko idealnie pasującymi do siebie kawałkami układanki. Dziecko nie było ciężarem, tylko istotą stawianą w centrum zainteresowania.


Poza nawiasem społeczeństwa

Innym czynnikiem, który zmusza kobiety do feministycznego stylu życia, jest nietolerancyjne społeczeństwo. Większość ludzi jest nieprzychylnie nastawiona do tych kobiet, które wolą się zajmować domem i rodziną niż robić karierę zawodową. Znam kilka pogardliwych określeń, którymi nazywa się panie o konserwatywnych i antyfeministycznych przekonaniach - są to wyrażenia obraźliwe, nienawistne, krzywdzące i plugawe. Niewiasta, która nie chce żyć tak jak jej koleżanki, jest napiętnowana przez swoje otoczenie, a zwłaszcza przez feministki i feministów.

Zbiorowość karze ją za to, że zlekceważyła obowiązujący schemat i wybrała własną drogę życiową. Tradycjonalistyczna pani domu przekonuje się, że chociaż wszyscy mówią o prawach kobiet, to tak naprawdę nie ma mowy o żadnej wolności. Wbrew solennym deklaracjom i chwytliwym sloganom, brakuje w społeczeństwie akceptacji dla różnych światopoglądów i sposobów bycia. Media promują “jedyny słuszny” wzór postępowania, a ich odbiorcy uznają go za nienaruszalną i nieprzemijalną świętość.


Brak warunków do (antyfeministycznego) życia

Jeśli antyfeministka ma dużo dzieci, to otoczenie atakuje ją z podwójną bezwzględnością. Ludzie dają popalić nie tylko jej, ale także jej mężowi, określanemu uwłaczającymi epitetami. Przyznam szczerze, że ja bym się bała zostać staroświecką housewife. Nie wiem, czy byłabym w stanie egzystować jako wyklęty przez wspólnotę parias - tym bardziej, że mogłoby się to odbić na ewentualnym dziecku. Złośliwości i drwiące uśmieszki mogłabym jeszcze znieść, ale nie zniosłabym prześladowania i wyszydzania mojego malucha.

Tutaj, w Polsce, po prostu nie ma warunków do życia według założeń antyfeminizmu. Dotyczy to zarówno kwestii ekonomicznych, jak i społecznych. Czym jak czym, ale Turcją to my nie jesteśmy! Uważam, że lepiej zostać bezdzietną starą panną niż założyć słabą (feministyczno-nowoczesną) rodzinę. Lepiej skazać się na wieczną samotność niż cierpieć jako odtrącona, wyśmiana, niezrozumiana i potępiona “kura domowa”.


Póki co, nie warto zakładać rodziny

Ostatnio zastanawiałam się nad tym, czy powinnam kiedyś założyć rodzinę. Doszłam do wniosku, że nie - właśnie ze względu na złą koniunkturę. Gdyby Rzeczpospolita Polska była normalnym krajem, to stworzenie klasycznej, zachowawczej, poukładanej, patriarchalnej rodziny byłoby możliwe. Niestety, nie jest i nic na to nie poradzę. Kolejna sprawa: jako matka, musiałabym się liczyć z tym, że moje dziecko będzie indoktrynowane (przez nauczycieli) euroentuzjastyczną i liberalną propagandą.

Czy chciałabym, by mój potomek chłonął w szkole takie treści? Czy chciałabym, by powoli zamieniał się w kosmopolitę, eurofederalistę i polonofoba? Czy chciałabym, by uczestniczył w lekcjach wychowania seksualnego (takich, o jakich marzy SLD i Ruch Palikota)? Czy chciałabym, by został opętany konformizmem, feminizmem i permisywizmem? Czy chciałabym, by na moich oczach przeobrażał się w mojego ideologicznego antagonistę? Oczywiście, że nie!


Szwecja Północna i Szwecja Południowa

Pewnie, że mogłabym samodzielnie uczyć malca patriotyzmu i konserwatyzmu (mit Matki Polki). Sęk w tym, że gdyby o moich nieprawomyślnych poglądach dowiedzieli się sąsiedzi, to mogliby oni wezwać opiekę społeczną i doprowadzić do odebrania mi praw rodzicielskich. Tak się bowiem składa, że w Polsce szwedzkie metody stają się coraz powszechniejsze i bardziej wyrafinowane. Władze zabrałyby mi dzieciaka, a następnie umieściłyby go w polskim odpowiedniku Egalii (placówki, w której wmawia się dzieciom, że płeć nie istnieje, a na każdą istotę ludzką mówi się “ono”).

Zatrważające, ale coraz bardziej prawdopodobne. Mogę cynicznie zażartować, że Europejczycy doczekali się dwóch podobnych krain: Szwecji Północnej i Szwecji Południowej. Różnica polega na tym, że rodzice z Północy nie mają kłopotów z utrzymaniem swojego potomstwa, a rodzice z Południa ledwo ciągną do “pierwszego“. My, naturalnie, jesteśmy Południem. Ubogim i pogrążonym w wewnętrznych niesnaskach.


Burrnesh - Dziewica Kanunu

Wniosek? Ze względu na niskie PKB, nietolerancyjne społeczeństwo, przynależność Polski do Unii Europejskiej i upodabnianie się naszej Ojczyzny do Szwecji nie powinnam zakładać własnej rodziny. Jedyne, co mi pozostaje, to zostać kimś w rodzaju Burrnesh, Dziewicy Kanunu (kobiety, która może funkcjonować tak jak mężczyzna, pod warunkiem, że zachowa czystość do końca życia). Wiem, że Polska to nie Albania, ale innego rozwiązania nie widzę.

Teoretycznie, mogłabym poślubić obcokrajowca i wyjechać za granicę. Są jednak trzy przeszkody. Pierwsza: nie znam żadnego obcokrajowca. Druga: nigdy nie wiadomo, jaka przyszłość i jakie reformy czekają obczyznę. Trzecia: miejsce Polki jest w Polsce. Emigracja może, choć nie musi, grozić wynarodowieniem i zobojętnieniem na sprawy ojczyste (znam Polonusów, którym wystarczyło około pięciu lat, żeby nabrać pogardliwego stosunku do Polski. Co ciekawe, jednocześnie zapomnieli oni o tym, jak się żyje w Kraju nad Wisłą).


Komunikaty werbalne i niewerbalne

Od 15 roku życia powtarzam, że w przyszłości najprawdopodobniej zostanę bezdzietną starą panną. Nie życzę sobie, żeby faceci mnie podrywali, toteż staram się ubierać i zachowywać tak, by nie rozpalać w nich cielesnego ognia (heh, gdybym mogła, najchętniej przebrałabym się za Afgankę! Ale tego ludzkość na pewno by nie strawiła! Poza tym, rasiści i antyterroryści mogliby mnie z kimś pomylić!). To, w jaki sposób jesteśmy postrzegani i traktowani przez innych ludzi, zależy bowiem nie tylko od naszych zapewnień, lecz również od tego, jakie ubrania nosimy, jakie gesty wykonujemy i jak reagujemy na rozmaite bodźce.

Każdy komunikolog potwierdzi, że oprócz komunikatów werbalnych istnieją jeszcze komunikaty niewerbalne. Nosząc skromne, proste, obudowane i aseksualne stroje, kieruję do mężczyzn pewien przekaz podprogowy - daję im do zrozumienia, że jestem niedostępna i nienastawiona na flirt czy seks. Sprawiam, że mogą oni skupić się na tym, co mam do przekazania, a nie na mojej fizyczności i powierzchowności. Nie jestem taka, jak pewna piosenkarka (chyba Beyonce), która z jednej strony skąpo się ubiera, a z drugiej - narzeka, że odbiorcy traktują ją jak obiekt seksualny.


Żeby wilk był syty, a owca cała

Wiem, że panowie są istotami niezwykle pobudliwymi płciowo. Nie mam jednak do nich pretensji, bo taki stan rzeczy wynika z ich samczej natury, a nie ze złej woli. Ukrywając swoją kobiecość, oszczędzam facetom stresu, rozczarowania i poczucia niespełnienia. Sama również na tym korzystam, bo dzięki przyzwoitemu wyglądowi udaje mi się uniknąć niechcianych zaczepek i niedwuznacznych propozycji. Gdybym założyła spódniczkę mini, a mężczyźni (ku mojemu utrapieniu) zaczęli mnie podrywać, to byłabym sama sobie winna.

Zostałabym ukarana za igranie z męską biologicznością, czyli za brak szacunku do siebie i płci przeciwnej. Przekonałabym się, że brak empatii względem bliźnich może się obrócić przeciwko mnie. Jeśli samica eksponuje swoją cielesność, to niech się nie dziwi, że samiec reaguje na to w typowo samczy sposób. My, ludzie, należymy do królestwa zwierząt, zatem jesteśmy niewolnikami pierwotnych i nieposkromionych instynktów. Feministki powinny wreszcie zrozumieć, że mężczyźni nie są płytcy, tylko specyficznie zaprogramowani przez Matkę Naturę.


Pouczające przeżycie z przeszłości

W tym, co czynię i piszę, nie ma absolutnie żadnej filozofii. To jest najzwyklejsza w świecie pamięć o prawach przyrody i właściwościach męskiego organizmu. Kiedy miałam 15 lub 16 lat, zdarzyło mi się - jeden, jedyny raz - założyć bardzo krótkie spodenki. Skutek był taki, że chłopcy gapili się na moje nogi, co strasznie mnie krępowało. Zrozumiałam wtedy, że szkodzę zarówno sobie, jak i im. Sobie - bo narażam się na dyskomfort, niepożądane umizgi lub coś jeszcze gorszego. Im - bo rozniecam w nich płomień, który ich parzy i zmusza do szukania ratunku.

Dziś jestem świadoma, że jeśli chcę, by faceci postrzegali mnie jako kumpla, to muszę wyglądać i postępować jak kumpel, a nie jak kobieta. Jestem jak albańskie Dziewice Kanunu, które - pragnąc robić to, co płeć silna - muszą zrezygnować ze swojej kobiecości. Przez szacunek do mężczyzn i ich uczuć. Przez dostosowanie się do ich świata. Przez głęboki respekt dla ich samczej tożsamości (jednocześnie potężnej i groźnej). Przez dążenie do zapobiegnięcia niezręcznym sytuacjom.


Albo kariera, albo rodzina

Dziewica Kanunu działa w męskiej rzeczywistości, więc jest poniekąd mężczyzną i nie może sobie pozwalać na niewieście zachowania ani na stosunki erotyczne z innymi mężczyznami. Reasumując… Jako antyfeministka, powinnam wyjść za mąż i wcielić się w rolę klasycznej housewife. W Polsce (Szwecji Południowej) nie ma jednak do tego warunków, dlatego egzystuję jako tutejsza Burrnesh. Od lat powtarzam, że kobieta, po ukończeniu szkoły lub studiów, powinna podjąć jednoznaczną decyzję: albo kariera, albo rodzina. Albo praca, albo związek z mężczyzną.

Albo aktywność w szerokim świecie, albo całkowite poświęcenie się domowi. Albo żywot zmaskulinizowanej panny, albo tradycyjna rola kobieca. Albo dożywotnie dziewictwo, albo patriarchalne małżeństwo. Dopiero niedawno dowiedziałam się, że podobny pogląd głoszą od pokoleń Albańczycy. Kobieta nie powinna łączyć kariery z życiem rodzinnym, gdyż grozi to konfliktami, o jakich napisałam we wcześniejszej części artykułu. Szkoda, że gdy niewiasta wybiera klasyczny model życia, to grożą jej docinki ze strony “tolerancyjnych” feministek i feministów!


Magdalena Żuraw i Maria Helena

A teraz coś z zupełnie innej beczki. Chciałabym oficjalnie ustosunkować się do faktu, że niektórzy ludzie stawiają mnie w jednym szeregu z takimi postaciami jak Magdalena Żuraw czy Maria Helena. Te dwie publicystki, piszące kontrowersyjne teksty o roli kobiet w społeczeństwie, reprezentują całkiem inny antyfeminizm niż ja. MŻ i MH to autorki katolickie: jeśli popierają patriarchalizm, to tylko dlatego, że nakazuje im to religia oraz oparta na niej obyczajowość.

Ja zaś jestem ateistką, a wyznawana przeze mnie wersja antyfeminizmu ma charakter laicki, socjobiologiczny, naturalistyczny, darwinistyczny i racjonalistyczny. Poglądy, które głoszę, wypływają z obserwacji przyrody i z analizy zwierzęcej strony człowieka. Opowiadam się za rządami mężczyzn, ponieważ w naturze najwyższą pozycję zajmują osobniki męskie (samce są duże, silne, agresywne, energiczne i władcze. Dominują seksualnie nad samicami i płodzą potomstwo. Nie miesiączkują, nie tracą błony dziewiczej, nie zachodzą w ciążę, nie znają trudów związanych z porodem etc).

Magdalena Żuraw i Maria Helena nie interesują się ewolucjonizmem i nie piszą o fizjologicznych aspektach ludzkiego życia - może dlatego, że nie chcą, a może dlatego, że im nie wolno (w katolicyzmie występują tematy tabu, a uznawanie Homo sapiens za gatunek małpy jest zakazane). No, więc jak można kojarzyć mnie z tymi dwiema autorkami? Katolickie antyfeministki i ja to dwa zupełnie różne światy! Pewnie, że w niektórych kwestiach mówimy jednym głosem. Ale ich przekonania i moje teorie wypływają z całkowicie innych źródeł.

Dziękuję za lekturę mojego tekstu!


Natalia Julia Nowak,
1-4 lutego 2012 roku



PS. Dlaczego nie piszę nic o miłości? Bo miłość, szanowni Czytelnicy, nie istnieje. To, co wielu osobom jawi się jako najpiękniejsze i najgorętsze uczucie, jest efektem działania feromonów i fenyloetyloaminy. Te dwa dziwolągi na literę “f” są zwyczajnymi substancjami chemicznymi. Wyjaśnia to, skąd się wziął związek frazeologiczny “dobra chemia” (rozpowszechniony głównie wśród młodzieży).

PS 2. Jak już napisałam, jestem osobą niewierzącą, więc domyślną formą zawarcia małżeństwa jest dla mnie ślub cywilny. Gdybym miała wyjść za mąż, to zdecydowałabym się właśnie na uroczystość w Urzędzie Stanu Cywilnego. Ślub kościelny mija się z celem, ponieważ dokumenty nowożeńców i tak ostatecznie trafiają do USC (są tam wysyłane lub zanoszone przez duchownego). Podczas trwania związku małżeńskiego faktyczna władza nad mężem i żoną nie należy do księdza, tylko do państwa, dysponującego Kodeksem Cywilnym oraz Kodeksem Rodzinnym i Opiekuńczym. Małżeństwo jest wszak oficjalną i zarejestrowaną instytucją. KRO wypada znać, bo zawiera on kilka niebezpiecznych przepisów.

Przykładowo, kiedy mąż rozwodzi się z żoną, to jego małżonka przestaje być małżonką, ale teść pozostaje teściem do końca życia. Kolejna sprawa: jeśli po rozwodzie jedno z małżonków jest biedne, to ma prawo żądać od tego bogatszego alimentów. I to nie na dziecko, tylko na siebie. Kościół katolicki nie może zmusić oblubieńców do przestrzegania prawa kanonicznego, ale władze mogą ich zmusić do respektowania KRO i KC. Związkiem małżeńskim rządzi Rzeczpospolita Polska, a Rzeczpospolitą Polską - Unia Europejska. Pytanie za sto punktów: kto rządzi Unią Europejską? Illuminati? Dobra, żartuję! Nie mówcie, proszę, że jestem pozbawiona krztyny romantyzmu. Ja po prostu staram się być realistką. “Trzeba być w butach na weselu”, czyż nie?

9ab23c3cffd55d12fc347357c4e6c068.jpeg

Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Mężczyzna jako nietzscheański nadczłowiek
Notatkę dodano:2012-01-27 13:48:42

W poprzednim odcinku

Część osób, czytających niniejszy artykuł, może pamiętać mój stary tekst zatytułowany “Antyfeminizm, patriarchalizm i nierówność płci” (jest on ogólnodostępny w Internecie). Ci, którzy jeszcze go nie znają, powinni jak najszybciej zapoznać się z jego treścią. Dlaczego? Dlatego, że esej, który oddaję dzisiaj do rąk Czytelników, stanowi jego bezpośrednią kontynuację. W artykule “Antyfeminizm, patriarchalizm i nierówność płci” przedstawiłam szereg dowodów na to, że w przyrodzie - której częścią jest nasz gatunek - samiec ma bezsprzeczną przewagę nad samicą.

Stwierdziłam, że trudno mówić o równości płci w sytuacji, gdy osobnik męski jest wyraźnie większy, silniejszy i energiczniejszy od żeńskiego. Napisałam, że nadrzędność mężczyzny jest szczególnie widoczna podczas stosunku płciowego, kiedy to facet wdziera się do organizmu kobiety i przejmuje nad nim kontrolę. Zauważyłam, że zarówno on, jak i ona, posiadają zakodowaną w podświadomości wiedzę o specyficznej pozycji samca w naturze (u panów objawia się to w postaci tzw. męskiej dumy, a u pań - w formie wrodzonego lęku przed gwałtem). Zasugerowałam nawet, że za zamiłowaniem płci silnej do seksu oralnego może się kryć istne samozadowolenie i poczucie triumfu.

Jednocześnie zaznaczyłam, że chociaż chłop i baba nie są sobie równi pod względem biologicznym, to można ich uznać za równych pod względem kulturowym. Czy to mężczyzna, czy to kobieta - każdy jest istotą ludzką, dysponującą rozumem, uczuciami i prawem do godnego traktowania. To, czy jesteśmy wykształceni, uczciwi, szlachetni i utalentowani, nie zależy od naszej budowy ciała i seksualności, tylko od zupełnie innych czynników. Chociaż mężczyźni są wyższą płcią, potrafią oni odnosić się z szacunkiem do kobiet i chronić je przed wszelkimi zagrożeniami. Ewolucja kulturowa sprawiła, że samiec Homo sapiens, który - z biologicznego punktu widzenia - mógłby śmiało wykorzystywać samice, postanowił odnosić się do płci przeciwnej jak do stworzeń równych sobie. Niewiasty, dotychczas bezbronne, niewątpliwie na tym skorzystały.


Istota ewidentnie doskonalsza

Trzeba jednak pamiętać, że w tekście “Antyfeminizm, patriarchalizm i nierówność płci” postawiłam trudne pytanie, na które nie byłam w stanie odpowiedzieć. Chodziło o to, czy facet jest istotą zwierzchnią już od momentu poczęcia, czy dopiero od wejścia w okres dojrzewania. I właśnie od tej kwestii rozpocznę swoje dzisiejsze refleksje. Bo tak się składa, że niedawno znalazłam rozwiązanie tej dziwnej i kontrowersyjnej zagadki. Doszłam do wniosku, że męskość jest swego rodzaju darem: fenomenalnym prezentem od losu, który mały człowiek otrzymuje w okresie prenatalnym, a który w pełni się uaktywnia około 14 roku życia.

O ile wiem, ludzki embrion w początkowej fazie swojego istnienia zawsze należy do płci żeńskiej. Jeżeli natura go zlekceważy, to pozostanie on taki aż do końca swoich dni. Lecz jeśli przyroda zechce nad nim popracować, jeśli zdecyduje się włożyć więcej wysiłku w jego formowanie, jeśli hojnie obdarzy go testosteronem, to dziewczęcy zarodek zamieni się w chłopca - istotę ewidentnie doskonalszą. Da się to porównać do dziejów kawałka drewna. Gdybyśmy wyciosali z niego prostą bryłę i na tym poprzestali, to owa bryła na wieki pozostałaby tylko bryłą.

Ale gdybyśmy usiedli przy tym surowcu, poświęcili mu trochę czasu i zaczęli w nim rzeźbić, to banalny kloc przeobraziłby się w formę o wiele szlachetniejszą. Nieskomplikowana bryła stałaby się posągiem - kto wie, czy nie dziełem sztuki? Można zatem powiedzieć, że samiec Homo sapiens jest wybrańcem i tworem w pełni dopracowanym. Szczęśliwcem, który jeszcze przed urodzeniem tak bardzo spodobał się naturze, że ta postanowiła w niego zainwestować. Czyż sposób, w jaki powstają przedstawiciele płci męskiej, nie jest pierwszym dowodem na ich biologiczną wyższość?


Symbol chłopięcego dojrzewania

Jakiś czas temu znalazłam w Internecie ciekawy demotywator, z którego wynikało, że facet jest czarodziejem, gdyż potrafi stworzyć dziecko za pomocą różdżki (fallusa). Uważam, że to oryginalne porównanie doskonale odzwierciedla stan faktyczny. Powiedziałabym nawet, że o ile popularnym symbolem żeńskiego dojrzewania jest Lolita, bohaterka powieści Vladimira Nabokova, o tyle symbolem męskiego dojrzewania powinien być Harry Potter - postać z serii książkowej Joanne Kathleen Rowling. No, bo wyobraźmy sobie młodziutkiego, nastoletniego chłopaka. Egzystuje on w nudnym, mugolskim świecie, ale na pewnym etapie istnienia spostrzega, że z jego życiem dzieje się coś zdumiewającego.

Przede wszystkim, totalnej transformacji ulega jego sylwetka. Młodzieniec, który przez całe życie był drobny i słaby jak dziewczynka, niemal z dnia na dzień staje się wysoki, potężny i silny. To wszystko dzieje się tak nagle, że chłopiec, który jeszcze zimą był wątłym dzieckiem, latem może być już wielki i mocarny jak rycerz. Czemu tak się dzieje? Cóż, w nastolatku odzywa się gigantyczna i nieokiełznana moc, którą nosił w sobie od wczesnej fazy życia, a która dopiero teraz postanowiła się uzewnętrznić. Tą mocą jest męskość - siła tak intensywna i gwałtowna, że aż zdolna do dokonywania ogromnych zmian w imponująco szybkim tempie.


Upojenie siłą, odurzenie energią

Można odnieść wrażenie, że to jakiś cud, nadzwyczajny rodzaj magii. Ale to tylko biologia: hormony szalejące w chłopięcym organizmie. Młodzian dostrzega zmiany, jakie zachodzą w jego kształtującym się ciele. Uświadamia sobie swoją tężyznę fizyczną, krzepkość mięśni i coraz wyrazistszą przewagę nad dziewczętami. Jest zafascynowany tym, co się z nim dzieje. Czuje się wyjątkowy, ulega złudzeniu, że mógłby góry przenosić. Chce dokładnie poznać swoją męskość, przetestować ją na tysiąc sposobów, zasmakować jej blasków i możliwości. Niestety, nie zawsze wie, jak to zrobić. Dlaczego?

Bo - z psychologicznego punktu widzenia - wciąż jest zwykłym smarkaczem. Małoletnim, niedoświadczonym życiowo, wesołym, beztroskim, infantylnym i naiwnym. Współistnieją w nim dwie osobowości: ta dziecięca i ta męska. Dojrzewający chłopiec, jako człowiek bardzo młody, pragnie się bawić i przeżywać ekscytujące przygody. Jednocześnie ma już w sobie męskość, która go rozpiera i pobudza do działania. Ten konflikt wewnętrzny prowadzi niekiedy do absurdalnych sytuacji. Młokos potrafi rozrabiać, uczestniczyć w ekstremalnych zabawach oraz dokonywać niebezpiecznych czynów w imię popisania się przed kolegami lub koleżankami.


Tytaniczna moc w rękach dziecka

Skąd to się bierze? Ano z połączenia dwóch przeciwstawnych sił: dziecięcej głupoty i męskiej witalności. Dorastająca istota pojmuje już swoją wyższość i swój potencjał, ale - z racji niedojrzałości emocjonalnej - nie potrafi ich właściwie wykorzystać. Tak samo jest w przypadku seksualności. Młodzieniec rozumie już, do czego służą genitalia, wie o decydującej roli, jaką odgrywa samiec w świecie zwierząt, przeżywa nawet pierwsze chwile pożądania (pragnie chwytać panny, zniewalać je, przygniatać, pochłaniać i penetrować. Ciekawostka: gdy dwoje ludzi uprawia miłość, ich zachowanie stopniowo się zmienia. Mężczyzna, wraz z upływem czasu, staje się coraz bardziej zaborczy, zdeterminowany i ofensywny, a niewiasta - coraz uleglejsza i mniej zdolna do oporu).

Nastolatek zaczyna się masturbować i interesować erotyką. Męskość po prostu z niego kipi - czasem dosłownie, w formie polucji, czyli wytrysków nasienia dokonujących się podczas snu. Niestety, kiedy ta samczość miesza się z infantylnością, efekty bywają opłakane. Niesmaczne (pornograficzne lub mizoginiczne) żarty, penisy rysowane w zeszytach i na ścianach, obsesja na punkcie nagości i zmysłowości - oto, do czego może doprowadzić koegzystencja dziecka i mężczyzny w jednym osobniku. Takie ekscesy bywają oburzające, zwłaszcza dla kobiet czuwających nad wychowaniem chłopca, jednak wypada je zrozumieć i zaakceptować.


Czymże jest męskość?

Jak już napisałam, męskość to nadludzka moc. Tak kolosalna i oszałamiająca, że aż trudna do opanowania i mogąca wymknąć się spod kontroli. Trzeba mieć dużo wyrozumiałości dla niedorosłej, lekkomyślnej, nieznającej życia istoty, która zmaga się z olbrzymią i groźną siłą pochodzącą z jej wnętrza. Oczywiście, nie można przy tym popadać w permisywizm. Należy uczyć szczeniaka, że nie posiada on prawa do wszystkiego. Przykładowo, nie wolno mu rozładowywać napięcia seksualnego na tych dziewczętach, które sobie tego nie życzą. Poza tym, małolatowi trzeba stale przypominać, że z erotycznością nie ma żartów. Choroby weneryczne, ciężarne uczennice, oskarżenia o molestowanie - to realne zjawiska, a nie bajki opowiadane przez babcie i katechetki.

Czym jednak jest sama męskość? Myślę, że można ją zdefiniować jako zestaw zalet, udogodnień, przywilejów i swobód dawanych facetowi przez Matkę Naturę. Do tych wspaniałych i godnych pozazdroszczenia podarunków należą:

- wielkość (wysoki wzrost i dobrze rozwinięte mięśnie)
- siła (o jakiej większość kobiet może tylko pomarzyć)
- władza (wiążąca się z posiadaniem członka, czyli narzędzia fizycznej supremacji)
- wolność (możliwość swobodnego uprawiania seksu i niezachodzenia w ciążę)
- komfort (brak miesiączki oraz niewygód związanych z brzemiennością i porodem)
- energia (nie tylko duży popęd płciowy, ale także ciągłe gnanie przed siebie, żądza aktywności, awansu i sukcesu)
- wysoka samoocena (wynikająca ze znajomości własnych atutów)
- moc twórcza (zdolność do zapładniania, a więc tworzenia nowych istot ludzkich)
- śmiałość, stanowczość, władczość, wojowniczość, honorowość (będące naturalną konsekwencją wcześniej wymienionych cech)
- przyjemność (o ile się nie mylę, ejakulacja prawie zawsze idzie w parze z ekstazą. Kochanek, zapładniający swoją damę, niemal na sto procent będzie odczuwał rozkosz. Tymczasem przedstawicielka płci żeńskiej wcale nie potrzebuje orgazmu do zostania matką)
- dyskrecja (mężczyzna nie posiada błony dziewiczej. Nie musi się bać defloracji ani tego, że po kopulacji będzie wiadomo, czy był to jego pierwszy raz, czy nie)
- inteligencja (badania dowodzą, że panowie zazwyczaj mają wyższe IQ)
- maksymalizm (facet, z przyczyn oczywistych, musi dostarczać swojemu organizmowi większe ilości pokarmu. Nabiera przez to przekonania, że należy mu się więcej od życia)
- niepodrabialność (z tego, co wiem, wynika, że zmiana płci z męskiej na żeńską jest prosta jak drut. Ale zrobienie chłopa z baby jest już trudne, bo dotychczas nie udało się uczonym wyhodować fallusa. Z braku laku, transseksualistom K/M przyczepia się sztuczne prącia. Jakże skomplikowaną i zaawansowaną istotą musi być facet, skoro współczesna nauka przy nim wymięka!)

Jeśli kobieta jest aniołem, to mężczyzna jest archaniołem. Jeśli kobieta jest zwykłą śmiertelniczką, to mężczyzna jest herosem. Jeśli kobieta jest reprezentantką pospólstwa, to mężczyzna jest arystokratą. Jeśli kobieta jest mugolką, to mężczyzna jest czarodziejem. Jeśli kobieta jest człowiekiem, to mężczyzna jest nadczłowiekiem (w rozumieniu nietzscheańskim). Ośmielam się mniemać, że płeć królująca została szczególnie umiłowana przez Zeusa, Aresa i Dionizosa.


Ta sama wiedza, różne podejście

Niedawno wpadła mi w ręce pewna feministyczno-naturalistyczna powieść (nie zdradzę, jaka, żeby jej nie reklamować). Chociaż zupełnie nie zgadzam się z jej treścią, muszę przyznać, że uzmysłowiła mi ona podobieństwa i różnice występujące między feministkami i antyfeministkami. Otóż zarówno feministki, jak i antyfeministki zauważają brak równości między osobnikami męskimi a żeńskimi. Na czym więc polega rozbieżność? No cóż… Feministki nie uznają naturalnego stanu rzeczy, buntują się przeciwko niemu, wypierają go ze świadomości i ukrywają straszną prawdę pod warstwą populistycznych sloganów. Natomiast antyfeministki akceptują zastane dysproporcje, wychodząc z założenia, że skoro przyroda nadała światu taki kształt, to nie ma sensu nad tym płakać.

Feministki i feminiści od lat dążą do tego, żeby oszukać przeznaczenie, poskromić naturę, zredukować lub zamaskować przygnębiającą nierównorzędność płci. Czasem nawet udaje im się wywołać iluzję równości. Dla przykładu, pigułka antykoncepcyjna stwarza pozór, że kobieta wcale nie musi zajść w ciążę podczas spółkowania z facetem. Sęk w tym, że te wszystkie wynalazki, mające na celu uczynienie samicy równej samcowi, są sztuczne. Tabletki antykoncepcyjne, jak również akty prawne wdrażające równouprawnienie kobiet, to dzieła człowieka, wytwory kultury. Istnieją one tylko w syntetycznym, cywilizowanym, wykreowanym przez istoty ludzkie świecie.

Wymienione innowacje są zwykłym fałszem i mydleniem oczu, wprowadzanym po to, żeby babom nie było przykro. Chociaż ludzkość przyzwyczaiła się do nich jak do powietrza, naturalny stan rzeczy pozostaje niezmieniony. Ludzie udają równych, używają swoich nowoczesnych wynalazków, jednak w przyrodzie nadal utrzymuje się tradycyjny patriarchat. Aktualne prawodawstwa i układy społeczne zapewniają równy status kobietom i mężczyznom. Lecz w naturze - jak go nie było, tak nie ma. Porównajmy to do rozmaitych urządzeń i przyrządów. Człowiek nie posiada skrzydeł, ale ponieważ pragnął latać, wymyślił balon i samolot. Człowiek nie ma sokolego wzroku, ale - chcąc go uzyskać - zbudował lunetę, lornetkę i teleskop.


Kłopotliwa nierówność płci

Nie zmienia to jednak faktu, że w przyrodzie nie występują ani balony, ani samoloty, ani lunety, ani lornetki, ani teleskopy. Tak samo jest z pozycją panów i pań. Natura nie stworzyła równości płci, ale nasz gatunek - zachłyśnięty demokratyzmem i liberalizmem - postanowił wyprodukować ją sam. Jednakowa ranga mężczyzn i kobiet jest kolejnym syntetycznym tworem, którego nie ma w przyrodzie, a który został wykreowany przez człowieczą pomysłowość. Nie ulega wątpliwości, że gdyby któregoś dnia cywilizację trafił szlag, a ludzie powrócili do swoich zwierzęcych zwyczajów, to o żadnym równouprawnieniu nie byłoby mowy.

Dopiero wtedy wyszłoby na jaw, jakie są prawdziwe możliwości jednego typu seksuologicznego względem drugiego. Miejmy nadzieję, że ten czarny scenariusz nigdy się nie spełni. Gdyby prawo, moralność i etyka przestały obowiązywać, to samice Homo sapiens miałyby nie lada kłopot. Piszę to właśnie jako jedna z samic. Ja wiem, że nie dorastam mężczyznom do pięt, ale wcale bym nie chciała, żeby wykorzystywali oni swoją przewagę przeciwko mnie. Podobnie jak inne baby, marzę o tym, by reprezentanci płci wyższej okazywali mi szacunek i traktowali mnie po ludzku. Jestem wszak człowiekiem - tyle że znacznie mniejszym i słabszym od osobników męskich.

Faceci powinni być łagodni dla nas, niewiast, albowiem my również posiadamy rozum i uczucia. Zaiste, kłopotliwa sprawa z tą nierównością płci! Dlaczego rzeczywistość wygląda tak, a nie inaczej? Skąd się wzięły drastyczne dysproporcje, które wielu osobom mogą się wydawać niesprawiedliwe? Myślę, że natura, dążąc do skonstruowania istoty doskonałej, odebrała panu większość ułomności i przekazała je pani. Czy jej plan zakończył się powodzeniem? Jeśli tak, to na ile? Czy mężczyzna jest - sam w sobie - ideałem? Oczywiście, cały czas mówimy o cechach esencjonalnych, a nie o indywidualnych zaletach i wadach konkretnych jednostek.


Feminizm, czyli poprawianie przyrody

Jak już napisałam, feministki zdają sobie sprawę z biologicznej nadrzędności samców. Przemawiają za tym dwie rzeczy. Po pierwsze to, że każda kobieta nosi w sobie podświadomą wiedzę o sile fizycznej i kopulacyjno-reprodukcyjnych zdolnościach mężczyzn. Po drugie to, że feministki histeryzują, jakby właśnie zostały odłączone od Matriksa i poznały zatrważającą prawdę o realnym świecie. Powieść, o której wcześniej wspomniałam, uświadomiła mi, że wyznawczynie feminizmu są równie oświecone jak zwolenniczki antyfeminizmu.

Problem w tym, że te pierwsze nienawidzą faktów, są nimi przerażone, pragną od nich uciec albo maksymalnie je zatuszować. Feministyczny bunt przeciwko naturze, dzika zawiść, dojmująca rozpacz i ślepa frustracja nierzadko prowadzą do androfobii, mizoandrii, kompleksu Amazonki, kompleksu Dafne, kompleksu Diany, kompleksu Klitajmestry, syndromu zazdrości o penisa etc. Zwróćmy uwagę na to, że dzisiejsze feministki kombinują, jak wykorzystać naukę i technikę do stworzenia syntetycznej równości płci. Tym samym przyznają, że w przyrodzie żadnej równości nie ma.

Skoro postrzegają nowoczesną technologię jako sposób na zrównanie szans kobiet i mężczyzn, to znaczy, że natura nie zagwarantowała im tego egalitaryzmu. Gdyby działaczki feministyczne wierzyły w naturalną równość płci, to nie dążyłyby do jej sztucznego wytworzenia. To trochę tak jak z telewizorem. Gdyby w przyrodzie występowały odbiorniki telewizyjne, to nikt nie musiałby ich fabrycznie produkować. Każde działanie, polegające na wyrównywaniu naturalnych nierówności, świadczy o niezadowoleniu z przyrody i chęci jej poprawienia.

Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, feministki są utajonymi antyfeministkami. Entuzjastki feminizmu wiedzą, że panowie i panie nie rodzą się równi. Robią więc wszystko, co w ich mocy, aby wykreować równość za pomocą dostępnych środków. Częściowo im się to udaje. Ale nie zestawiajmy tego, co sfabrykował człowiek, z tym, co powołała do życia Matka Natura. Nie należy stawiać sztucznych choinek w jednym szeregu z prawdziwymi. Nawet, jeśli te sztuczne są trwalsze i bardziej kolorowe od naturalnych.


Antyfeminizm, czyli postawa stoicka

Przyroda nie dała światu wielokolorowych drzewek, ale człowiek tak bardzo o nich marzył, że zrobił je samodzielnie. Kobiety nie zostały zaprojektowane jako równe mężczyznom, ale część z nich, niepogodzona z losem, zaczęła szukać sposobu na przezwyciężenie tej trudności. Można się spierać o to, czy korygowanie natury jest słuszne, czy niesłuszne. Nie można jednak zaprzeczyć, że pewne rzeczy i zjawiska (różnobarwne choinki, równość płci) są kompletnie nieznane środowisku naturalnemu. Skąd więc się biorą chwytliwe hasła głoszące równorzędność chłopów i bab? Otóż pełnią one funkcję kompensacyjną.

Chodzi bowiem o to, żebyśmy my, niewiasty, nie czuły się mniej wartościowe od wielkich istot uzbrojonych w fallusy. Poza tym, te frazesy odnoszą się bardziej do realiów kulturowych niż biologicznych. Co ja, antyfeministka i orędowniczka patriarchalizmu, myślę o ideologii feministycznej? Moim zdaniem, przyjęcie takiego światopoglądu sugeruje, że jest się śmiertelnie obrażonym na Matkę Naturę. To strasznie dziecinne i niepoważne. Jak można mieć pretensje do przyrody? Dziś feministki gniewają się na nią za to, że nie ustanowiła równości płci. Czy jutro będą się złościć, że śnieg jest biały, kot ma cztery łapy, a woda składa się z tlenu i wodoru?

Miłośniczki feminizmu sarkastycznie nazywają facetów “panami i władcami”. Lecz jeśli spojrzymy na rzeczywistość przez pryzmat fizjologii i seksuologii, to odniesiemy wrażenie, że oni naprawdę są naszymi naturalnymi zwierzchnikami. Ważne: zwierzęce instynkty to jedno, a codzienne życie i normy społeczne to drugie. W zwykłych, powszednich sytuacjach, kiedy płeć nie odgrywa żadnej roli, biologiczna nierówność ludzi nie jest zbyt widoczna. Czasem nawet nie zwraca się uwagi na to, czy ma się do czynienia z panami, czy z paniami. Liczy się bieżąca sprawa, a nie jej uczestnicy/obserwatorzy. Ale w innych okolicznościach, gdy płeć ma znaczenie… Cóż, wszystko wychodzi w praniu!


Insygnium władzy

Wróćmy jednak do samych mężczyzn, do ich jedynej w swoim rodzaju biologiczności. Nie ma na świecie obiektów bardziej męskich niż członek i jądra (tzw. klejnoty). To właśnie one są fundamentem samczości: jej początkiem, rozwinięciem i końcem. Penis jest - mówiąc brutalnie i hiperbolicznie - pałką, dzięki której facet egzekwuje swoją fizyczną władzę nad partnerką. Jednocześnie prącie jest rekwizytem życiodajnym, bo za jego pośrednictwem mężczyzna doprowadza do poczęcia nowego człowieka. Fallus, powołany do kreowania bytów ludzkich, sam jest pełen życia i wigoru. Czy ktoś zna inną część ciała, która potrafiłaby samodzielnie się podnieść, powiększyć, wydłużyć i wzmocnić?

Przyrodzenie stanowi również źródło męskiej satysfakcji seksualnej. O ile u baby strefy erogenne są rozsiane po całym ciele, o tyle u chłopa są skoncentrowane w tym jednym organie. Udowadnia to, że członek jest czymś niezwykle ważnym. Czymś, na co trzeba zwrócić szczególną uwagę. Penis to narząd niesamowicie wrażliwy na ból, o czym świadczy fakt, że nawet jego przypadkowe uderzenie może przynieść facetowi mękę. Dlaczego natura uczyniła fallusa tak delikatnym? Dlatego, że jest on niewypowiedzianie cenny i należy mu się wyjątkowa ochrona. Bardzo wyczulone na ból są także jądra - specjalne narządy schowane w mosznie.


Jądra i ich wszechmoc

Jądra są jak gdyby silniczkami, które wprawiają w ruch całą machinę zwaną męskością. To one produkują plemniki i samcze hormony. Każde z męskich jąder, już przez swoją specyficzną nazwę, przywodzi na myśl jądro atomowe. Na pozór małe i nieistotne, w rzeczywistości posiada ono nadzwyczajną moc i olbrzymie możliwości. Jądro atomowe jest czymś wszechpotężnym - może dawać mnóstwo energii, ale też stanowić podstawę broni masowego rażenia. Podobnie przedstawia się sytuacja jądra męskiego.

Poprzez produkcję plemników i testosteronu wpływa ono na przedłużenie ludzkiego gatunku. Z drugiej strony, organ ten może wywołać sporo szkód - pośrednio przyczynić się do niechcianej ciąży u kobiety albo popchnąć mężczyznę do nieetycznego, karalnego, seksualnego incydentu. Męskość, moc niemalże magiczna, jest równocześnie zbawienna i destrukcyjna. A za wszystkim stoją właśnie jądra - dwie szare eminencje, chowające się za kulisami i pociągające za sznurki.

Cielesność faceta to dar, z którym nie może się równać żaden inny. Czy to takie dziwne, że męska dyspozycja seksualna jest nazywana potencją? Ja myślę, że skojarzenie tej potęgi z potencjałem to strzał w dziesiątkę! W poprzednim akapicie porównałam siłę jąder do mocy bomby atomowej. I wiele wskazuje na to, że wcale nie była to przesada. Jeśli wierzyć portalowi Racjonalista.pl, każdy mężczyzna - podczas jednego wytrysku - wyrzuca z siebie tak wiele plemników, że mógłby zapłodnić wszystkie kobiety w Europie. Masowe rażenie, ot co!

Ile dzieci potrafiłby spłodzić ludzki samiec w ciągu jednego tygodnia? A w ciągu miesiąca? A w ciągu całego życia? Jak wiele zarodków byliby w stanie zmajstrować - w 2012 roku - wszyscy panowie na Kuli Ziemskiej? Kuźwa, chyba zdołaliby zaludnić cały Kosmos! Jak bogowie! Dla odróżnienia, organizm kobiety umie wytworzyć tylko 400 dojrzałych płciowo komórek jajowych. I to nie za jednym zamachem, tylko w ciągu całej egzystencji. Informacja ta pochodzi ze strony internetowej Mojaowulacja.pl.


Teraz o paniach

Ktoś mi kiedyś zarzucił, że zawsze chwalę i wywyższam facetów, a nigdy nie piszę niczego miłego o niewiastach. W związku z tym, spróbuję dzisiaj nadrobić tę zaległość. Istnieją cnoty, które można uznać za typowe dla kobiet, a które zdarzają się dosyć często. Baby bywają bardziej pracowite, pilne, staranne i dokładne od chłopów, co przekłada się na dobre wyniki w szkole i w pracy. Dziewczynki, przynajmniej w podstawówkach i gimnazjach, otrzymują przeważnie wysokie oceny i cieszą się pozytywną opinią nauczycieli. Świetne przygotowanie do zajęć, odrobione prace domowe - to wszystko świadczy o sumienności i poważnym podejściu do sprawy.

Podczas gdy chłopcy (targani męskimi hormonami) dokazują i używają życia, dziewczęta wypełniają swoje obowiązki i martwią się o przyszłość. Przedstawicielki płci żeńskiej łatwiej podporządkowują się regulaminom i wytycznym, dzięki czemu nie narażają się swoim przełożonym. Wrodzona ostrożność i przezorność powodują, że kobiety zachowują się bardziej odpowiedzialnie, rozsądnie i dojrzale. Panie rzadziej wchodzą w konflikt z prawem, co już dawno zaowocowało korzystnym stereotypem i doprowadziło do faworyzacji kobiet w sądach. Niewiasty, jako istoty rzetelne, solidne i przykładne, zazwyczaj nie mają problemów z przestrzeganiem umów, terminów i zaleceń. Szkoda tylko, że cała ta damska “akuratność” wypływa z uległej, pasywnej, uniżonej, posłusznej natury samicy.

U bab częściej objawiają się takie cechy jak empatia, czułość, wyrozumiałość, uczynność czy litościwość. Gdy mamy jakieś zmartwienie i szukamy wsparcia emocjonalnego, najprędzej znajdziemy je właśnie u kobiety. Niewiasta raczej nie wyśmieje naszych łez, nie zbagatelizuje naszego dylematu, nie porzuci nas na pastwę losu. Żeńska tkliwość, dobroduszność i wrażliwość na cudzą krzywdę mogą wynikać z dwóch czynników. Po pierwsze: z instynktu macierzyńskiego. Po drugie: z niskiej pozycji w przyrodzie (sprawiającej, że kobieta identyfikuje się z tymi, którzy są słabi, uciśnieni, zranieni, wyzyskani przez możniejszych).


Kobiece zorientowanie na wnętrze

Zdarza się, że baby biorą wszystko do siebie, są ksobne, a przy okazji introwertyczne. Kobiece zorientowanie na wnętrze, skutkujące bogatym życiem duchowym i rozwiniętą inteligencją intrapersonalną, również bierze się z pewnych uwarunkowań biologicznych. U niewiasty to, co najważniejsze, znajduje się w środku. Damskie narządy rozrodcze, w przeciwieństwie do męskich, są ukryte wewnątrz organizmu. Niewiasta jest tą, która przyjmuje do swojego ciała fallusa, a więc obiekt pochodzący z zewnątrz. Także zarodek, nienarodzone dziecko, rozwija się w środku kobiecego ciała.

Kobieta jest istotą biorącą, wchłaniającą, otrzymującą. Samiec daje, a samica przyjmuje. Samiec jest jak krawiec, a samica jak materiał krawiecki. Samiec pełni funkcję siewcy, a samica odgrywa rolę ziemi, na którą padają nasiona. Samiec dzierży płonącą pochodnię, a samica staje się zbiornikiem wodnym, w którym ta pochodnia jest gaszona. Samiec posiada miecz, a samica pochwę. Samiec to drwal, a samica to drzewo. Samiec przypomina falę tsunami, a samica kojarzy się z zalanym lądem. Samiec jest pociągiem, a samica tunelem. Samiec gra wchodzącego, a samica komnatę. Samiec nadaje sygnał, a samica go odbiera.


Pozostałe zalety niewiast

Jeśli chodzi o inne zalety pań, to wypada wspomnieć o względnym opanowaniu i braku niekontrolowanej agresji. Wprawdzie baby często bywają zirytowane, podminowane i rozdrażnione, ale prawie nigdy nie zdarzają im się ataki furii prowadzące do rękoczynów. To panowie, osoby zmagające się z testosteronem, słyną z nieprzeciętnych napadów gniewu. Niestety, ma to też ujemne strony. Kobiety, będące urodzonymi pacyfistkami, rozjemczyniami i dyplomatkami, nierzadko miewają kłopoty ze zrozumieniem idei patriotycznych, niepodległościowych, narodowowyzwoleńczych i antysystemowych.

Niewiasty często wkładają całe serce w to, co czynią - umieją angażować się uczuciowo w różne działalności, także w związki miłosne. Panie potrafią przywiązywać się do ludzi i rzeczy, nieobce im są takie cnoty jak wierność czy słowność. Jak na ironię, żeńska lojalność i oddanie również mogą wypływać z charakterystycznej dla samic poddańczości. Ech, któryś z polskich pisarzy całkiem słusznie stwierdził, że kobieta jest z natury niewolnicą! Szalenie istotnymi atutami kobiet są: uroda, wdzięk, ponętność, urok osobisty i subtelność. Pomijam tutaj fakt, że te cechy zostały stworzone z myślą o facetach (po to, by ich podniecać i mobilizować do aktywności seksualnej).


Zakończenie

Im więcej wiem, pojmuję i dostrzegam, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że w przyrodzie nie występuje zjawisko równości płci. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że mężczyźni są istotami doskonalszymi od kobiet (argumenty, potwierdzające tę tezę, zawarłam zarówno w tym artykule, jak i w starszym tekście “Antyfeminizm, patriarchalizm i nierówność płci”). Świadomość tego, że natura uczyniła samców lepszymi od samic, nie jest łatwa do przełknięcia - zwłaszcza, kiedy jest się samicą.

Niewiasty, które zostają poinformowane o poważnych dysproporcjach istniejących między płciami, zazwyczaj wpadają w złość i wypierają tę prawdę ze świadomości. Te, które drążą temat, mogą przyjąć jedną z dwóch postaw: feministyczną (polegającą na buncie przeciwko przyrodzie i dążeniu do oszukania przeznaczenia) lub antyfeministyczną (opierającą się na pogodzeniu z losem). Ja wybrałam tę drugą, gdyż uważam ją za bardziej racjonalną. Feminizm to, według mnie, zupełnie niepotrzebne szarpanie się z naturą, niejednokrotnie skutkujące niechęcią do facetów.

Potępiam tę ideologię, a zwłaszcza ogłoszoną przez feministki “walkę płci”. Za tym terminem kryje się bowiem nienawiść, agresja, pogarda, zaczepność, dzielenie narodu i zakłócanie porządku. Zamiast negatywnych emocji, proponuję przyjaźń ponad podziałami, wzajemne zrozumienie, życzliwość i poszanowanie cudzej godności. Parafrazując pewne hasło: “Nierówni, ale solidarni”. Kobiety proszę o pokorę, a mężczyzn - o to, żeby woda sodowa nie uderzała im do głowy.


Natalia Julia Nowak,
24-27 stycznia 2012 r.



547bde15c22aad51b800c4dd71cedbde.jpeg

Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Zamiast konika i szabelki
Notatkę dodano:2012-01-19 01:52:56

Skąd się wzięli Bohaterowie Narodowi?

My, patrioci, mamy to do siebie, że kochamy naszych Bohaterów Narodowych i stawiamy ich za wzór do naśladowania dla wszystkich Polaków. Wypadałoby jednak odpowiedzieć sobie na pytanie: czy jesteśmy w pełni świadomi, jak to się stało, że czczeni przez nas ludzie zostali Bohaterami? Jeśli dokładnie prześledzimy losy naszych Herosów, to dojdziemy do wniosku, że wcale nie byli oni czyści jak łza. Osoby, którym składamy hołd i które cenimy za odwagę, działały w czasie rozmaitych wojen, powstań i kryzysów politycznych. Wiele z nich musiało dokonywać czynów, które w czasie wolności i pokoju uchodziłyby za co najmniej niemoralne.


Zabójstwa, kradzieże i oszustwa

Bohaterowie Narodowi, walczący za Ojczyznę, musieli czasem zabijać (najeźdźców, zaborców, okupantów, zdrajców, kolaborantów, szmalcowników), kraść (broń, amunicję, żywność, lekarstwa, papiery z ważnymi informacjami), oszukiwać (wprowadzać w błąd obcych żołnierzy, posługiwać się fałszywymi danymi, fabrykować dokumenty, składać nieprawdziwe zeznania) i tak dalej. Nie ulega wątpliwości, że w normalnym momencie dziejowym takie uczynki byłyby uznawane za nieetyczne i bezprawne. Jednak w tamtych warunkach - wyjątkowo ciężkich i groźnych - tego typu postępki były jak najbardziej usprawiedliwione. Zabójstwa, kradzieże i oszustwa miały wówczas charakter słusznych decyzji. Darowanie życia, uczciwość i wierność prawdzie byłyby zaś niemoralne i godne potępienia. Dlaczego jest tak, a nie inaczej?


Moralność czasów zwykłych
i moralność czasów szczególnych


Otóż dlatego, że istnieją we wszechświecie dwa rodzaje moralności: moralność czasów zwykłych i moralność czasów szczególnych. Gdy los obdarza nas wolnością i pokojem, wszystko znajduje się na właściwym miejscu: dobro jest dobrem, zło jest złem, biel jest bielą, a czerń jest czernią. Ale gdy nadchodzą ponure, niebezpieczne czasy, realia odwracają się do góry nogami. Dobro zaczyna być złem, zło zaczyna być dobrem, biel zamienia się w czerń, a czerń zamienia się w biel. Prawem, obowiązującym istoty ludzkie, staje się etyka przeciwna do tej z lepszego okresu. Wartości ulegają przewartościowaniu, rzeczywistość upodabnia się do zdjęcia oglądanego w negatywie. Cnota przeobraża się w występek, podłość przyjmuje postać szlachetności, niesprawiedliwość zaczyna pełnić funkcję sprawiedliwości.


Stany Zjednoczone Europy

W jakich czasach my egzystujemy? Dwa lata temu, kiedy wszedł w życie Traktat z Lizbony, Rzeczpospolita Polska została pozbawiona swojej państwowości. Unia Europejska uległa federalizacji, co mogą potwierdzić politycy, którzy przedstawiają eurofederację jako fakt dokonany (Radosław “Radek“ Sikorski). Federacja nie jest odmianą organizacji międzynarodowej, tylko najzwyklejszym w świecie państwem związkowym, takim jak USA, Indie, Meksyk czy nieistniejący już ZSRR. Od 1 grudnia 2009 roku Euromoloch jest pełnoprawnym państwem.

A Polska? Ona państwem już nie jest. Przeciwnie, stanowi jeden z dwudziestu siedmiu elementów wielkiego organizmu federacyjnego. Zrobiono z niej część składową innego państwa - stan w Stanach Zjednoczonych Europy albo emirat w Zjednoczonych Emiratach Europejskich. Pisałam o tym już wielokrotnie, w takich tekstach jak “Czasem wolałabym żyć w pieprzonym peerelu!”, “UE. Jak szkodzi i czym grozi?”, “W sprawie federalizacji UE”, “Rok 2012 - eutanazja dla świata” czy “2012 - Apokalipsa lub New World Order”. I będę pisać dalej, żeby otworzyć oczy jak największej liczbie ludzi.


1138 - 1795 - 1939 - 2009

Utrata państwowości to wydarzenie przerażające i rzadko spotykane. Coś takiego zdarza się raz na kilkadziesiąt lub kilkaset lat. Kiedy ostatnio okradziono nas z własnej Ojczyzny? W 1939 roku, gdy jeden kawałek Polski został przyłączony do III Rzeszy, a drugi do Związku Radzieckiego. A jeszcze wcześniej? W roku 1795, kiedy to miał miejsce trzeci rozbiór naszego kraju. Można zaryzykować stwierdzenie, że upadkiem Polski było także rozbicie dzielnicowe - rozdrobnienie feudalne zapoczątkowane w 1138 roku.

Jeśli nasza Ojczyzna narodziła się w roku 966, to przez te 1046 lat traciła swoją państwowość “tylko” cztery razy! Jak widać, tragedia z 1 grudnia 2009 roku, o której przesądziło podpisanie Traktatu Lizbońskiego przez PiS-owca Lecha Kaczyńskiego, to zjawisko szokujące i niecodzienne. Coś, czego prawdziwy polski patriota nie jest w stanie przełknąć. Coś, nad czym nie da się przejść do porządku dziennego. Coś, czego nie można uznać za kolejne błahe zdarzenie polityczne. Coś, co powinno leżeć na sercu i głęboko niepokoić.


Prostowanie fałd mózgowych

Kiedy chodziłam do szkoły podstawowej, Polska była dopiero na etapie wstępowania do UE. Pamiętam, że już wtedy indoktrynowano mnie i innych uczniów w zakresie “integracji” europejskiej. Wmawiano nam, że akcesja do UE to jedyne słuszne wyjście i że powinniśmy się cieszyć ze zbliżenia z tym (nowo)tworem. Nie wiem, jak wygląda edukacja współczesnych dzieci, ale mam wrażenie, że pierze im się mózgi jeszcze nachalniej niż mojemu pokoleniu. Można więc sobie wyobrażać, jak straszna będzie indoktrynacja za kilka lat, kiedy dojrzałość szkolną osiągną chłopcy i dziewczynki urodzeni już po ratyfikacji Traktatu z Lizbony.

Dorośli będą im wmawiać, że najpierw jest się Europejczykiem, a dopiero potem Polakiem. Uczniowie usłyszą, i to niejednokrotnie, że idee patriotyczne są już przestarzałe i że nie należy im hołdować. Skąd o tym wiem? Stąd, że już teraz istnieją ludzie (także parlamentarzyści - palikocięta), którzy głoszą prymat tożsamości europejskiej nad tożsamością polską. Czy takie osoby wychowują lub wychowywałyby swoje pociechy w duchu miłości do Ojczyzny? Oczywiście, że nie! Zamiast tego, robią lub robiłyby ze swojej dziatwy nienasyconych polakożerców!


Antypatriotyzm w rodzinie

Ktoś może powiedzieć, że intensywna indoktrynacja przyszłych pokoleń wcale nie będzie problemem, ponieważ milusińscy dowiedzą się o wartości Polski w rodzinnym domu. W czasach zaborów to krewni, a nie instytucje oświatowe, uczyli małych Polaków języka polskiego i poszanowania naszej kultury. W okresie peerelu dowiadywano się o Katyniu od osób najbliższych, nie zaś od nauczycieli czy wychowawców. No dobrze, ale co z dziećmi, które mają rodziców-antypatriotów?

Ci chłopcy i dziewczęta nie nauczą się miłowania Ojczyzny ani w domu, ani w szkole, ani na podwórku. Nie przeczytają o nim w komiksach, nie zobaczą go w kreskówkach, nie usłyszą o nim w popularnych piosenkach. Takie dzieci wyrosną na zwykłych ignorantów lub wręcz na wrogów polskości. Jeśli chodzi o synów i córki unijnych prominentów, to będzie z nimi jeszcze gorzej. Można się spodziewać, że zostaną oni radykalnymi eurofederalistami i będą działać na niekorzyść swojego narodu.

Nie łudźmy się: nepotyzm był, jest i zawsze będzie. Doświadczenie życiowe pokazuje, że krewni polityków bardzo często robią karierę polityczną, biznesową, medialną, artystyczną, naukową lub inną. Dzieciaki wychowywane w antypatriotycznych rodzinach są groźne niczym bomba zegarowa. Heh, kiedy o nich myślę, przypomina mi się fragment powieści “Rok 1984” Orwella (wzmianka o “tygrysiątkach, które kiedyś wyrosną na ludojady”). A także cytat z utworu zespołu Bajm (“Urodziłeś się winnym, choć niewinną masz jeszcze twarz”).


Eugenika zamiast konika.
Nie szabelka, lecz pigułka niewielka.


I teraz dochodzimy do sedna sprawy. Jeśli mamy kosmopolityczną parę, o której wiadomo, że nie będzie wychowywać swojego brzdąca w duchu miłości do Ojczyzny… Jeśli wiemy, że gdyby ta para spłodziła potomka, to mógłby on wyrosnąć na gnębiciela Polski i Polaków… Jeśli jesteśmy świadomi, że tacy ludzie przekazaliby swojemu synowi lub swojej córce antypatriotyczne memy… Jeśli przypuszczamy, że antypolski ojciec i antypolska matka zarażą swego berbecia wirusem antypolonizmu… To lepiej, żeby w ogóle nie doczekali się oni bachora!!!

Kochani, nigdy nie byłam zwolenniczką eugeniki, lecz gdy przychodzą “czasy szczególne” i polskość zostaje zagrożona, zaczynam patrzeć na świat inaczej niż w normalnych okolicznościach. W interesie polskich patriotów leży to, aby przeciwników niepodległości było jak najmniej, a nie jak najwięcej. Polska już straciła swoją państwowość - teraz toczy się bój o utrzymanie tożsamości narodowej Polaków. A nic tak nie zagraża polskości jak stale zwiększająca się liczba kosmopolitów. Ocknijcie się i zobaczcie, że we współczesnych czasach coraz więcej rodziców rezygnuje z uwrażliwiania swoich dzieci na sprawy publiczne!


Nie ogniem i nie mieczem

W minionych wiekach, na przykład w czasach Skrzetuskiego i Zagłoby, społecznie akceptowaną formą walki było siekanie wrogów szablą. Dzisiaj rzeczą powszechnie tolerowaną jest antykoncepcja i aborcja (analogia nieprzypadkowa, bo to drugie również bywa krwawe i drastyczne). Ludzie, którzy żyli w epoce baroku, byli zmuszeni posługiwać się metodami barokowymi. My żyjemy w okresie postmodernizmu, toteż jesteśmy skazani na metody postmodernistyczne.

Od czternastego roku życia pisałam i mówiłam o tym, jak okrutne i nieludzkie jest mordowanie nienarodzonych dzieci. Jednak teraz, po utracie suwerenności, muszę przyznać, że nadeszły “czasy szczególne” i że trzeba dostosować do nich swój światopogląd. Lepiej, żeby dziecko w ogóle się nie urodziło niż żeby zostało wytresowane na drugiego Nikołaja Nowosilcowa (aluzja do trzeciej części “Dziadów“ Mickiewicza).

Wiem, że istota ludzka, jej godność i prawo do życia są niezwykle ważne. Ale jeszcze ważniejsza jest swoboda ojczystej ziemi. Bohaterowie Narodowi, o których pisałam na początku artykułu, często stawali się ofiarami konfliktu tragicznego: musieli wybierać między interesem Polski a innymi wartościami. Ich bohaterstwo polegało jednak na tym, że ostatecznie wybierali dobro swojego kraju. Nasi Herosi z pewnością przeżywali wiele etycznych rozterek. Jestem przekonana, że nie było im łatwo dokonywać - w imię państwa i narodu - dwuznacznych moralnie czynów.

Ale robili to, co do nich należało, ponieważ w ich hierarchii wartości Ojczyzna stała wyżej niż tzw. spokój ducha. Polska okazywała się dla nich istotniejsza od rodziny, od bogactwa, od wygody, od władzy i od czystego sumienia. Nie ma w tym nic dziwnego, bo gdyby postępowali inaczej, to nie byliby Bohaterami Narodowymi. My, patrioci, czcimy swoje Autorytety właśnie dlatego, że potrafiły one porzucić wszystko i całkowicie się poświęcić słusznej sprawie.


Droga wolna!

Po co zabraniać kosmopolitom, globalistom i eurofederalistom antykoncepcji oraz aborcji? Żeby móc się nazywać prawym człowiekiem? Heh, trudno być prawym w sytuacji, gdy otaczająca nas rzeczywistość jest zdegenerowana i nie rokuje żadnych szans na poprawę! Epoka, w której żyjemy, jest tak mroczna i brutalna, że jeśli chcemy przetrwać, to sami musimy stać się mroczni i brutalni. Dlaczego mielibyśmy użalać się nad losem dzieci naszych antagonistów?

Czyż nie powinniśmy stać z założonymi rękami i patrzeć (nie bez pewnej satysfakcji), jak przeciwnicy niepodległości sami się wytracają? Co nam, entuzjastom suwerenności, zależy na synach i córkach antypolskich osobników?! Jeśli kosmopolici, globaliści i eurofederaliści pragną ograniczyć liczebność swojej populacji, to droga wolna! Powiedziałabym nawet, że ich eugeniczne posunięcia są nam, patriotom, na rękę. Nie chcą się rozmnażać? I dobrze! O wiele gorzej byłoby, gdyby mnożyli się jak króliki!

Nie widzę powodu, żeby płakać po maluchach, które zostałyby wychowane w duchu kosmopolitycznym i wyrosłyby na niszczycieli resztek polskości (ewentualnie na naszych oprawców). Tym bardziej, że plama na honorze jest większym nieszczęściem niż kopnięcie w kalendarz. Ech, to naprawdę piękne, że polonofobia często idzie w parze z poparciem dla aborcji i antykoncepcji. Dzięki temu połączeniu, wrogowie polskości nie przekażą swoich memów przyszłym generacjom!


Chodzi nie tylko o Polskę

W zmaganiach z Unią Europejską stawką jest nie tylko Polska, ale również dwadzieścia sześć innych krajów. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej istniała konieczność ratowania tylu ojczyzn naraz. Gdy zaczął obowiązywać Traktat Lizboński, niemal wszystkie europejskie państwa straciły swoje prawo do samostanowienia. Jest to sytuacja szczególna, zatem formy samoobrony także powinny być szczególne.

W większości zakątków Stanów Zjednoczonych Europy istnieje szeroki dostęp do antykoncepcji i aborcji. Skoro te środki są legalne, to dlaczego nie mielibyśmy ich wykorzystywać do własnych, narodowowyzwoleńczych celów? Ktoś może stwierdzić, że te dwa wynalazki na literę “a” są zabójstwami. Owszem, ale nasi Bohaterowie Narodowi również uciekali się do ekstremalnych sposobów walki. Doszłam do wniosku, że wcale nie musimy się lękać unijnych federaluchów.

Wystarczy, że włożymy ich partnerkom do głów jakieś bzdury o “prawach kobiet”, a reszta zrobi się sama. Już Niccolo Machiavelli sugerował, że jeśli nie da się być politycznym lwem, to trzeba być politycznym lisem. Brzydzę się uśmiercaniem poczętych istot, lecz jeszcze większą odrazą napełnia mnie deptanie prawie trzydziestu krain. Czy wiecie, że Euromonstrum ma czelność ingerować w wewnętrzne sprawy państw członkowskich? Ostatnio przyczepiło się ono do konstytucji Węgier. Jest znacznie gorzej niż w USA. No, bo czy Waszyngton ma zwyczaj regulować prawodawstwa stanowe?

Skrobać, spędzać, wysterylizować! Za Polskę! Za Austrię! Za Belgię! Za Bułgarię! Za Cypr! Za Czechy! Za Danię! Za Estonię! Za Finlandię! Za Francję! Za Grecję! Za Hiszpanię! Za Holandię! Za Irlandię! Za Litwę! Za Luksemburg! Za Łotwę! Za Maltę! Za Niemcy! Za Portugalię! Za Rumunię! Za Słowację! Za Słowenię! Za Szwecję! Za Węgry! Za Wielką Brytanię! Za Włochy! Gdy w grę wchodzi niezależność kraju, wszystkie inne wartości wydają się blednąć! Dwudziestka siódemka musi być wolna, choćby nie wiem co! Powstrzymać paneuropeizm! Dobre metody nie są złe! Vivat pełzające powstanie!


Natalia Julia Nowak,
17-19 stycznia 2012 r.



PS. Proszę, nie powołujcie się na nauczanie Jana Pawła II i Benedykta XVI, bo tylko mnie rozśmieszycie. Ten pierwszy, istny obywatel świata i sympatyk UE, opowiadał się za budową New World Order. W serwisie YouTube.com znajduje się filmik, w którym Karol Wojtyła wyraźnie mówi “A New World Order, a civilisation of love, can be achieved” - “Nowy Porządek Świata, cywilizacja miłości, może zostać osiągnięty” (tytuł materiału: “Pope John Paul the 2nd New World Order Speech at Gandhis memorial”). Każdy może go obejrzeć.

Co do Benedykta XVI, zaapelował on o utworzenie Rządu Światowego, określonego eufemizmem “światowa władza publiczna” (patrz: Gosc.pl i Wprost.pl). Czymże jest NWO, NPŚ, RzŚ? Wizją państwa obejmującego całą Ziemię. Wizją globalnego supermocarstwa. Wizją ogólnoświatowego imperium. Wszystko w porządku, tylko kto nam obieca, że takie państwo nie wymknie się spod kontroli? Że zawsze będzie ono humanitarne i demokratyczne? Unia Europejska i jej klony (Unia Euroazjatycka, Unia Afrykańska etc) są wyraźnym wstępem do New World Order.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Czasem wolałabym żyć w pieprzonym peerelu!
Notatkę dodano:2012-01-10 13:34:50

Muzyczne motto:

“Mama się myli”

Mylene Farmer



Nie popieram komuny!

Zdradzę Wam coś, drodzy Czytelnicy. Mam nadzieję, że zostanę przez Was dobrze zrozumiana i że moje słowa nie obrócą się przeciwko mnie. Nie posądzajcie mnie o sympatię do socjalizmu czy komunizmu, gdyż nie jestem zwolenniczką tych ideologii. Mam poglądy patriotyczne, narodowe, niepodległościowe i antyglobalistyczne, a PZPR potępiam za okrucieństwo, fałszowanie historii i ograniczanie wolności słowa. Nienawidzę zbrodniarzy, takich jak Berman, Fejgin, Różański, Romkowski, Czaplicki, Światło, Brystygierowa czy Wolińska.

Współczuję ludziom, którzy mają takie doświadczenia jak bohaterowie filmów “Przesłuchanie”, “Generał Nil” i “Śmierć Rotmistrza Pileckiego” Ryszarda Bugajskiego. Przeklinam Lenina, Stalina, Berię i Mołotowa, gardzę Bierutem. Wiem o zdarzeniach z lat 1956, 1968, 1970, 1976 i 1981. Znam pojęcia “kolektywizacja wsi”, “bitwa o handel”, “dokręcanie śruby”, “tajny współpracownik”, “ścieżki zdrowia”, “kartki na mięso”, “operacja Dunaj“, “akcja Hiacynt“ i “więzienie na Rakowieckiej“. Czytałam lub słyszałam o działalności UB, SB, MO, WRON i GUKPPiW. Zdaję sobie sprawę z tego, co się wydarzyło w kopani “Wujek”.

Kojarzę postać Salomona Morela, Mieczysława Moczara i Czesława Kiszczaka. Jestem świadoma, na czym polegała praca dziennikarzy Polskiej Agencji Interpress. Spędziłam trochę czasu na oficjalnej stronie Instytutu Pamięci Narodowej. Potrafię opisać ubeckie metody tortur oraz powiedzieć coś o procesach pokazowych. Rozumiem genezę KOR-u i “Solidarności”. Mam pojęcie o tym, co się stało z ks. Jerzym Popiełuszką. No, ale do rzeczy. Czasem myślę, że wolałabym żyć w pieprzonym peerelu niż w naszym obecnym Systemie X. Powiem Wam, dlaczego.


Niegdyś państwo, dziś część federacji

Pierwszy powód jest taki, że wtedy - przed 1989 rokiem - byliśmy stuprocentowym państwem. Wprawdzie mieliśmy po sąsiedzku wielką i imperialistyczną federację, ale nigdy nie wchodziliśmy w jej skład. W tamtych czasach Polska stanowiła samodzielny organizm państwowy. Pewnie, że blisko związany ze Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich, ale bynajmniej nie wplątany w jego struktury. Dziś jest zupełnie inaczej. Nasz kraj nie jest już samodzielnym bytem politycznym, tylko częścią składową państwa związkowego, tzn. Unii Europejskiej. Zostaliśmy całkowicie i - być może - nieodwracalnie pozbawieni niepodległości. Potraktowano nas tak jak w roku 1795.


PRL miał formę i treść

Drugi powód, dla którego czasem wolałabym żyć w peerelu, jest taki, że tamten ustrój coś sobą reprezentował. Można dyskutować o tym, czy to “coś” było dobre, czy złe, słuszne, czy niesłuszne, korzystne, czy niekorzystne, mądre, czy głupie. Ale PRL był systemem ambitnym. Miał cel, do którego dążył, miał wartości, w które wierzył, miał ideologię, na której się opierał. Krótko mówiąc: miał pomysł na siebie. Polska Rzeczpospolita Ludowa posiadała swój styl, swój język, swój klimat i swoją symbolikę. Wychodziła do społeczeństwa z ustalonym przesłaniem.

Oczywiście, różnie z nią bywało. Raz była zamożniejsza, a raz biedniejsza, raz łagodniejsza, a raz brutalniejsza, raz spokojniejsza, a raz chaotyczniejsza. Jednak posiadała jakiś fundament i konkretny kształt, który na tym fundamencie był zbudowany. Prawdą jest, że PRL skrzywdził, upokorzył, skatował, a nawet zabił wielu Polaków (w tym Wielkich Bohaterów Narodowych). Ale z całą pewnością nie był nijaki. Odznaczał się pewną formą i treścią - lepszą lub gorszą.


“Bez serc, bez ducha…”

Nasza dzisiejsza rzeczywistość, czyli III Rzeczpospolita, jest zaś przezroczysta i bezbarwna. Ludzie, którzy stoją na jej czele, nie posiadają żadnego programu, żadnej idei, żadnej myśli przewodniej. Obecna władza, tak jak sama III RP, jest absolutnie bezpostaciowa i beztreściowa. Żyje ona z dnia na dzień, nie dążąc do żadnego celu i nie oczekując niczego od losu. Jest nihilistyczna, nie reprezentuje sobą zupełnie nic - nawet tego, co mogłoby się podobać tylko garstce obywateli. Trudno ją scharakteryzować, bo nie posiada ona skonkretyzowanej wizji świata ani ustalonej doktryny politycznej.

Bezpłciowość całego aktualnego systemu jest wręcz porażająca. Dzisiejsza rzeczywistość przypomina zgaszoną świecę, która stoi na stole dla samego stania. Nie ma nikogo, kto mógłby, chociaż na chwilę, rozpalić na niej płomień. “Bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy” - te słowa Adama Mickiewicza są doskonałym podsumowaniem współczesnych realiów. Kiedyś było COŚ (chociaż, oczywiście, skrajnie kontrowersyjne). Dzisiaj jest NIC. Po prostu NIC. Nastał czas zatrważającej pustki i martwoty. Co z trzecią przyczyną, która sprawia, że czasem wolałabym żyć w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej niż w III RP?


W paszczy brukselskiego wilka

Brzmi ona następująco: wtedy istniały jeszcze resztki patriotyzmu. Ktoś może powiedzieć: “Jak to?! Przecież nasi politycy musieli być lojalni wobec Moskwy, a o Katyniu i Żołnierzach Wyklętych nie wolno było mówić! Poza tym, w instytucjach reżimowych zasiadało wiele osób cudzoziemskiego pochodzenia!”. Owszem, tak właśnie było. Faktem jest również to, że niektórzy ówcześni prominenci uważali ZSRR za swoją Ojczyznę i że mieliśmy w rządzie “pierwiastek sowiecki” w postaci Konstantego Rokossowskiego. To haniebne, bulwersujące i w ogóle mi się nie podoba. Ale, do biurwy przędzy, byliśmy wówczas państwem! Państwem! I wcale nie zamierzaliśmy tego zmieniać!

Teraz to już nawet państwem nie jesteśmy, albowiem nasza państwowość została zlikwidowana. Otrzymaliśmy nową tożsamość, zamieniliśmy się w część składową eurofederacji. Jeśli ktoś w to nie wierzy, to niech zwróci uwagę na fakt, że niektórzy polscy i zagraniczni politycy publicznie nazywają UE federacją. I to w czasie teraźniejszym (patrz: przemówienie Radosława Sikorskiego)! Ci politycy wcale nie kłamią, bo Unia nieoficjalnie jest państwem związkowym od dnia, w którym zaczął obowiązywać Traktat Lizboński (1 grudnia 2009 roku).

Spodziewam się, że w najbliższym czasie UE zostanie - już oficjalnie i jawnie - ogłoszona federacją. Prognozuję to na podstawie wypowiedzi unijnych dygnitarzy, którzy popierają pomysł utworzenia Stanów Zjednoczonych Europy. Herman van Rompuy nie bez kozery jest nazywany “prezydentem Unii Europejskiej” i “fanatycznym federalistą”. A Janusz Palikot - deklarujący, że najpierw czuje się Europejczykiem, później zaś Polakiem - wydaje się zwiastować przyszłą rzeczywistość. Euromoloch zniszczył naszą państwowość, więc możemy już tylko walczyć o utrzymanie swojej tożsamości narodowej.


Jasna strona propagandy sukcesu

Teraz będzie czwarta przyczyna mojej dziwnej tęsknoty. W pieprzonym peerelu panował zwyczaj, że gdy Polska odnosiła jakiś - nawet drobny - triumf, to był on maksymalnie nagłaśniany i przedstawiany jako powód do radości (propaganda sukcesu). Dziś mówi się prawie wyłącznie o porażkach i o tym, co jest z naszym krajem nie tak. Gdy dzieje się coś pozytywnego, natychmiast jest to zatruwane, opluwane lub umniejszane do granic możliwości. W mediach nie słyszy się nic dobrego o Polsce i Polakach - jest tylko krytyka, sarkazm i pogarda. To już nie te czasy, kiedy jakiś drobiażdżek mógł urosnąć do rangi dumy narodowej!


Bez okcydentalizmu

Przyczyna piąta. Przed 1989 rokiem polityka naszej Ojczyzny była prowschodnia, a nie prozachodnia. To bardzo piękne, bo Słowianie - z racji wspólnoty genetycznej, językowej i kulturowej - powinni się trzymać razem. Skandynawowie jakoś potrafią być ze sobą solidarni, co potwierdza fakt, że mają oni podobne flagi narodowe (ten sam wzór, tylko w różnych kolorach). Wschód to nasi słowiańscy półrodacy, Zachód - libertynizm i permisywizm. W dodatku, to na Zachodzie narodziła się Unia Europejska, która zamordowała naszą państwowość i zrobiła z nas kanton federacji.

Ale Zachód to również USA - pierwowzór UE, państwo kochające atakować słabszych od siebie i pragnące mieć władzę nad naszą planetą. Unijni i amerykańscy politycy otwarcie mówią o planach związanych z budową New World Order, czyli Nowego Porządku Świata (fragmenty ich przemówień są dostępne w serwisie YouTube.com). Dla niewtajemniczonych: NWO to wizja państwa obejmującego całą Ziemię. Może ono zostać stworzone poprzez scalenie różnych federacji i konfederacji. Wielu ludzi boi się, że gdyby takie państwo zamieniło się w totalitaryzm, to stanowiłoby pułapkę bez wyjścia. Z ogólnoświatowej dyktatury po prostu nie dałoby się uciec.


Pakt z diabłem

Stany Zjednoczone Ameryki są tworem bardzo starym. Unia Europejska również istnieje od dawna, chociaż kiedyś posługiwała się inną nazwą (EWG). Przed 1989 rokiem USA i UE, widocznie chcąc przejąć kontrolę nad Polską, zaczęły wspierać finansowo NSZZ “Solidarność”. Chodziło nie tylko o to, żeby obalić władzę stosującą przemoc i ograniczającą swobodę obywateli, ale także o to, żeby uzależnić naszą Ojczyznę od tych dwóch zachodnich tworów. Liderzy “Solidarności”, najwyraźniej bardzo zdesperowani, przyjmowali amerykańskie i unijne pieniądze. Po 1989 roku z przyjemnością wydali więc Polskę w ręce swoich “dobroczyńców“.

A Zachodowi właśnie o to chodziło. O to, żeby uczynić z naszego kraju kanton eurofederacji, niewolnika NATO i - może kiedyś - element New World Order. Sprzymierzenie się polskiej opozycji z zachodnimi mocarstwami to był pakt z diabłem! Szeregowi działacze “S” pewnie nie wiedzieli, w co się pakują, ale szefowie tej formacji musieli być poinformowani o wszystkich szczegółach! Kolejna sprawa: sojusznikiem “Solidarności” był też papież Jan Paweł II, autor słów “Nowy Porządek Świata, cywilizacja miłości, może zostać osiągnięty” (źródło: “Pope John Paul the 2nd New World Order Speech at Gandhis memorial” - YouTube.com).


Peerele - jest ich wiele!

We współczesnym świecie funkcjonuje wiele państw takich jak PRL. Sytuacja, która panuje wewnątrz nich, zazwyczaj przedstawia się nieciekawie. Są to bowiem kraje autorytarne, dopuszczające się łamania praw człowieka i duszące wolność słowa. Często słyszy się o represjach, porwaniach, torturach lub nawet zbrodniach politycznych popełnianych na ich obszarze. Jednak te państwa, chociaż skomplikowane wewnętrznie, odwalają kawał dobrej roboty na arenie międzynarodowej. Otóż blokują (być może nieświadomie) budowę New World Order, będącego koncepcją globalnego supermocarstwa.

Wynika to z faktu, że surowe reżimy zazwyczaj nie chcą z nikim rozmawiać, gardzą kompromisem i integracją. Oczywiście, kraje niechętnie nastawione do NWO są surowo karane przez Zachód. Czasem militarnie, a czasem tylko gospodarczo. Atakowanie państw sprzeciwiających się Nowemu Porządkowi Świata zawsze odbywa się pod hasłem “niesienia demokracji” i “pomagania uciśnionemu ludowi”. Na szczęście, istnieje garstka państw demokratycznych, które potępiają ideę New World Order. Mam tu na myśli Szwajcarię i Norwegię. Te krainy strzegą swojej niezależności, chociaż wcale nie odgradzają się od świata.


Medal za Odwagę dla Szwajcarii i Norwegii!

Ponadto, łamią stereotyp, według którego poza Unią Europejską nie da się przetrwać. Naturalnie, można się czepiać wewnętrznej sytuacji Szwajcarii i Norwegii (tu klinika eutanazyjna Dignitas, tam feminizm i swoboda obyczajowa). Lecz postawa tych państw na arenie międzynarodowej sprawia, że chciałoby się im przyznać Medal za Odwagę. No, bo we współczesnych czasach suwerenność i życie na własny rachunek wymagają tupetu i samozaparcia. Niektórzy twierdzą, że proamerykański i proizraelski Anders Behring Breivik mógł być marionetką w rękach tych, którzy pragnęli ukarać Norwegię za blokowanie NWO.

Czy tak było w rzeczywistości? Nie wiem. Ja wierzę w oficjalną wersję wydarzeń, czyli w to, że terrorysta działał w pojedynkę. Nie ma żadnych dowodów na to, że ktoś nim manipulował. Argumenty, mające uzasadniać teorię o powiązaniu ABB z różnymi zagranicznymi siłami, wydają mi się naciągane. Z drugiej strony, czytałam, że idea Nowego Porządku Świata została wymyślona przez wolnomularzy. A Breivik przez jakiś czas należał do ruchu wolnomularskiego (proszę wpisać w Google hasło “Breivik mason” i znaleźć odpowiednie zdjęcie. Zachęcam również do lektury newsa “Masoni odcinają się od sprawcy masakry“ ze strony Tvn24.pl).


Kwestie społeczno-obyczajowe

Szósta przyczyna, dla której czasem wolałabym żyć w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej: w tamtych czasach ludzie byli inni. Nie wstydzili się polskości, nie byli kosmopolitami, nie wyśmiewali patriotów, nie lekceważyli ojczystej tradycji i kultury, nie uznawali suwerenności za rzecz zbędną. Mieli jakieś ideały, a wartości rodzinne były dla nich cenniejsze niż obecnie. Z tego, co słyszałam, wynika, że nawet dziewczęta bardziej się szanowały, a w szkołach nie było takiej patologii jak dziś. Czternastolatki nie grały w “słoneczko”, uczniowie nie pastwili się nad nauczycielami, związek małżeński nie był traktowany jako zabawa na kilka miesięcy lub lat. Wyuzdanie i zepsucie przyszły do nas po roku 1989 - z Zachodu, ma się rozumieć.

Znam pedagoga, który od ponad dwudziestu lat pracuje z młodymi ludźmi. Osoba, o której mowa, styka się w swojej pracy z różnymi dziećmi i nastolatkami: zdolnymi i niezdolnymi, szczęśliwymi i skrzywdzonymi, zdrowymi i chorymi, grzecznymi i niegrzecznymi. Według tej osoby, z roku na rok jest coraz więcej dzieciaków mających problemy szkolne, rodzinne, zdrowotne, nerwowe, psychiczne, psychologiczne. W zastraszającym tempie rośnie liczba małych epileptyków i alergików, pojawiają się coraz poważniejsze kłopoty wychowawcze. Nasilają się problemy znane od wielu lat, a do nich dochodzą nowe (np. cierpienie dzieci, których rodzice wyjechali za granicę i przestali się interesować rodziną). Zdaniem tego pedagoga, jeszcze nigdy nie było tak źle jak obecnie.


Większy krytycyzm i samodzielnie myślenie

W Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej inny był również odbiór przekazów medialnych. Jestem studentką drugiego roku dziennikarstwa i wiem z wykładów, że kiedyś ludzie byli nieufni, próbowali czytać między wierszami oraz samodzielnie docierać do prawdy. Starali się logicznie rozumować i rozwijać swój intelekt. Obecnie uważają, że są wolni, więc nie myślą i łatwiej ulegają manipulacji. Wszelki krytycyzm umarł. A przecież media wcale nie są niezależne. Brak urzędu cenzorskiego naprawdę o niczym nie świadczy. Media są uzależnione od polityków, od wielkich koncernów, od reklamodawców etc.

Dziennikarze, jako ich pracownicy, także są zniewoleni. Często jest tak, że piszą pod czyjeś dyktando albo są skrępowani linią programową, wewnętrznym regulaminem redakcji bądź odgórnymi przepisami. Najgorzej jest w przypadku radia i telewizji. Ustawa o KRRiT nakłada na te media liczne oraz ściśle określone nakazy i zakazy dotyczące treści programów/audycji. W omawianej ustawie jest wyraźnie powiedziane, co media mają przymusowo nadawać, a czego pod żadnym pozorem nie wolno im emitować. Nieco więcej swobody mają pracownicy mediów drukowanych. Są oni objęci ustawą Prawo prasowe, która powstała w 1984 roku i obowiązuje - z niewielkimi zmianami - do dziś.


Bezpieczeństwo socjalne i gospodarka narodowa

Siódma przyczyna: w okresie peerelu nie było bezrobocia ani wykluczenia społecznego, gdyż państwo postawiło sobie za cel zapewnienie bytu każdemu obywatelowi. Wiem, że ten argument brzmi dosyć banalnie i przyziemnie. Ale wygląda on ciekawie w kontekście faktu, że dzisiaj trudno znaleźć pracę zarówno po zawodówce, jak i po studiach magisterskich. Uwaga: nie popieram socjalizmu, ponieważ ta ideologia opiera się na agresji (walce klas, rewolucji, równaniu w dół, nienawiści do indywidualizmu), nieracjonalnej gospodarce planowej oraz łamaniu człowieczego prawa do własności prywatnej.

Skłaniam się raczej ku solidaryzmowi społecznemu i umiarkowanemu państwu opiekuńczemu, czyli tak zwanemu welfare state. Ciekawe, że te kraje, które wybrały ideę welfare state, najmniej ucierpiały z powodu aktualnego kryzysu ekonomicznego (inna sprawa, że Szwecja to rodzaj złotej klatki. Blask i dobrobyt, tylko wolności brak). Prawo Murphy’ego: “Jeśli coś jest głupie, ale działa, to nie jest głupie”. Ósma przyczyna, o której pragnę napisać: w minionej epoce Polska posiadała swój majątek narodowy. Nasze państwo było obdarzone własną, rodzimą gospodarką. Polacy pracowali na rzecz Polski, a nie na rzecz obcego (np. niemieckiego, francuskiego, brytyjskiego, amerykańskiego) kapitału.


Złoty wiek kultury

Dziewiąta przyczyna: w peerelu kultura, sztuka, literatura, telewizja i kino stały na wyższym poziomie. Pewnie wynikało z to faktu, że te dziedziny ludzkiej działalności nie były zamerykanizowane i nie miały charakteru czysto komercyjnego. W ówczesnej popkulturze trafiały się utwory wysławiające polskość i nieodnoszące się w żaden sposób do polityki. We współczesnym radiu nie usłyszmy już popowych piosenek zawierających frazy typu “rodzinne, znane strony”, “cały kraj nas prosił oddać wam ukłony”, “płatek śniegu zakopiańskiej, białej zimy”, “pokłonimy się polskimi melodiami” czy “od Szczecina do stolicy rozśpiewani rówieśnicy”.

A tak właśnie śpiewał megapopularny girlsband Filipinki (1959-1974). Zwróćmy jeszcze uwagę na środki językowe. W przeszłości, czyli przed 1989 rokiem, teksty utworów muzycznych były pisane staranną i estetyczną polszczyzną. Dzisiejsze teksty pozostawiają zaś wiele do życzenia. Jeśli chodzi o TV, to w dobranockach i serialach dla dzieci było zdecydowanie mniej przemocy (niegdyś emitowano bajki, dziś emituje się napierdalanki). Z pewnością miało to wpływ na codzienne funkcjonowanie najmłodszych Polek i Polaków.


Laicyzm, gomułkowszczyzna, zdrowie

Dziesiąta przyczyna: Polska Rzeczpospolita Ludowa była państwem świeckim. Promowano wówczas ateizm, laickość i - jakże bliski mojemu sercu - filozoficzny materializm. W miejscach publicznych nie było krzyży, zatem nikogo nie kłuły one w oczy. Proszę mi wybaczyć, ale mnie ten symbol kojarzy się Krakowskim Przedmieściem, Lechem Kaczyńskim i Traktatem Lizbońskim. Ha! Założę się, że takich ludzi jak ja jest w naszej Ojczyźnie wielu! Jedenasta przyczyna: Władysław “Wiesław” Gomułka miał w sobie coś z patrioty, a nawet narodowca (“odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne“). Na szczęście, nie był on aż tak skrajny jak jego kumpel Moczar, ten od wypędzania Żydów.

Dwunasta przyczyna: w minionej epoce była zdrowsza, mniej nafaszerowana chemikaliami żywność, a o Genetycznie Modyfikowanych Organizmach nikt jeszcze nie słyszał. Jakby tego było mało, nikomu nie zabraniano korzystania z leków ziołowych. Cytat ze strony Zmianynaziemi.pl: “W państwach należących do Unii Europejskiej wprowadzono restrykcyjne prawo delegalizujące setki naturalnych ziół leczniczych używanych na naszym kontynencie od pokoleń”. Peerel opierał się na gospodarce centralnie planowanej, ale chyba nigdy nie wydał tak absurdalnego i niebezpiecznego zarządzenia!


Te refleksje dojrzewały półtora roku

Ktoś mógłby powiedzieć, że niniejszy artykuł jest dosyć dziwny i zaskakujący. Mógłby stwierdzić, że ja, jego autorka, wyskoczyłam jak filip z konopi. Ale tak się składa, że refleksje wyrażone w tym tekście dojrzewały we mnie bardzo długo - jakieś półtora roku. Dopiero teraz odważyłam się ubrać je w słowa i zaprezentować światu. Nie jestem zwolenniczką komunizmu. Założenia tej ideologii znam bardzo powierzchownie i jakoś nie mam ochoty ich zgłębiać (jak już wspomniałam, opowiadam się za umiarkowanym państwem opiekuńczym - welfare state). Jednak są takie chwile, kiedy myślę, że lepiej czułabym się jako obywatelka poprzedniego ustroju politycznego.

Parafrazując pewien znany cytat: “Stary człowieku! Jeśli młoda osoba czuje się rozczarowana współczesnością i pisze, że czasem wolałaby żyć w peerelu, to już wiedz, że jest źle!”. Co bym robiła w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej? Żyłabym. Pisałabym artykuły i wiersze, w których wyrażałabym swoje uczucia do Ameryki i EWG (UE). Od czasu do czasu denerwowałabym się na osoby, robiące - za pieniądze niesławnego CIA - zamieszanie we własnym kraju. I słuchałabym Filipinek. Co się tyczy III RP, mogę jej zadedykować słowa z piosenki Mylene Farmer: “Zwracam ci twoją miłość”. Jestem przerażona aktualną sytuacją Polski i porównuję ją z zasłyszanymi opowieściami o peerelu.


Natalia Julia Nowak,
7-10 stycznia 2012 r.



PS. Unia Europejska (dawna EWG) od samego początku była pomyślana jako federacja, czyli państwo związkowe. “W Europie Zachodniej dojrzewały koncepcje integracyjne. Pod koniec 1953 r. omawiano projekt wspólnoty gospodarczej, politycznej i wojskowej, której celem miały być przyszłe Stany Zjednoczone Europy“ - Wojciech Roszkowski, “Historia Polski 1914-2000“, PWN, Warszawa 2001.



Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


UE. Jak szkodzi i czym grozi?
Notatkę dodano:2012-01-04 15:57:30

Okrutnie jak w bajce

W Unii Europejskiej szaleje kryzys ekonomiczny, o jakim nikomu wcześniej się nie śniło. Kraje, które niegdyś były zamożne i kwitnące, zmagają się dzisiaj z niedostatkiem i bezrobociem. Coraz większa bieda, beznadzieja, frustracja i nienawiść ciągną za sobą przerażające skutki. Młodzi, wypełnieni gniewem ludzie wychodzą na ulice, co niekiedy prowadzi do zamieszek oraz starć z policją (Londyn, Madryt, Rzym, Ateny, Warszawa).

W Grecji panuje sytuacja rodem z baśni o Jasiu i Małgosi: rodzice wyrzucają swoje dzieci z domów lub oddają je do przytułków, ponieważ nie mają środków na ich utrzymanie (źródło - Niezalezna.pl). Z Portugalii uciekło ponad 5 milionów obywateli, a to prawie połowa tego zachodniego narodu (Wyborcza.biz). Włochy, jeszcze do niedawna opływające w dostatki, stoją obecnie na skraju bankructwa (Presseurop.eu).


Obraz nędzy i rozpaczy

Euro nie jest już silną i pewną walutą - przeciwnie, chyli się ono ku upadkowi. Podatki i ceny idą w górę, rządy zabierają coraz więcej pieniędzy z kieszeni ubogiego ludu. Na Węgrzech stawka VAT wynosi aż 27% (Tvp.info). W Bułgarii mają miejsce dramatyczne i stale rozszerzające się protesty (Rmf24.pl). W Belgii strajkują pracownicy sektora publicznego, co prowadzi do dezintegracji całego życia społecznego (Forsal.pl). Hiszpania cierpi z powodu spadku Produktu Krajowego Brutto (Biznes.interia.pl).

Irlandia, w ramach oszczędności, zamknęła swoje ambasady w Watykanie i Iranie (Finanse.wp.pl). Polski złoty jest najsłabszą walutą na Ziemi, a inflacja w Ojczyźnie Sienkiewicza osiągnęła poziom 4,8% (Forsal.pl). Krótko mówiąc: obraz UE jest obrazem nędzy i rozpaczy. Do tego dochodzi groźba federalizacji tego tworu, czyli przekształcenia go w państwo związkowe, składające się z niegdysiejszych Wolnych Ojczyzn.


Kto nie wsiadł na pokład Titanica?

Unia Europejska bywa czasem nazywana “Europą”, ale trzeba pamiętać, że Europa to nie tylko brukselszczyzna. Poza Unią wciąż znajduje się kilka krajów Starego Kontynentu. Co ciekawe, radzą sobie one bardzo dobrze. Ponieważ nie należą do UE, nie są z nią nierozerwalnie związane i nie idą razem z nią na dno. Szwajcaria, Norwegia, Turcja - oto państwa, które są wolne od Unii i jej narastających problemów. Sytuacja w tych krajach jest stabilna, a przynajmniej stabilniejsza od unijnej.

Portal Przewodnik.onet.pl określił Norwegię jako najszczęśliwszy kraj na Ziemi, a serwis Wprost.pl wywróżył Turcji, że do 2023 roku stanie się ona jedną z najpotężniejszych gospodarek świata. Dawne Imperium Osmańskie nie waha się “wojować” z możną Francją, zaś Królestwo Norwegii pomaga dogorywającej strefie euro. Jeśli chodzi o franka szwajcarskiego, to ma on coraz większe znaczenie dla osób spoza Szwajcarii.


Ekonomiczna Buka

Nie da się ukryć, że to brak przynależności do UE ocalił te urocze krainy przed recesją, regresją, ubóstwem i utratą suwerenności. Nic więc dziwnego, że ich mieszkańcy mówią “NIE” wejściu na tonący, brukselski statek. Jak podaje strona Fredrikstad.pl, w Norwegii aż 79,8% (w zaokrągleniu 80%) ludności woli się trzymać z daleka od Stanów Zjednoczonych Europy. Wniosek jest prosty: dobrze pozostawać poza Unią. Ludziom z państw członkowskich żyłoby się znacznie lepiej, gdyby ich kraje nigdy nie wpadły do Eurokotła.

A najlepiej byłoby, gdyby Unia Europejska i euroland w ogóle się nie narodziły. Śmieszny, oparty na globalistycznej ideologii domek z kart musiało w końcu coś pierdyknąć. Którym światem jest teraz UE? Bo na pewno nie pierwszym! Brukselskie domino przewróciło się na zasadzie reakcji łańcuchowej (w takim układzie wystarczy, że jeden element runie, a od razu upadają wszystkie pozostałe). Przez wolne ziemie szwajcarskie, norweskie i tureckie ekonomiczna Buka nie przeszła - i chwała jej za to.


Piękne i niezależne

Co do Turcji, wcale nie jest ona czysta jak łza. Kiedyś Kraina Ataturka chciała wstąpić do Zjednoczonej Europy, jednak ta okazała się zbyt ksenofobiczna, żeby przyjąć jej propozycję. Republika Turcji została uratowana przez przypadek - miała więcej szczęścia niż rozumu. Ale Szwajcaria i Norwegia są swobodne na własne życzenie. W czasach, gdy UE była potęgą gospodarczą, te dwa kraje wolały strzec swojej niezależności niż ulec pokusie dołączenia do Unii. Świat się śmiał: “Jak można być w Europie, spełniać standardy unijne i nie chcieć się zintegrować?”. No cóż… Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni!

Ci, którzy byli patriotami, są dziś nagradzani przez los, a ci, którzy sprzedali swoje ojczyzny Brukseli, są surowo karani. Miłość do własnego państwa przynosi bogactwo i radość, kosmopolityzm - biedę i zgryzotę. Sprawiedliwość dziejowa, ot co! Można sobie wyobrażać, że to Weles (bóg przysiąg, magii, podziemi, ognia, bydła i dóbr materialnych) mści się na tych, którzy przyrzekali swoim krajom wierność, lecz nie dotrzymali słowa. Szwajcarzy i Norwegowie się szanowali, toteż dzisiaj górują nad schorowanymi Stanami Zjednoczonymi Europy. Hehehe, gdybym mieszkała w Szwajcarii, Norwegii lub Turcji, to bym się śmiała z Unii do rozpuku! Jeszcze głośniej brechtałabym się, gdybym była Chinką albo Rosjanką!


Dlaczego UE jest tak niebezpieczna?

Unia Europejska nie jest jedyną unią na naszej planecie. Oprócz niej, funkcjonują: Unia Afrykańska, Unia Narodów Południowoamerykańskich itp. Na Wschodzie rodzi się zaś Unia Euroazjatycka. Państwa ciągle się integrują, więc niewykluczone, że kiedyś zostaną na Ziemi same unie, federacje i konfederacje. W odległej przyszłości te twory mogą się ze sobą połączyć, tworząc jedno, wielkie, ogólnoświatowe supermocarstwo.

Wiele osób twierdzi, że taki scenariusz byłby dla ludzkości korzystny. Uważają one, że gdyby na naszej planecie istniał jeden kraj i jeden naród, to już nigdy nie byłoby wojen i panowałaby powszechna szczęśliwość. No dobrze, ale na czele takiego globalnego państwa z pewnością staliby politycy. Jak powszechnie wiadomo, władza deprawuje - przywódcy często bywają nieuczciwi, a nawet okrutni. Co by było, gdyby dobra passa obywateli nagle się skończyła? Co by było, gdyby mocarstwo, obejmujące całą Ziemię, zamieniło się w totalitaryzm?

Nie można by było uciec za granicę! Z despotycznego państwa narodowego da się zbiec, co potwierdzą uchodźcy z Korei Północnej. Lecz gdyby despotia miała zasięg ogólnoświatowy, to człowiek po prostu nie miałby dokąd zwiać. Bardzo trudne lub wręcz niemożliwe byłoby też obalenie takiego systemu. Niektórzy sądzą, że politycy (zwłaszcza ci stojący na czele wielkich państw i organizacji międzynarodowych) dążą do takiego stanu rzeczy. Wizja świata jako globalnej dyktatury, z której nie ma drogi ucieczki, doczekała się już specjalnej nazwy. Brzmi ona New World Order - Nowy Porządek Świata.

Jeśli prześledzimy procesy globalizacyjne, zachodzące na naszej planecie, to dojdziemy do wniosku, że rzeczywistość zmierza właśnie w kierunku NWO. Istnieje pogląd, według którego z Nowego Porządku Świata zniknie indywidualizm i różnorodność, tzn. wszyscy ludzie będą tacy sami. To przekonanie jest inspirowane faktem, że politycy (oraz czwarta władza, czyli media) promują ideologie polegające na zacieraniu różnic między narodami, płciami, religiami, kulturami, cywilizacjami itd.


Pytania retoryczne, acz prowokacyjne

Czy to nie dziwne, że Lech Kaczyński zginął równe pół roku po podpisaniu Traktatu Lizbońskiego (10 października 2009 - 10 kwietnia 2010)? Czy to nie dziwne, że od momentu ratyfikacji TL partię Prawo i Sprawiedliwość prześladuje pech (katastrofa smoleńska, zbrodnia łódzka, awaria pociągu we Włoszech, klęska w wyborach prezydenckich i parlamentarnych, spadek poparcia społecznego, konflikty wewnątrzpartyjne, powstanie PJN i SP, wojna o krzyż, depresja Prezesa, śmierć jego ukochanego kota)? Czy to nie dziwne, że Julia Tymoszenko, która chciała wydać Ukrainę w ręce Brukseli, jest dzisiaj tak nieszczęśliwa?

Czy to nie dziwne, że białoruskim opozycjonistom, pragnącym anektować Białoruś do Unii Europejskiej, żyje się tak ciężko? Czy to nie dziwne, że w sierpniu 2011 roku Jerzy Buzek miał wypadek samochodowy? Czy to nie dziwne, że we wrześniu 2011 wszystkie budynki Parlamentu Europejskiego zostały ewakuowane ze względu na jakąś awarię (wydarzyło się to akurat wtedy, kiedy eurodeputowani mieli dyskutować o zacieśnieniu współpracy gospodarczej, czyli o federalizacji UE. Źródło: Rp.pl).


Zakończenie

Można odnieść wrażenie, że ch… strzelił wszystko, co ma jakiś związek z Euromolochem. Dunder go świsnął. Koń go kopytem trzasnął. Cholera jasna go wzięła. Ale nie zmienia to faktu, że Unia Europejska nadal istnieje i że może być groźna w bliższej lub dalszej przyszłości. UE jest konstrukcją globalistyczną, a globalizacja to zło samo w sobie. Gdyby świat się zjednoczył, tworząc globalne superpaństwo, to takie państwo - po przekształceniu się w totalitaryzm - byłoby pułapką bez wyjścia. Jak już napisałam, z ogólnoświatowej despotii nikt nie mógłby zbiec. No, bo czy w świecie bez granic ucieczka za granicę jest realna?

Kolejna sprawa: co by było, gdyby globalne supermocarstwo pogrążyło się w kryzysie gospodarczym (takim jak obecny albo jeszcze straszniejszym)? Nie byłoby już takich oaz jak Szwajcaria, Norwegia czy Turcja! Człowiek nie mógłby szukać pracy w innym kraju! Drodzy Czytelnicy, nie wolno być krótkowzrocznym, trzeba umieć dostrzegać zarówno zalety, jak i wady pewnych procesów dziejowych. Musimy się nauczyć przewidywania możliwych konsekwencji różnych zjawisk. Łączenie się ojczyzn w unie, a unii w jeszcze większe unie, to pierwszy krok do New World Order.

Globaliści i kosmopolici pragną państwa obejmującego całą Ziemię, ale kto nam zagwarantuje, że w tym państwie będą respektowane prawa człowieka? Nasza planeta pamięta wiele totalitaryzmów, jednak zawsze były one państwami narodowymi lub federacjami o ograniczonym zasięgu. Dyktatura globalna, przed którą ostrzegam, to coś zupełnie innego. Tu nie chodzi tylko o patriotyzm, ale także o wolność i bezpieczeństwo szarego obywatela.


Pozdrawiam serdecznie!


Natalia Julia Nowak,
1-4 stycznia 2012 r.



PS. Chorwacjo! Chorwacjo moja droga! A czegóż Ty szukasz w Unii Europejskiej? Czy zgubiłaś się na rozstaju dróg? Czy Ci życie w Wolnym Świecie niemiłe? Kochana! Współczuję Ci, bo oddajesz się w ramiona czegoś, co może Cię tylko skrzywdzić! Nie będziesz szczęśliwa w Stanach Zjednoczonych Europy! Oj, nie! A może Ty tak kochasz UE, że chcesz pójść za nią w ogień? Miła moja! Jeszcze zapłaczesz nad swoją dolą!

PS 2. Islandia też coś przebąkiwała o wejściu do Unii, ale teraz chyba poszła po rozum do głowy i zrezygnowała z tego masochistycznego pomysłu. Oto interesujący cytat ze strony Forbes.pl: “Obecnie, w związku z problemami UE, Islandczycy zastanawiają się, czy wiązanie się z krajami Unii rzeczywiście będzie dla nich pomocne – podkreśla CanadianBusiness.com. Stąd też pojawiły się pomysły grupy ekonomistów na ‘plan B‘, który właśnie zawiera propozycje przejścia na kanadyjskiego dolara”. Cóż, wprowadzenie we własnym kraju kanadyjskiego dolara jest lepsze niż wpadnięcie do paszczy eurokreatury!

PS 3. Jasnowidz Krzysztof Jackowski przewiduje, że w pierwszej połowie 2012 roku nastąpi zgon UE. Wspaniale by było, gdyby ta przepowiednia się spełniła, bo trzeba wreszcie rozebrać tę rozsypującą się ruderę. Unia kona w męczarniach, zatem przydałaby jej się eutanazja!

PS 4. Żeby nie było tak ponuro i pesymistycznie, polecę Czytelnikom pewien zabawny filmik z serwisu YouTube.com. Pokazuje on, czym jest lawina, reakcja łańcuchowa, efekt domino. To, co się dzieje w tym nagraniu, można porównać do tego, co się stało z gospodarką Stanów Zjednoczonych Europy:

http://www.youtube.com/watch?v=q36snQsvyJU



Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


2012 - Apokalipsa lub New World Order
Notatkę dodano:2011-12-31 01:23:00

Współczesny świat podlega procesom, które można uznać za co najmniej dziwne. Zamożny Zachód staje się ubogim Wschodem, a ubogi Wschód - zamożnym Zachodem. Demokratyczna Północ zamienia się w despotyczne Południe, a despotyczne Południe - w demokratyczną Północ. Niektórzy biją na alarm, bo są przekonani, że Bliski Wschód powoli przeobraża się w Europę, zaś Europa - w Bliski Wschód. Czy to, co się obecnie dzieje, nie przypomina przepowiedni dotyczącej przebiegunowania Ziemi? Jak wiadomo, proroctw nie należy traktować dosłownie. Przebiegunowanie naszej planety, o którym tak często mówią jasnowidze, nie musi mieć charakteru fizycznego. Równie dobrze może to być zmiana polityczna, ekonomiczna, społeczna lub cywilizacyjna.

Ale to jeszcze nie koniec absurdu. Współczesny świat sprawia wrażenie, jakby cofał się do przodu. Im dalej w przyszłość, tym większe zacofanie. Z roku na rok mamy coraz więcej (wtórnych) analfabetów, oświata prezentuje coraz niższy poziom, ludzie coraz częściej zapadają na przewlekłe choroby, a obyczaje, człowiecze potrzeby i wytwory kultury są coraz bardziej prymitywne. Polaków i Europejczyków jest coraz mniej, bezrobocie staje się coraz większe, strajki i protesty robią się coraz powszechniejsze, prawa człowieka są coraz częściej łamane, szarym obywatelom żyje się coraz gorzej itd. Mottem dzisiejszej rzeczywistości jest krótkie i urocze słówko “coraz”.

No, i jak tu nie wierzyć w przepowiednię, według której Ziemia zmieni kiedyś kierunek ruchu? Tego proroctwa, podobnie jak poprzedniego, nie trzeba czytać dosłownie. Zmiana kierunku, w jakim obraca się nasza planeta, może być przecież metaforą szeroko pojętej regresji. Heh, na znak solidarności ze światem - który niegdyś się rozwijał, a teraz się zwija - powinniśmy słuchać utworów muzycznych wspak. Na początek proponuję “Stairway To Heaven” zespołu Led Zeppelin oraz “Fire On High” formacji Electric Light Orchestra. Później można sobie posłuchać odwróconej piosenki z dobranocki “Bob Budowniczy” (oczywiście, chodzi o wersję polskojęzyczną).

Kiedy my, Ziemianie, żegnaliśmy się z rokiem 2010 i wkraczaliśmy w rok 2011, analizowałam minione wydarzenia i zastanawiałam się nad najbliższą przyszłością. Myślałam: “Stary rok, 2010, był tak fatalny dla Polski i świata, że chyba gorzej być nie może. Coś takiego po prostu nie ma szans się powtórzyć. W roku 2011, tak jak zawsze, będą miały miejsce różne tragedie i katastrofy, ale ich suma nie dorośnie do pięt sumie nieszczęść roku 2010”. Teraz, 31 grudnia 2011, mogę powiedzieć, że kończący się rok wielokrotnie przewyższył - swoją okropnością - poprzednie 12 miesięcy.

Roczek 2011, który miał być “wieczorem panieńskim” przed sądnym 2012, to wojna za wojną, rewolucja za rewolucją, kataklizm za kataklizmem, katastrofa za katastrofą, masakra za masakrą, strajk za strajkiem, protest za protestem, zadyma za zadymą, śmierć za śmiercią i afera za aferą. Do tego doszła coraz większa nędza, coraz straszniejsza beznadzieja, coraz głębsza frustracja, coraz potężniejsza nienawiść i coraz groźniejsza anarchia. Wisienką na tym niesmacznym torcie okazały się niecne plany polityków, dotyczące federalizacji Unii Europejskiej, czyli przekształcenia jej w nowe państwo związkowe.

A to wszystko stanowi ponoć namiastkę tragedii, jakie nawiedzą naszą planetę w 2012 roku. Każde z nieszczęść, które dotknęło Ziemię w roku 2011, to zaledwie trailer filmu katastroficznego, jaki rozegra się na naszych oczach w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Wielu ludzi twierdzi, że niebawem nastąpi koniec świata albo zmierzch całego dorobku naszego gatunku. Inni sugerują, że rok 2012 będzie początkiem New World Order - Nowego Porządku Świata (globalnej dyktatury). Rozmiłowana w mistycyzmie część społeczeństwa spodziewa się zaś New Age - Ery Wodnika (epoki, którą propagandziści przedstawiają w pozytywnym świetle, a która wydaje się zadziwiająco zbieżna z NWO. Mowa o zapowiadanej unifikacji świata, zwiększeniu roli elektroniki w ludzkim życiu oraz ostatecznym upadku tradycyjnych wartości).

Ja już od dawna jestem przekonana, że w 2012 roku stanie się coś naprawdę drastycznego. Nie twierdzę, że będzie to Apokalipsa w dosłownym tego słowa znaczeniu (co nie zmienia faktu, że wolę Armageddon niż New World Order!). Ale jakiś przełom lub jakaś wyjątkowa katastrofa na pewno się wydarzy. Prawdę powiedziawszy, przewiduję, że zrealizują się wszystkie moje obawy związane z polityką, ekonomią, społeczeństwem, obyczajowością, kulturą i cywilizacją. Dla mnie i dla osób mojego pokroju niewątpliwie będzie to koniec świata.

Podejrzewam, że urzeczywistnienie się moich lęków jest tylko kwestią czasu, tak jak ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego, wprowadzenie parytetów dla kobiet, refundacja zapłodnień pozaustrojowych, zielone światło dla ruchów prośląskich, decyzja o instalacji amerykańskiej tarczy antyrakietowej oraz wejście radykalnej lewicy do sejmu. Musicie wiedzieć, że ja już w dzieciństwie odznaczałam się niezłą intuicją. Moje spełnione prognozy polityczne wskazują zaś na to, że dobry ze mnie futurolog. Im bliżej roku 2012, tym moje obawy wydają się realniejsze. Mówiąc słowami z utworu “Past, Present, Future” Giddle Partridge i Boyda Rice’a: “At the moment it doesn’t look good” (“Na ten moment to nie wygląda dobrze”).


Natalia Julia Nowak,
31 grudnia 2011 roku



Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Rok 2012 - eutanazja dla świata
Notatkę dodano:2011-12-26 19:43:56

Dawno, dawno temu, w tak zwanych lepszych czasach, istniały na świecie pewne wartości. Państwa były silne i niepodległe, a ich mieszkańcy - dumni ze swojego pochodzenia oraz skłonni do obrony swoich Ojczyzn. Rodziny były zdrowe, pełne i szczęśliwe, ludzkie życie znajdowało się pod ochroną, obyczaje stały na wysokim poziomie, wszystko kwitło i maiło się jak na pogodnym pejzażu. Ale potem coś się zadziało i rzeczywistość trafił szlag.

Wszelkie wartości zostały zabite - zamordowano je bez litości, a przecież rzeczom martwym nie można przywrócić życia. Zjawiska, które były dobre i cenne, najzwyczajniej w świecie umarły, więc już nikt nigdy ich nie zobaczy. Zniknęły wartości, zostało zaś to, co plugawe i obrzydliwe. Zboże zmarniało, gnojówka pozostała. Po ślicznym, puszystym kotku zachowała się jedynie śmierdząca kuweta.

Żyjemy w czasach, w których mówienie o wartościach przypomina uprawianie światopoglądowej nekrofilii. Jest to wszak hołdowanie temu, co już od dawna nie żyje. Idealizm jest dziś tożsamy z klęczeniem na mokrej ziemi, uderzaniem głową w mogiłę i wyciem: “Chcę, żeby umarłe powróciło do życia!”. Takie działanie ma charakter tragikomiczny, bowiem szlachetnych idei, które brutalnie zamordowano, po prostu nie da się wskrzesić.

Zgładzone wartości już nigdy nie zawitają w naszym świecie, nie spowodują, że wszystko znowu zacznie kwitnąć i się maić. Dobro leży w grobie, rozkładając się powoli, acz konsekwentnie. Idee, dla których niegdyś chciało się żyć i umierać, to dzisiaj trupy, którym nawet dr Frankenstein nie pomoże. Ci, którzy dokonują ekshumacji zamordowanych wartości i próbują je ożywić, nie odnieśli jeszcze żadnego sukcesu. Co ma wisieć, nie utonie. Co ma być martwe, nie stanie się żywe.

Współczesny świat jest jak ciężko chory pies, któremu nie da się pomóc i który gnije żywcem na oczach swojego właściciela. Przypomina on również kończynę bezwzględnie trawioną przez gangrenę. Trzeba Wam wiedzieć, drodzy Czytelnicy, że przez długi czas starałam się uzdrowić naszą rzeczywistość. Dwoiłam się i troiłam, żeby choć trochę ją podleczyć, szarpałam się o Polskę, zagranicę i gatunek ludzki. Jednak teraz po prostu się poddałam. Ręce mi opadły. Doszłam do wniosku, że choroba, która wyniszcza świat, jest nieuleczalna, zwłaszcza w tak zaawansowanym stadium.

Nie ma już żadnej, absolutnie żadnej nadziei dla tej planety - wszystkie środki zawiodły i nie opłaca się sięgać po kolejne. Degrengolada jest nieodwracalna, nie da się jej nie tylko cofnąć, ale nawet spowolnić. Coraz częściej myślę, że jedyne, co można zaoferować naszej rzeczywistości, to eutanazja. Jeśli nasz świat ma upaść, to niech upadnie jak najszybciej. Wszak już napisałam: co ma wisieć, nie utonie!

Pytacie, co mnie najbardziej przeraża i zasmuca? Otóż fakt, że Polska straciła niepodległość. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że wkrótce Unia Europejska zostanie oficjalnie ogłoszona federacją, czyli państwem związkowym. Nieoficjalnie jest ona federacją od momentu wejścia w życie Traktatu Lizbońskiego (1 grudnia 2009 roku), jednak dopiero teraz europejscy politycy odważyli się przyznać, o co im tak naprawdę chodzi.

Radosław Sikorski otwarcie mówi, że popiera ideę uczynienia z UE “federacji” i “supermocarstwa”. Gerhard Schroeder używa wyrażenia “Stany Zjednoczone Europy”. Janusz Palikot deklaruje, że pragnie “federalnej Europy” i że najpierw czuje się Europejczykiem, a dopiero potem Polakiem. Co do Hermana van Rompuya, już dwa lata temu był on nazywany “fanatycznym federalistą”.

Nasza Ojczyzna nie jest już samodzielnym bytem państwowym, tylko częścią składową ogromnej federacji. Unia Europejska jest państwem, a Polska - jednym z jej dwudziestu siedmiu stanów, landów lub kantonów. Lada dzień ten bolesny fakt zostanie oficjalnie poświadczony i przypieczętowany, a wtedy nie będzie już złudzeń co do sytuacji naszego Narodu. Nikt nie będzie mógł pocieszać się myślą: “A może ja się mylę? Może nie jest aż tak źle? Może mój kraj nadal jest suwerenny, a ja niepotrzebnie dramatyzuję?”.

Nadzieja umrze tak jak pozostałe wartości, optymizm straci rację bytu, zaś słowa pocieszenia przestaną brzmieć wiarygodnie i kojąco. Nie wiem, czy najzagorzalsi patrioci i nacjonaliści nie oszaleją wówczas z rozpaczy. Silny ból psychiczny może być dla nich naprawdę niebezpieczny. Ludzie czasem wariują przez politykę - doświadczenie życiowe to potwierdza.

Urodziłam się w roku 1991. Reprezentuję ostatnie pokolenie, które pamięta Wolną Polskę i od którego należy bezwzględnie żądać postawy patriotycznej. Przyszłe pokolenia - generacje eurofederacji - będą już mniej lub bardziej wynarodowione. Spodziewam się, że nasi potomkowie, tak jak Janusz Palikot, będą się czuli najpierw Europejczykami, a dopiero potem Polakami. Sytuacja panująca w Stanach Zjednoczonych Europy okaże się analogiczna do sytuacji panującej w Stanach Zjednoczonych Ameryki.

Mieszkańcy USA najpierw czują się Amerykanami, później zaś np. Teksańczykami. Ludzie, którzy przyjdą po nas, nie będą patriotami względem Polski, tylko względem UE. Dla naszych potomków Polska, rozumiana jako niezależny organizm państwowy, będzie odległą historią, zupełnie jak Księstwo Florencji. Co więcej, będą oni deklarować narodowość europejską, a nie polską.

Niech mi teraz ktoś powie: po co te przyszłe pokolenia mają się w ogóle rodzić?! Po to, żeby być dziećmi europejskiej federacji? Po to, żeby funkcjonować w zdegenerowanym świecie, w którym wszelka aktywność przypomina tarzanie się w błocie? Po to, żeby czcić zło, bez świadomości, że kiedyś istniało dobro? Czy takie życie ma sens?! Czy hańba nie jest przypadkiem gorsza od śmierci?!

Czyją gospodarkę będzie wzmacniać ciężka praca naszych synów, córek, wnuków i prawnuków? Unii Europejskiej? W czyim wojsku będą oni służyć? W unijnym? Czy nasi potomkowie będą przysięgać na wierność fladze Stanów Zjednoczonych Europy? Czy będą stać na baczność, słuchając “Ody do Radości”? Czy będą mówić o prezydencie UE z taką powagą, jak dzisiaj mówi się o prezydencie USA? Nie wiem, jak Wy, ale ja wolałabym umrzeć niż wegetować w taki sposób!

Życie w Stanach Zjednoczonych Europy to coś naprawdę żałosnego. Bo człowiek nie będzie… a właściwie: nie jest w nich dziecięciem Polski, tylko dziecięciem federacji, która Polskę wchłonęła. Pszenica, która tak pięknie się złoci, nie jest już pszenicą polską, lecz unijną. Parlament Europejski nie jest już organem organizacji międzynarodowej, lecz naszą władzą federalną. Gdybym spotkała na swojej drodze człowieka, pogrążonego w ciężkiej depresji i pragnącego się zabić, zapewne powiedziałabym mu: “Nie rób tego! Przecież warto żyć!”.

Ale co bym odpowiedziała, gdyby ów człowiek zadał mi pytanie: “Dlaczego warto żyć”? Czy nie byłoby tak, że spłonęłabym rumieńcem i odeszłabym bez słowa? Ja sama nie wiem, po co egzystuję w naszym współczesnym - cuchnącym i obrzyganym - świecie dekadencji! Jestem osobą, której zawalił się niemal cały światopogląd. Pod tym względem przypominam starszą panią z wiersza Tadeusza Różewicza (“Wierzyła przez pięćdziesiąt lat, a teraz płacze i mówi: ‘nie wiem… nie wiem‘”).

Jedyne, co mogę obecnie robić, to nucić pod nosem fragment piosenki zespołu Łzy: “Kiedyś znałam na wszystko odpowiedź, myślałam, że świat należy do mnie. Pamiętam Twoje wszystkie pytania, słowa tak pięknie układały się w zdania”. Czuję się strasznie, nie wierzę już w nic i nie dostrzegam sensu w niczym. Chwytam się różnych rzeczy, ale dają mi one pocieszenie chwilowe i powierzchowne.

Tylko jedna rzecz wydaje mi się pewna. Lepiej, żeby spełniła się popularna przepowiednia mówiąca o końcu świata w 2012 roku niż realistyczna prognoza dotycząca oficjalnej federalizacji Unii Europejskiej. Jeśli Polska, Europa i świat mają odejść (a proces rozkładu już się rozpoczął!), to chciałabym, żebyśmy odeszli razem z nimi. I dlatego liczę na Apokalipsę w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy. Wszystko już stracone. Nie ma nawet czego ratować. Nieuleczalnie chore psy się usypia, zaś trawione przez gangrenę kończyny - amputuje.

Nasz świat jest cmentarzem, nasza cywilizacja jest cywilizacją śmierci, a my dzielimy się na upiory i nekrofilów (upiory to ludzie, którzy są martwi wewnętrznie, bezideowi. Nekrofile to ci, którzy hołdują umarłym wartościom). Spoczywajmy w pokoju. Jeżeli rozmaici jasnowidze mają rację, to rok 2012 wyleczy wszystkie nasze bolączki. No i dobrze, bo ja jestem jak podmiot liryczny z pewnego utworu Łez - “Codziennie pytam, czy kiedyś to się skończy. I nienawidzę słów: nic nas nie rozłączy”. Wielka asteroida zderzy się z Ziemią i skutecznie rozwiąże m.in. problem Stanów Zjednoczonych Europy. Albo Słońce pęknie, tak jak moje serce po ratyfikacji Traktatu z Lizbony.


Natalia Julia Nowak,
25-26 grudnia 2011 r.



P.S. Obserwacja stopniowej degrengolady Ziemi wcale nie musi się odbywać w ponurej, grobowej atmosferze. Zamiast płakać i wzdychać, można się śmiać i wołać do ludzi niczym Fałszywa Maria z filmu “Metropolis” Fritza Langa: “Chodźcie zobaczyć, jak świat idzie do diabła!”.

P.S.2. Koniec świata może być naprawdę groteskowy. Według najpopularniejszej przepowiedni, nastąpi on 21 grudnia 2012 roku (inne wizje mówią o 22 lub 23 grudnia). Czy wiecie, że 21 grudnia wypadnie w piątek? Wyobrażam sobie sytuację rodem z piosenki “Friday” Rebeki Black. “Jest piątek, piątek, wszyscy czekają na weekend” - ale ten weekend po prostu nie nadchodzi.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Europejskie, acz nieunijne
Notatkę dodano:2011-12-20 17:12:49

Muzyka z Wolnego Świata

Nie zawsze mamy możliwość, żeby wyjechać poza granice Unii Europejskiej, czyli rodzącej się na naszych oczach federacji. Im jest ona większa, tym trudniej wyrwać się z jej ramion i znaleźć skrawek ziemi niezależny od jej wpływów. Na szczęście, nie musimy z niej uciekać w sensie fizycznym - wystarczy, że udamy się na emigrację w sposób mentalny. Słuchając utworów muzycznych spoza UE, duchowo odwiedzamy miejsca, do których cień tego tworu nie dosięga. Pozwólcie, Czytelnicy, że zaprezentuję Wam kilkanaście interesujących piosenek z Wolnego Świata. Poza terytorium Stanów Zjednoczonych Europy żyją przecież utalentowani artyści, których twórczość może nas zachwycić.


1. Rosja


Svarga - “Duren”

Piosenka nagrana z gościnnym udziałem Mashy Scream, czyli wokalistki zespołu Arkona. Ikona słowiańskiego pagan metalu odzywa się już w pierwszym refrenie, a później, w drugiej zwrotce, można usłyszeć jej ostry growl, przywodzący na myśl syberyjską wilczycę. Jeśli chodzi o wokalistę Svargi, to śpiewa on czystym, dosyć wysokim, lekko operowym głosem, a więc w sposób typowy dla folk/pagan metalu. W utworze “Duren” występuje bardzo mocna perkusja, śmiała gitara elektryczna oraz wzbogacający dzieło akordeon. Warto wiedzieć, że istnieje również wersja piosenki “Duren” grana wyłącznie przez Arkonę. Jest ona zupełnie inna od omawianej, choćby dlatego, że pojawiają się w niej elektroniczne dźwięki.


Arkona - “Po Syroi Zemle”

Utwór, który - według mnie - jest jednym z największych dzieł formacji Arkona. Ta świetnie skomponowana piosenka prezentuje słuchaczowi to, co w Arkonie najlepsze, czyli rodzime (słowiańskie) brzmienia, drapieżne gitary oraz folkowe śpiewy przeplatające się z dzikimi rykami Mashy. Kawałek jest niesamowicie rytmiczny i posiada chwytliwy refren, przy którym trudno pozostać w bezruchu. Pod koniec utworu wokalistka ucieka się do przejmującej melorecytacji, podobnej do tej, która występuje w pieśni “Liki Bessmertnykh Bogov”. Przy piosence “Po Syroi Zemle” po prostu nie można się nudzić. Co więcej, zaraża ona odbiorcę miłością do słowiańskiej tradycji i przenosi go na chwilę do czasów przedchrześcijańskich.


Lena Katina - “Yugoslavia”

Ten, kto zna Lenę Katinę wyłącznie z występów w duecie t.A.T.u., na pewno będzie zaskoczony tym utworem. Odkryje bowiem, że rudowłosa wokalistka jest zdolna nie tylko do wykonywania prostych śpiewek i prowokacyjnego zachowywania się na scenie, ale także do śpiewania utworów głębokich i zaangażowanych politycznie. W pieśni “Yugoslavia” Lena staje się poważnym bardem, składającym hołd ofiarom wojny bałkańskiej. Jej słodki, dziewczęcy głos brzmi niezwykle smutno i wzruszająco. Tekst utworu “Yugoslavia” jest bardzo poetycki, a jego refren kończy się pokorną prośbą: “Przebacz mi, siostro moja, Jugosławio” (tłum. Renata Miłosz). Pieśń wyraźnie potępia wojnę, która przynosi ludziom cierpienie oraz dzieli spokrewnione ze sobą narody.


2. Norwegia


Theatre of Tragedy - "A Rose for the Dead"

Nadzwyczajnie piękna piosenka gotycka, małe dzieło sztuki, które powinno poruszyć każdego wrażliwego melomana. Utwór, jak przystało na gothic metal, jest ciężki, spokojny, melodyjny i wypełniony emocjami, a doskonała gra muzyków sprawia, że te emocje z łatwością udzielają się odbiorcy. “A Rose for the Dead” brzmi po prostu bajecznie - odnajdziemy tu zarówno mrok, jak i pełną niewinności słodycz. Śpiewająca w piosence kobieta posiada cudny, wysoki, delikatny głos, a mężczyzna używa demonicznego growlu. Wprawdzie taki kontrast nie jest niczym nadzwyczajnym (możemy się z nim zetknąć w wielu utworach gotyckich), ale robi na słuchaczu pozytywne wrażenie. Krótko mówiąc: polecam!


Sirenia - "The Mind Maelstrom"

Monumentalny, dramatyczny i dynamiczny utwór, który można zaliczyć do nurtu zwanego symfonicznym metalem. Wieloosobowy chór, spokojne fragmenty wypełnione operowym śpiewem wokalistki, klasyczne instrumenty odzywające się tuż obok gitar i perkusji - to wszystko jest obecne w tym jednym kawałku. Podobnie jak w “A Rose for the Dead” zespołu Theatre of Tragedy, znajdziemy tutaj męski growl będący przeciwwagą dla wysokiego, kobiecego śpiewu. Ten, kto lubi dramatyzm i patetyczne klimaty, powinien się zainteresować omawianą piosenką. Tym bardziej, że dorównuje ona twórczości takich grup jak Within Temptation czy Nightwish. Wiem, o czym piszę, gdyż słucham wspomnianych formacji już od kilku lat.


Burzum - “Ansuzgardaraiwô”

Muzyka bardzo mroczna, a zarazem głęboka (w tym znaczeniu, że odbiorca ma wrażenie, jakby powoli się zanurzał w ciemnym, zimnym i niebezpiecznym jeziorze). Brzmienie tego utworu jest ponure i - jeśli wolno mi użyć tego słowa - złowrogie. Kompozycja wprowadza słuchacza w specyficzny nastrój, a na dłuższą metę jest po prostu hipnotyzująca. Mnie ten utwór kojarzy się z nagraniami „Black Sun”, „Forgotten Father” i „As for the Fools” Boyda Rice’a (amerykańskiego muzyka, socjaldarwinisty i wysoko postawionego kapłana w Kościele Szatana). Z działalnością zespołu Burzum wiąże się przykry fakt: lider grupy, Varg Vikernes, w 1993 roku zabił człowieka. Parafrazując słowa ks. Piotra Natanka: „Jeśli Twoje dziecko słucha Burzum lub Boyda Rice‘a, to wiedz, że coś się dzieje!”.


3. Turcja


maNga - “Hayat Bu Iste”

Poruszająca piosenka, w której oprócz ciężkich, metalowych brzmień można usłyszeć pianino - szybką, skomplikowaną melodię, nawiązującą do muzyki poważnej lub filmowej (mnie przywodzi ona na myśl ścieżki dźwiękowe z filmów „Twilight” i „Love Story”, aczkolwiek jest to skojarzenie bardzo dalekie i swobodne). Co więcej, utwór zawiera subtelne aluzje do tradycyjnej muzyki tureckiej oraz wzmiankę o Stambule. „Hayat Bu Iste” jest dziełem emocjonalnym i dynamicznym, da się w nim wyczuć silną tęsknotę i dojmującą rozpacz. Wokalista śpiewa w sposób niezwykle przejmujący, a refren piosenki brzmi katastroficznie i patetycznie. Dzieło formacji maNga udowadnia, że turecki metal ma się bardzo dobrze. Gratulacje!


Kirmizi - "Uyan"

Utwór, którego początek wyznaczają tajemnicze, lekko niepokojące i “zaczarowane” dźwięki, kojarzące się z pozytywką lub dziecięcymi cymbałkami. Po tych dźwiękach odzywają się ostre gitary i ciężka perkusja, później zaś wkracza do akcji wokalistka, obdarzona mocnym, donośnym, rockowym głosem. Gdy mamy zwrotki, artystka śpiewa nisko i intrygująco. Gdy mamy refreny - kobieta udowadnia, że potrafi krzyczeć na całe gardło. Piosenka kończy się tak, jak się zaczęła: do uszu odbiorcy docierają niepokojące dźwięki rodem z preludium. Warto wiedzieć, że nazwa zespołu, Kirmizi, to turecki wyraz oznaczający czerwień. Rzeczywiście, może on się kojarzyć z naszym słówkiem “karmazyn”.


4. Szwajcaria


Lacrimosa - “Sanctus”

Niewiarygodnie monumentalna i bogata brzmieniowo kompozycja, o której trudno powiedzieć, czy bardziej przypomina muzykę poważną, czy rozrywkową. W tym patetycznym, wyjątkowo emocjonalnym i dramatycznym utworze, trwającym ponad czternaście minut, główną rolę odgrywają popisy Londyńskiej Orkiestry Symfonicznej. Znajdziemy tutaj chóralne śpiewy, mnóstwo klasycznych instrumentów, ale również elementy typowe dla muzyki metalowej (drapieżne gitary i śmiało odzywającą się perkusję). Jak przystało na dzieło formacji Lacrimosa, w utworze jest obecny charyzmatyczny śpiew Tilo Wolffa - człowieka będącego jednocześnie wokalistą, kompozytorem i autorem większości tekstów. Klękajcie narody! “Sanctus” to klasa sama w sobie i najprawdziwsza Sztuka! Ekstaza estetyczna gwarantowana!


Celtic Frost - "Drown In Ashes"

Mroczna i pełna grozy piosenka, która - zupełnie jak dobry film - trzyma w napięciu do samego końca. Ciekawym rozwiązaniem, zastosowanym w utworze, jest połączenie ciemnych, ciężkich, elektronicznych dźwięków z wysokim, metafizycznym, nieco egzotycznym kobiecym wokalem. Oprócz głosu przedstawicielki płci żeńskiej, mamy tutaj głos mężczyzny - w śpiewie tym słychać jakąś namiętność i szaleństwo. Wraz z upływem czasu, emocji jest coraz więcej, niepokój wyraźnie się nasila. Później dosyć niespodziewanie następuje uspokojenie, po którym piosenka dobiega końca. Utwór “Drown In Ashes” jest odrobinę hipnotyzujący, co wynika z jego monotonnego rytmu oraz kojącego zawodzenia kobiety.


5. Ukraina


Fleur - "Carousel"

Dziełko w sam raz na długie, jesienne i zimowe wieczory. Ta lekko melancholijna piosenka, wypełniona nastrojowymi dźwiękami gitary klasycznej/akustycznej i przejmującym śpiewem jednej z wokalistek, ma szansę poruszyć każde wrażliwe serce. W utworze słychać niekiedy smętny instrument smyczkowy, który sprawia, że kompozycja staje się jeszcze bardziej wzruszająca i urocza. Moim zdaniem, “Carousel” to coś w rodzaju poezji śpiewanej. Piosenka odznacza się poetyckim, rosyjskojęzycznym tekstem, w którym podmiot liryczny opowiada o tym, jak bardzo czuje się samotny, opuszczony i niepotrzebny. Występują tutaj niezwykle oryginalne porównania, np. “Jestem żółtymi liśćmi na szachownicy, pozostawionej przez kogoś w chłodnym parku”.


6. Islandia


Múm - "The Ballad of the Broken Birdie Records"

Kompozycja psychodeliczna, która nie nadaje się do słuchania w każdej sytuacji. Jest to utwór, który powinno się słuchać w wolnym czasie, najlepiej w pozycji leżącej i z zamkniętymi oczami. W piosence zastosowano dużo elektronicznych dźwięków, a także odgłosy przypominające nakręcanie jakiegoś mechanizmu (wiem, że to głupie skojarzenie, ale przywodzą mi one na myśl opowieści o kontroli umysłu - projekcie MK-ULTRA i programowaniu Monarch). Słodki, senny, rozchodzący się w przestrzeni śpiew wokalistki ma działanie relaksacyjne, aczkolwiek może też wprowadzać w trans. Zabiegiem artystycznym, który zasługuje na uwagę, jest wykorzystanie w utworze głosu dziecka. Múm to dobry zespół, o czym świadczy fakt, że współpracowała z nim znana i ceniona piosenkarka Björk.


Zakończenie

Piosenki, które wymieniłam, to tylko garstka naprawdę dobrych utworów spoza Unii Europejskiej. Nie jestem w stanie wymienić i scharakteryzować wszystkich ciekawych nagrań oraz zespołów z Wolnego Świata. Celem niniejszego artykułu jest tylko napomknięcie o istnieniu kilkunastu ciekawych kompozycji i grup muzycznych, a także zachęcenie Czytelników do rozpoczęcia własnych poszukiwań. Mam nadzieję, że mój tekst okaże się dla kogoś przydatny. Pozdrawiam i życzę radości przy poznawaniu kultury nieunijnej!


Natalia Julia Nowak,
19-20 grudnia 2011 r.



Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Wiedz, że coś się dzieje!
Notatkę dodano:2011-12-15 03:15:51

Od autorki

Niniejszy utwór nie ma na celu obrażania nikogo ani niczego. Jest to makabryczna, groteskowa, satyryczna, sensacyjna sztuka teatralna, w której chodzi o dostarczenie Czytelnikom rozrywki oraz zdemaskowanie absurdalności pewnych zjawisk i wydarzeń z realnego świata. Dramat podsumowuje rok 2011 i częściowo nawiązuje do faktów z roku 2010. Chociaż stanowi fikcję, jest w dużej mierze inspirowany rzeczywistością, bo przecież życie uchodzi za najlepszego scenarzystę na Ziemi.

W sztuce teatralnej pojawiają się takie motywy jak: nieporozumienia zwolenników SLD ze zwolennikami Ruchu Palikota, katastrofa naturalna i nuklearna w Japonii, problem skażonych ogórków, bestialskie zabijanie zwierząt na Ukrainie, protesty Oburzonych, działalność WikiLeaks, rewolucje w krajach muzułmańskich, masakra w Norwegii, katastrofa prezydenckiego tupolewa, kontrowersje wokół śledztwa smoleńskiego, zamieszki na Krakowskim Przedmieściu.

Są tu również nawiązania do wytworów kultury - dziejów tytułowej bohaterki piosenki “Murka” oraz śmierci Hanki Mostowiak z serialu “M jak Miłość”. W tytule i treści dramatu występują ponadto aluzje do kontrowersyjnego kazania ks. Piotra Natanka. Chodzi mi tutaj o wyrażenia: “wiedz, że coś się dzieje”, “wiedz, że się diabeł nim interesuje”, “wiedz, że tam się coś bardzo mocno burzy” i “to już wiedz, że jest źle”.

Sztuka teatralna “Wiedz, że coś się dzieje!” nie nadaje się dla dzieci oraz osób nadwrażliwych. Nie spodoba się ona także tym, którzy uważają, że utwory literackie powinny być moralne i stosowne. Mój dramat nie jest ani moralny, ani stosowny. Jeśli kogoś on rani lub zniesmacza, to szczerze przepraszam i proszę o wybaczenie!


Z pozdrowieniami
Natalia Julia Nowak




Scena pierwsza

Miejsce akcji: korytarz jednej z uczelni w Maślańsku-Maślanej

Dwie studentki, Laura i Marzena, siedzą na ławce w uczelnianym korytarzu. Jedna z nich, Laura, wygląda na kompletnie załamaną: ma smutną minę i oczy spuchnięte od płaczu. Druga z dziewczyn, Marzena, wyraźnie próbuje ją pocieszyć. W pomieszczeniu znajdują się również inni studenci, jednak pełnią oni funkcję statystów.


LAURA (smutno, pochlipując):

To jest straszne… Ja nie wiem, jak ludzie mogą być tacy dwulicowi… Popatrz choćby na media. Jeszcze rok temu dziennikarze traktowali Grzesia jak królewicza, przedstawiali go w pozytywnym świetle, mówili, że to młody, obiecujący polityk i przyszłość polskiej lewicy. Grzegorz był osobą powszechnie podziwianą, ulubieńcem mas, prawdziwą gwiazdą. A teraz? Media i ich odbiorcy odnoszą się do niego jak do żebraka! Biedny Grzesiu… Niegdyś idol i autorytet… Dziś człowiek odrzucony, wzgardzony, wyraźnie odsunięty od łaski. Zostawili go ci, którzy kiedyś obiecywali mu lojalność. Nie wiem, jak tak można!


MARZENA (łagodnie, pocieszająco):

Lauro, doskonale rozumiem, co czujesz. Ale musisz się pogodzić z faktem, że politycy i partie czasem tracą popularność. To naturalna kolej rzeczy: nie da się być na szczycie przez cały czas. Grzegorz już miał swoje pięć minut, a teraz przyszedł czas na innych.


LAURA (ze złością i pretensją w głosie):

Ci inni! To oni są przyczyną wszystkich moich nieszczęść! Gdyby Ruch Palikota nie był pazerny na władzę, to Grzesio nie otrzymałby ciosu prosto w serce! Jednak najbardziej mam żal do lewicowego elektoratu, który zdradził sprawdzonego Grzesia z nowym, naprędce skleconym ugrupowaniem, istniejącym dopiero od kilku miesięcy! Kuźwa, tak się nie robi! Tak się po prostu nie robi!


Długa pauza.


LAURA (cicho, spoglądając dziwnie na przyjaciółkę):

Marzena?


MARZENA (łagodnie):

No?


LAURA:

Ty wiesz, że ja kocham Grzegorza?


MARZENA (lekko zdumiona i zakłopotana):

Ech, nigdy mi o tym nie mówiłaś. Ale… No cóż, skoro go kochasz… Nie będę się czepiać… W końcu masz do tego prawo…


LAURA (dramatycznie, wybuchając płaczem):

O, ja nieszczęśliwa! Pokochałam kogoś, kto nigdy nie będzie mój! Zakochałam się w Grzegorzu Napieralskim, chociaż nie mam możliwości, żeby zostać jego partnerką! Oddałam swoje serce człowiekowi, u którego mam takie szanse jak Wokulski u Izabeli! Czyli żadne! (Ociera sobie łzy i pociąga nosem, a potem wyjmuje z torby fotografię ulubionego polityka i spogląda na nią z sentymentem) Grzesiu! Grzesiu mój kochany! Mój biedny, zdradzony i opuszczony Grzesiu! Choćby cały świat się od ciebie odwrócił, ja będę przy tobie trwać jak Matka Boska pod Krzyżem!


Laura całuje zdjęcie, po czym wkłada je z powrotem do torby. Marzena milczy.


LAURA (nieco spokojniej):

To straszne, że spłynęło na mnie tak beznadziejne i bezsensowne uczucie! Kto to widział - bujać się w polityku?! Czy może istnieć miłość tragiczniejsza i bardziej niespełniona od mojej?!


MARZENA (poważnie):

Owszem, Lauro. Moja siostra zakochała się w Robercie Biedroniu.


Płacząca studentka wytrzeszcza oczy, a potem wydaje z siebie długi, piskliwy krzyk.


LAURA (rozzłoszczona, przez łzy):

Ruch Palikota! Znowu Ruch Palikota! Mam już tego dosyć! To przez nich Grzesiu i ja cierpimy psychiczne katusze!


Niespodziewanie do Laury i Marzeny podchodzi Edyta, na twarzy której maluje się poczucie wyższości i mściwa satysfakcja.


EDYTA (pogardliwie, do Laury):

Dlaczego obrażasz partię Palikota? Tak bardzo jesteś zazdrosna o jej sukces? Ogarnął cię jakiś ressentiment? Twój Grześ, którego tak wychwalasz, okazał się nieudolnym politykiem i bardzo słabym człowiekiem. Nic dziwnego, że ludzie stracili cierpliwość i zagłosowali na ugrupowanie, które ma im coś konkretnego do zaoferowania.


LAURA (nie posiadając się z oburzenia):

Ty podła…!


EDYTA (uśmiecha się szyderczo):

SLD to już historia. Teraz lewa strona sceny politycznej należy do Janusza Palikota i jego ekipy. Formacja Grześka zdobyła tylko osiem procent głosów i wszystko wskazuje na to, że jej poparcie będzie stale spadać.


LAURA (jazgocze):

Gloria victis! Chwała zwyciężonym!


EDYTA:

Napierdalski i tak wkrótce poda się do dymisji.


LAURA (blednąc ze zbulwersowania):

“Napierdalski”?!


Miłośniczka Sojuszu Lewicy Demokratycznej traci nad sobą kontrolę: wstaje z ławki i z całej siły uderza Edytę w głowę. W tej części korytarza, w której znajdują się uczestniczki awantury, robi się cisza. Wszyscy patrzą - z niepokojem lub zaciekawieniem - na obie studentki. Nawet ludzie znacznie oddaleni od “pola bitwy” milkną i kierują wzrok w wiadomą stronę.


PRZEMEK (rozbawiony i podekscytowany, krzyczy do studentów stojących na drugim końcu korytarza):

Zwolenniczka SLD bije zwolenniczkę RP! Jaja jak berety!


NORBERT (wesoło):

Przynieść kisiel i dmuchany basen! A niech się leją!


Nagle rozlega się bardzo głośny alarm. Wszyscy studenci, łącznie z Laurą i Edytą, koncentrują się wyłącznie na nim. Na twarzach poszczególnych osób maluje się szok i przestrach.


MARZENA (zdumiona, zaniepokojona):

Alarm? Przecież nie zapowiadali żadnych…!


KOBIECY GŁOS Z RADIOWĘZŁA (uprzejmie, acz stanowczo):

Zapraszam wszystkich państwa do Auli im. Aleksandra Puszkina!


PAWEŁ (do Marzeny):

Wiedz, że coś się dzieje.


Studenci, kompletnie zdezorientowani, chwytają swoje rzeczy i idą do auli. Widać po nich, że spodziewają się wszystkiego najgorszego.




Scena druga

Miejsce akcji: Aula im. Aleksandra Puszkina

W Auli im. Aleksandra Puszkina przebywa duża grupa studentów, reprezentujących różne kierunki i tryby kształcenia. Przy mównicy stoi prof. Wieńczysława Maszkaronowa, która sprawia wrażenie osoby usiłującej robić dobrą minę do złej gry. Po jej prawicy, nieco z boku, stoją Doktor Kutasińska (drobna blondynka w średnim wieku) i Magister Murka (piękna dziewczyna, niewiele starsza od studentów). Kiedy Maszkaronowa spostrzega, że weszli już wszyscy, którzy mieli wejść, rozpoczyna swoje przemówienie.


WIEŃCZYSŁAWA MASZKARONOWA (poważnie, przez mikrofon):

Szanowni państwo, przede wszystkim chciałabym poprosić o zachowanie spokoju, bowiem w takich okolicznościach spokój jest wręcz niezbędny. Kilka minut temu otrzymałam informację od władz miasta, z której wynika, że do Maślańska-Maślanej dotarło skażenie radioaktywne z Japonii. W tej sytuacji wskazane są nadzwyczajne środki ostrożności. Pod żadnym pozorem nie wolno otwierać okien i drzwi, ponieważ skażenie mogłoby poważnie zaszkodzić zarówno osobie otwierającej, jak i pozostałym ludziom przebywającym na terenie uczelni. Nie potrafię powiedzieć, jak długo ten stan rzeczy będzie się utrzymywał, ale niewykluczone, że będziemy zmuszeni spędzić w budynku więcej czasu niż zaplanowaliśmy. Bardzo państwa przepraszam za wszelkie niedogodności, ale - jak zapewne się państwo domyślają - bezpieczeństwo naszych studentów i pracowników jest dla nas najważniejsze.


LUCYNA (do Maszkaronowej, widocznie bojąc się odpowiedzi):

Pani profesor, czy to oznacza, że… że… że jesteśmy… uwięzieni? Jak bohaterowie “Dżumy” Alberta Camusa?


WIEŃCZYSŁAWA MASZKARONOWA:

Proszę pani, nie wiem, czy słowo “uwięzieni” jest tutaj odpowiednie, ale rzeczywiście, musimy na jakiś czas zapomnieć o wychodzeniu z budynku. Rozumie pani, że nie możemy nikomu pozwolić na kontakt ze skażonym radioaktywnie powietrzem.


TOMEK (lekko zbuntowany):

A co z tymi, którzy studiują zaocznie? Niektórzy już pracują albo mają rodziny, więc nie mogą sobie pozwolić na spędzenie… hmmm… kilku dni na uczelni!


WIEŃCZYSŁAWA MASZKARONOWA:

Jak już powiedziałam, obecnie niewskazane jest otwieranie okien i drzwi. Studenci studiów niestacjonarnych nie są zwolnieni z tego zakazu. Zdaję sobie sprawę, że ktoś może mieć specyficzną sytuację rodzinną lub zawodową, jednak wyższa konieczność zmusza nas wszystkich do postępowania w sposób szczególny. Proszę zwrócić uwagę, że mamy do czynienia z sytuacją losową, która nie jest zależna ode mnie.


AREK (załamany):

No to ładnie… Kto wie, czy nie zdechniemy na uczelni…


WIEŃCZYSŁAWA MASZKARONOWA (kontynuuje przerwane przemówienie):

Drodzy państwo, pragnę również poinformować, że w związku z zaistniałą sytuacją zaplanowane na dzisiaj zajęcia dydaktyczne nie odbędą się. Najbliższe wykłady, ćwiczenia i laboratoria będą miały miejsce dopiero jutro. Dziękuję bardzo.


Wieńczysława wstaje z krzesła, po czym opuszcza aulę. Studenci, zamiast się cieszyć z odwołania zajęć, siedzą w milczeniu na drewnianych siedzeniach.


AREK (zrozpaczony, do Mateusza):

Kuźwa, przez tę zaplutą elektrownię w Fukushimie musimy siedzieć na uczelni jak w jakiejś kapsule!


MATEUSZ (nawiązując do osławionego kazania ks. Piotra Natanka):

Jeśli w Japonii dochodzi do trzęsienia ziemi, tsunami i katastrofy podobnej do tej z Czarnobyla, to wiedz, że się media tym interesują. Jeśli niedługo po tych nieszczęściach rozlega się na twojej uczelni alarm, to wiedz, że coś się dzieje. Jeśli profesor Maszkaronowa informuje cię, że w najbliższym czasie nie będziesz mógł opuścić budynku, to już wiedz, że jest źle.


Jedna ze studentek, Nikola, wyjmuje z plecaka kanapkę, odwija papier śniadaniowy i przystępuje do konsumowania pożywienia. Kiedy studentka połyka pierwszy kawałek posiłku, zaczyna się straszliwie krztusić. Siedzące przy niej koleżanki próbują jej pomóc, jednak Nikola - ku przerażeniu wszystkich obserwujących - traci przytomność. Kanapka upada na podłogę i się rozlatuje, a oczom świadków ukazuje się nadgryziony ogórek.


MARTA (przerażona, a zarazem olśniona):

A, no tak!


PATRYCJA (ostro):

Co “no tak“?!


MARTA:

W telewizji mówili coś o skażonych ogórkach!


Przyglądająca się scenie Doktor Kutasińska bierze do ręki telefon komórkowy i dzwoni na pogotowie. W tym samym czasie studenci bezskutecznie próbują pomóc Nikoli. Gdy wykładowczyni kończy rozmowę telefoniczną, klnie pod nosem i biegnie w stronę studentów.


DOKTOR KUTASIŃSKA (zdenerwowana):

Proszę państwa, właśnie zadzwoniłam na pogotowie. Powiedzieli, że nie mogą przyjechać ze względu na skażenie radioaktywne. Przypomniałam im, że ich obowiązkiem jest wyjazd do osoby potrzebującej, ale to nic nie dało. Nie chcą opuścić swojej siedziby, ponieważ boją się o swoje zdrowie. Zresztą, nawet, gdyby przyjechali, to my nie moglibyśmy otworzyć im drzwi. Sytuacja jest wyjątkowa, wiedzą państwo.


PATRYCJA (z rozpaczą):

Więc nie mamy co liczyć na lekarza?! Cholera! A przecież widać gołym okiem, że z moją przyjaciółką coś się dzieje!


Nikola przestaje się poruszać. Marta zaczyna ją nerwowo szarpać i szturchać, jednak nie przynosi to żadnego rezultatu. Wszyscy wyglądają na coraz bardziej zaniepokojonych.


MARTA (poważnie, patrząc Patrycji prosto w oczy):

Wiedz, że jest źle.


EMIL (wzdycha):

Mamy pierwszą Polkę, która zginęła od ogórka…


AREK (parafrazując cytat ze znanej pieśni religijnej):

“Wawelska krypta niech jej ciało przyjmie!”




Scena trzecia

Miejsce akcji: uczelniany korytarz

Na ławce w uczelnianym korytarzu siedzą: Paweł, Norbert, Marzena i Wioletta. Ponieważ nie mają oni nic do roboty, umilają sobie czas swobodną rozmową i głupimi żartami.


PAWEŁ (do dziewcząt):

A słyszałyście o tym, co się dzieje na Ukrainie? Podobno w kilku tamtejszych miastach postanowiono pozabijać bezpańskie psy i koty, żeby nie plątały się ludziom pod nogami w czasie Euro 2012. Ale nie to jest najgorsze, tylko sposób, w jaki te zwierzęta są uśmiercane. Z tego, co czytałem, wynika, że hycle używają jakichś przenośnych krematoriów. Psy i koty są tam palone żywcem w bardzo wysokiej temperaturze. Światowa opinia publiczna jest wstrząśnięta, wielu ludzi wysyła listy do władz Ukrainy z prośbą o przerwanie tego makabrycznego procederu. Pojawiają się nawet apele o bojkot Mistrzostw Europy.


WIOLETTA (zniesmaczona, krzywiąc się niemiłosiernie):

Och, Paweł, po co mówisz o takich rzeczach?! Chcesz, żebym dzisiaj w nocy nie mogła zasnąć?!


MARZENA (solidaryzując się z Wiolettą):

Właśnie! Po jaką dżumę poruszasz ten temat?! Jesteś… nietaktowny!


PAWEŁ:

Mówię wam o tym w celach informacyjnych. Żebyście wiedziały, że coś się dzieje.


Niespodziewanie Norbert zaczyna się śmiać.


WIOLETTA (oburzona, karcącym tonem):

Co cię tak bawi?!


NORBERT (w taki sposób, jakby opowiadał dowcip):

Jak się mówi na kolesia z Ukrainy, który pali żywe koty przed Euro 2012?


WIOLETTA:

Jak?


NORBERT (parskając śmiechem):

Palikot!


Paweł również zaczyna się “brechtać”.


PAWEŁ (rozbawiony):

Zawód: palikot! A to dobre!


NORBERT:

Przypomina mi się taki filmik z serwisu YouTube - “Zuomarket” autorstwa Siergiejto Studios. Tam też był… kot do palenia!


PAWEŁ (diabelskim głosem, słowami z filmiku “Zuomarket”):

“Wypchany siaaaaaaaaaarką!”


NORBERT (również słowami ze “Zuomarketu”):

“Czas palenia - czterdzieści minut!”


WIOLETTA (patrząc z obrzydzeniem na obu chłopaków):

Jesteście bezduszni! Robicie sobie kpiny z poważnej sprawy! Ciekawe, jak wy byście się czuli, gdyby ktoś was palił żywcem?! Założę się, że nie byłoby wam do śmiechu!


Nagle rozlega się rytmiczny, marszowy tupot wielu stóp. Uczestnicy sceny spoglądają po sobie ze zdumieniem.


MARZENA (do Pawła, Norberta i Wioletty):

Wiedzcie, że coś się dzieje!


Na scenę wchodzi pochód składający się z kilkunastu studentów i studentek (twarze poszczególnych osób są zasłonięte). Młodzi ludzie niosą transparenty z hasłami typu “Jesteśmy oburzeni!”, “Okupuj Aulę im. Puszkina!” czy “Żądamy swobody przemieszczania się!”. Wszyscy uczestnicy manifestacji przypięli sobie do ubrań karteczki, na których jest napisane “Oburzeni Zaoczni”.


PRZEWODNIK MARSZU (krzyczy przez plakat zwinięty w rulon):

Jesteśmy oburzeni!


INNY UCZESTNIK MARSZU (także krzyczy przez rulon):

Protestujemy przeciwko przetrzymywaniu studentów zaocznych na uczelni!


Oburzeni Zaoczni śpiewają chórem piosenkę “Another Brick In The Wall” (“We Don’t Need No Education”) zespołu Pink Floyd. Nagle otwierają się drzwi jednej z sal wykładowych i na korytarz wychodzi Magister Murka. Młoda kobieta przez chwilę przygląda się pochodowi, a potem robi groźną minę i zaczyna krzyczeć do manifestantów.


MAGISTER MURKA (wściekle, bardzo wysokim głosem):

Odsłonić twarze! Odsłonić twarze, do szkorbutu jasnego!


OBURZENI ZAOCZNI (cynicznie, do wykładowczyni, wykonując fragment utworu formacji Pink Floyd):

“Hey! Teacher! Leave us kids alone!”


NORBERT (cicho, do Wioletty, Marzeny i Pawła):

Nie wiem, jak to jest na innych uczelniach, jednak u nas panuje zasada, że stary profesor wybacza, ale młody magister - nigdy!


Maszerująca młodzież znika z pola widzenia. W tle słychać jeszcze pojedyncze okrzyki “Jesteśmy oburzeni!” i “Protestujemy przeciwko przetrzymywaniu studentów zaocznych na uczelni!”.


MAGISTER MURKA (pod nosem):

Nienawidzę studentów! Niech ich szlag trafi!


PAWEŁ (do Norberta, Wioletty i Marzeny):

Jeśli wy, studenci, zostajecie przeklęci przez własną wykładowczynię, to już wiedzcie, że jest źle!




Scena czwarta

Miejsce akcji: uczelniana stołówka

W stołówce, znajdującej się na terenie uczelni, wszystkie miejsca są zajęte. Jedni goście już jedzą obiad, a drudzy dopiero przystępują do spożywania posiłku. Kiedy jeden z chłopaków zaczyna jeść zupę, dzieje się z nim dokładnie to co z Nikolą. Podobnie jak w scenie drugiej, studenci próbują pomóc osobie potrzebującej, ale nie przynosi to żadnego skutku. Umierający młodzieniec wypuszcza z ręki łyżkę, która upada - z głośnym brzękiem - na podłogę.


DAWID (wściekle, syczy):

Kiełbolone ogórki! (Do wszystkich zgromadzonych) Ej, ludzie! Nie jedzcie zupy ogórkowej! Jest skażona!


Studenci, którzy mieli jeść taką zupę, ze wstrętem odsuwają od siebie miski. Tymczasem kilku chłopaków wynosi ze stołówki zwłoki denata.


EDYTA (do osób siedzących blisko niej, w taki sposób, żeby Laura to usłyszała):

Pamiętacie, jak Napieralski pstryknął fotkę Obamie?


Młodzi ludzie wybuchają śmiechem.


KAROLINA (śmiejąc się):

Cha, cha, cha! Pamiętamy, pamiętamy!


EDYTA:

A pamiętacie, jak powiedział, że ceny pikują w górę?


Znowu salwa śmiechu.


NORBERT (nie posiadając się z rozbawienia):

Buahahahaha! Jak mogą pikować w górę?! Przecież pikowanie to manewr w dół!


EDYTA (złośliwie zerkając na Laurę):

Ale Jaśnie Pan Napierdalski widocznie o tym nie wie!


Laura wybucha płaczem i wstaje od stołu.


LAURA (przez łzy, krzyczy):

Jesteście podli! Słyszycie?! Jesteście podli! Żegnam was!


Miłośniczka SLD wybiega ze stołówki, pociągając nosem i ocierając sobie łzy. Edyta pokazuje jej środkowy palec, na co studenci znowu odpowiadają rechotem.


ANKA (do Izy):

Co sądzisz o tych niedawnych rewolucjach w świecie islamskim? Totalny szok, no nie? Komentatorzy twierdzą, że nie doszłoby do nich, gdyby aktywiści WikiLeaks nie ujawnili jakichś tajnych dokumentów. Można więc powiedzieć, że moralną odpowiedzialność za zamieszki i śmierć cywilów ponosi Julian Assange. Zobacz, do czego prowadzi ludzka lekkomyślność! A Julianek, zamiast ciąć się z rozpaczy, robi z siebie męczennika!


IZA (smutno, wzdycha):

Ech, rewolucje… To prawda, że powstańcy mieli swoje racje, ale szkoda mi tych niewinnych ludzi, którzy zginęli… Kurczę, trzeba być naprawdę zdeterminowanym i oburzonym na sytuację w kraju, żeby sięgać po takie metody walki politycznej…


ANKA:

Albo kompletnie zaślepionym jakąś ideologią. Zauważ, że rewolucjoniści wcale nie sprecyzowali, o co im chodzi. Według mnie, jest to co najmniej podejrzane. Niektórzy publicyści twierdzą, że to, co wkrótce nadejdzie, może być znacznie gorsze od obalonego porządku społecznego. Historia zna takie przypadki. Przykład? Rosja po roku 1917. Miało być słodko i utopijnie, a wyszło jak zawsze…


IZA (poważnie):

Tak czy owak, cieszmy się, że w naszej części świata jest spokojnie. Wybuchy, strzały… Jak to dobrze, że u nas takie rzeczy się nie zdarzają! My nie musimy się lękać, że któregoś dnia wpadnie tutaj jakiś zdesperowany rewolucjonista i powybija nas co do nogi!


Kiedy Iza wypowiada ostatnie słowo, rozlega się straszliwy łomot, który doprowadza uczestników sceny na skraj przerażenia. Do stołówki wkracza Andrzej Brzeźnik - młody, wysoki, jasnowłosy, niebieskooki mężczyzna odziany w policyjny mundur i trzymający w rękach prawdziwy karabin.


ANDRZEJ BRZEŹNIK (ryczy, celując w klientów stołówki):

Gdzie jest krzyż?!


W pomieszczeniu robi się absolutna cisza. Wszyscy patrzą ze strachem na napastnika, jednak nikt nie ma odwagi się odezwać.


ANDRZEJ BRZEŹNIK (wściekle, nienawistnie):

Gdzie - jest - krzyż?!


DOKTOR KUTASIŃSKA (bardzo nieśmiało, słabym głosem):

Gdzie jest krzyż? Hmmm… Myślę, że to pytanie jest źle postawione. O wiele lepiej byłoby zapytać: “Czy tu kiedykolwiek był krzyż?”.


Andrzej kieruje lufę karabinu w stronę każdej osoby, która się do niego zwraca.


PATRYCJA:

Kim pan w ogóle jest?


ANDRZEJ BRZEŹNIK (wyraźnie zadowolony, że może o sobie opowiedzieć):

Jam jest Andrzej Brzeźnik pseud. Rzeźnik. Jestem kulturowym konserwatystą, łowcą marksistów i europejskim patriotą. Reprezentuję Zakon Krzyżacki. Uważam się za obrońcę cywilizacji chrześcijańskiej i niesamowitego przystojniaka. Lubię vocal trance i Jarosława Kaczyńskiego. Nienawidzę Ruskich.


PAWEŁ:

I co dalej?


ANDRZEJ BRZEŹNIK (patetycznie, parafrazując znany cytat):

“Ten atak to apel do władz i do społeczeństwa!”


MATEUSZ:

Co to znaczy?


ANDRZEJ BRZEŹNIK (takim tonem, jakby wygłaszał mowę polityczną):

Nie mogę patrzeć, jak Ruscy bezczelnie sterują naszym krajem. Bo to Ruscy zamordowali Świętej Pamięci Pana Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, dobili rannych w Smoleńsku, podmienili tablicę pamiątkową i spreparowali nagrania z czarnych skrzynek. Oni również rozpoczęli tę całą walkę z krzyżem i potajemnie nią kierują. Chcę pomścić Katyń, Smoleńsk, Łódź i Krakowskie Przedmieście. Nie zgadzam się na powtórkę z 17 września 1939 roku. Tusk tulący się do Putina… Komorowski śmiejący się nad trumnami… Sfałszowany raport MAK… Zwalczanie wszelkich przejawów pamięci o tragedii smoleńskiej… Wiedzcie, że coś się dzieje! Wiedzcie, że jest źle!


LUCYNA (nadąsana):

No dobrze, ale co to ma wspólnego z nami?!


ANDRZEJ BRZEŹNIK (opryskliwie, ze złością):

To, że jesteście zakichaną, ruską uczelnią! Ale najbardziej denerwuje mnie to, że popieracie walkę z krzyżem! Pytam po raz kolejny: gdzie jest krzyż?!


Jeden z wykładowców, dr hab. Juwenalis Jaworski, bierze leżącą przy nim książkę “Anatomia człowieka” i podchodzi do Brzeźnika. Uczony znajduje odpowiednią stronę i pokazuje Andrzejowi jakąś ilustrację.


JUWENALIS JAWORSKI (pukając palcem w stosowny punkt na obrazku):

Tu jest krzyż. Z tyłu ludzkiego ciała. Krzyż towarzyszy nam w każdej chwili naszej egzystencji. Mamy go, kiedy śpimy, mamy go, kiedy się budzimy, mamy go, kiedy jemy obiad, mamy go, kiedy układamy się do snu. Każdy z nas posiada krzyż. Mam go ja, masz go i ty. Tam, gdzie jest człowiek, jest również krzyż. Zatem jeśli ktoś ci mówi, że nie ma krzyża…


NORBERT (przerywając wykładowcy):

…to wiedz, że coś się dzieje!


ANDRZEJ BRZEŹNIK (do Jaworskiego, oburzony, że ktoś śmie go pouczać):

Kim ty jesteś, dziadku, że się tak wymądrzasz?!


JUWENALIS JAWORSKI:

Jestem doktorem habilitowanym, specjalizuję się w anatomii opisowej człowieka.


ANDRZEJ BRZEŹNIK (z najwyższą pogardą):

Twoje tłumaczenia zupełnie mnie nie przekonują!


Rozczarowany Juwenalis wraca tam, skąd przyszedł. Jedna ze studentek, Paulina, wyjmuje z kieszeni telefon komórkowy i dzwoni na policję.


PAULINA (z komórką przy uchu):

Halo? Policja? Dzień dobry, nazywam się Paulina Przybora, jestem w jadalni Wyższej Szkoły Nauk Wszelkich w Maślańsku-Maślanej. Dzwonię, bo jakiś psychol przyszedł tu z karabinem i chce nas wszystkich pozabijać. (Pauza) Co?! Nie wierzycie mi?! Mówię prawdę! Jakiś psychol… (Znowu pauza) I tak byście nie przyjechali ze względu na skażenie radioaktywne?! Kuźwa! Niech was koń kopytem trzaśnie!


Paulina rozłącza się.


ANDRZEJ BRZEŹNIK:

Jest tak, jak usłyszeliście: zamierzam was wszystkich pozabijać!


Magister Murka opuszcza swoje miejsce i staje u boku Brzeźnika.


MAGISTER MURKA (przymilnie, z cynicznym uśmiechem):

No i świetnie! Ja też mam już dosyć tej uczelnianej hołoty!


MARZENA (przerażona, do Murki):

Pani magister, jak słowo daję! Jeszcze panią oskarżą o współudział!


MAGISTER MURKA:

Pluję na to! Czekałam na dzień, w którym pojawi się ktoś, kto pośle do diabła waszą hałastrę! Dobrze by było, gdyby jeszcze puścił z dymem tę przeklętą ruderę!


ANDRZEJ BRZEŹNIK (mocniej zaciskając ręce na karabinie):

Gdzie jest krzyż?!


MAGISTER MURKA (wtórując Andrzejowi):

Co się stało z krzyżem?!


AREK (załamany i rozczarowany, słowami z popularnej ballady więziennej):

“Wszystko było jasne - Murka nas zdradziła!”


ANKA (wzdycha):

Czy to jest zdrada, czy tylko syndrom sztokholmski?…


IZA:

Okoliczność łagodząca: w sytuacjach kryzysowych ludzie czasem tracą rozum i robią to, czego nigdy nie zrobiliby w normalnych warunkach.


PAWEŁ:

Okoliczność obciążająca: Murka sama powiedziała, że nienawidzi studentów i że powinien ich szlag trafić.


Marzena dzwoni na policję.


MARZENA (do policjanta, który odebrał telefon):

Dzień dobry! Dzwonię ze stołówki WSNW… Mamy tu szaleńca, który grozi nam karabinem i wygląda na coraz bardziej zniecierpliwionego. (Krótka pauza) Nie wierzy mi pan?! No to spoko! Ciekawe, jaką będzie miał pan minę dzisiaj wieczorem! Zapowiada się wytrzeszcz oczu i rozdziawiona gęba!


Dziewczyna kończy rozmowę.


ANDRZEJ BRZEŹNIK (lodowatym tonem, do klientów stołówki):

Pytam po raz ostatni: gdzie jest krzyż?!


WIOLETTA (krzyczy):

Tutaj nigdy nie było żadnego krzyża!


MAGISTER MURKA (oskarżycielskim tonem, słowami pewnej Obrończyni Krzyża, widocznie chcąc podjudzić Brzeźnika):

“Był tu krzyż, a teraz go nie ma!”


Emil jako trzeci dzwoni na policję.


EMIL (do telefonu):

Dzień dobry! Ja w sprawie tego wariata, który zaatakował stołówkę Wyższej Szkoły Nauk Wszelkich! Zagrożenie jeszcze nie minęło! (Po krótkiej pauzie, z nieukrywaną złością) Słucham?! Ja sobie żarty robię?! Głupcze! Jeśli jesteś policjantem i odbierasz kolejny telefon w tej samej sprawie, to wiedz, że coś się dzieje!


Koniec rozmowy telefonicznej.


ANDRZEJ BRZEŹNIK (stanowczo, zdecydowanie):

Dobra! Jadę z tym koksem!


Andrzej Brzeźnik pseud. Rzeźnik morduje wszystkich z wyjątkiem siebie i Murki. Strzelaninie towarzyszy potworny hałas.


MAGISTER MURKA (wstrząśnięta, patrząc na kilkadziesiąt trupów):

Ja pierniczę! To jest jakaś masakra!


ANDRZEJ BRZEŹNIK (melancholijnie):

Mój czyn był straszny, ale konieczny.


MAGISTER MURKA:

Bredzisz jak Jaruzelski…


ANDRZEJ BRZEŹNIK (żartobliwie, nawiązując do słynnej wypowiedzi Adama Michnika):

“Odpieprz się od generała!”


W tle gra piosenka “Murka” w rosyjskiej (bo przecież nie “ruskiej”) wersji językowej.




Scena piąta

Miejsce akcji: jedna z sal wykładowych

Laura, która przed masakrą opuściła stołówkę, siedzi samotnie w jednej z sal wykładowych i płacze. Za oknami jest już zupełnie ciemno, toteż w pomieszczeniu świeci lampa, dająca dosyć słabe światło. Studentka właśnie kończy pisać list. Na stoliku, tuż obok niej, leżą: nietknięta kanapka z ogórkiem i fotografia Grzegorza Napieralskiego.


LAURA (smutno, pochlipując, czyta napisany przez siebie list):

“Drogi Grzegorzu, wiedz, że coś się ze mną dzieje. Od jakiegoś czasu dokucza mi silna melancholia, której w żaden sposób nie mogę się pozbyć. Nieustannie myślę o Tobie i Twojej partii, a kiedy przypominam sobie, że nigdy nie uda nam się połączyć, całkowicie opuszcza mnie chęć życia. Coraz częściej pojawia się w mojej głowie myśl, że taka egzystencja nie ma sensu, bo zupełnie do niczego nie prowadzi. Czuję, że nie zostało we mnie nic oprócz głębokiej i wszechogarniającej miłości do Ciebie. Problem w tym, że ta miłość sprawia mi straszliwy ból. Pomału opadam z sił. Nie jestem w stanie dłużej znosić tego cierpienia.

Koleżanki i Koledzy śmieją się ze mnie, ponieważ nie rozumieją tego, co przeżywam. Uważają oni, że zakochanie w polityku to coś zabawnego, z czego można beztrosko żartować. A ja, pozostawiona sama sobie, męczę się coraz bardziej i upatruję ratunku w śmierci. Coś mi mówi, że odejście z tego świata jest jedynym lekarstwem na ból, który wypala mnie od środka. Nie chcę dłużej istnieć. Marzę o tym, by ten koszmar wreszcie się skończył.

Dzisiaj zdecydowałam, że skrócę swoje cierpienie. Popełnię morderstwo na samej sobie, bo i tak nie jestem nikomu potrzebna. Po co ja żyję? W imię czego? W imię tej nieszczęśliwej miłości, która przynosi mi więcej zmartwienia niż pożytku? Najsłodszy! Wybacz, ale nie mogę ciągnąć tego w nieskończoność! Muszę wreszcie przerwać ten nieudany film! Zrozum, że życie w wiecznym bólu i poniżeniu jest gorsze od śmierci! Jeśli przeżywasz psychiczne katusze, a zgon zaczyna Ci się jawić jako jedyna deska ratunku, to już wiedz, że jest źle… Ze mną jest właśnie tak. Postanowiłam więc, że umrę z Twoim imieniem na ustach. Żegnaj, mój Najdroższy! Byłeś dla mnie całym światem! Kochałam Cię!”


Dziewczyna składa kartkę na pół, całuje zdjęcie Napieralskiego i wkłada je do listu. Następnie wstaje z drewnianego siedzenia, wzdycha głośno i przez chwilę spaceruje po sali, rozmyślając o czymś głęboko. Raz podchodzi nawet do okna, patrzy na coś przez szybę, jednak potem znowu zaczyna spacerować po pomieszczeniu. W tle gra piosenka “My Immortal” amerykańskiej grupy Evanescence.


LAURA (wzdychając, do samej siebie):

Chyba już nadszedł mój czas… Ech…


Młoda kobieta idzie tam, gdzie przebywała na początku sceny. Nie siada jednak na siedzeniu, tylko powoli podnosi ze stolika kanapkę i dosyć długo jej się przygląda.


LAURA (cicho, poważnie):

Jeden kęs i już mnie tu nie ma…


Laura bierze głęboki oddech, a później gryzie kanapkę. Nic się jednak nie dzieje.


LAURA (zszokowana):

Ej! Co to ma znaczyć?! (Wściekle, po krótkiej pauzie) Cholera! No ładnie! Ten ogórek nie jest skażony! Niech go piorun trzaśnie!


Rozzłoszczona dziewczyna wybucha płaczem, rzuca posiłek w kąt, siada przy stoliku i zaczyna bardzo szybko pisać na drugiej stronie listu.


LAURA (na głos, pisząc):

“Ach, Grzesiu! Dlaczego jest tak, że ci, którzy chcą żyć, umierają, a ci, którzy pragną umrzeć, są zmuszani do życia?! Usiłowałam popełnić samobójstwo przez zjedzenie kanapki ze skażonym ogórkiem, ale okazało się, że ów ogórek wcale nie jest skażony! Ironia losu, nieprawdaż? Kuźwa, dlaczego nie mogłam być na miejscu Nikoli albo tego chłopaka ze stołówki?! Dlaczego?!”


Dziewczyna odsuwa od siebie kartkę i długopis.


LAURA (płacząc):

Jest jeszcze jeden sposób na odebranie sobie życia. Mogę otworzyć okno i pozwolić, by skażone powietrze wypełniło moje wnętrze.


Zwolenniczka Sojuszu Lewicy Demokratycznej podchodzi do okna, otwiera je, ale wychodzi z tego cało.


LAURA (zrozpaczona, głęboko rozczarowana):

No nie! Znowu?! (Krzywiąc się niemiłosiernie) Ech, po co więzić studentów na uczelni, skoro powietrze na dworze wcale nie jest śmiertelnie niebezpieczne?! Czy ta baba, Wieńczysława Maszkaronowa, zrobiła sobie z nas jaja?! (Do Publiczności) Jeśli wystawiacie się na pewną śmierć, a i tak pozostajecie przy życiu, to wiedzcie, że coś się dzieje!


Długa pauza.


LAURA (nadąsana):

Dlaczego nie mogę umrzeć?! Dlaczego nie mogę tak po prostu umrzeć?! Czy ja już jestem… martwa? Niczym Gustaw z czwartej części “Dziadów” Adama Mickiewicza? On też próbował popełnić samobójstwo, ale nic mu się nie stało, bo już od dawna był upiorem! (Kolejna pauza) Jak śpiewała wokalistka zespołu Within Temptation: “Nie można zabić tego, co zostało zabite już wcześniej!”


Niedoszła samobójczyni siada na drewnianym siedzeniu.


LAURA (pretensjonalnie, krzyczy):

Zabiła mnie tragiczna, niespełniona miłość do polskiego parlamentarzysty!!!


Dziewczyna chowa do torby list, długopis i fotografię Napieralskiego. Następnie gasi światło i wychodzi z sali wykładowej.


TAJEMNICZY GŁOS (śpiewa fragment piosenki “Opowiem Wam jej historię” formacji Łzy):

“Nie doszukuj się złych morałów w tej historii.
Na jej zakończenie jest wiele teorii.
Dostała nową szansę, choć chciała być w Niebie.
Co będzie dalej - zależy od Ciebie!
Dla mnie zakończenie jest pełne nadziei.
Ona się zmieniła, jej ojciec się zmienił.
I zapisze ostatnie zdanie w swym zeszycie:
Mogło mnie tu nie być, choć tak kocham życie!”




Scena szósta

Miejsce akcji: uczelniany korytarz


Andrzej Brzeźnik i Magister Murka spacerują po uczelni. Ten pierwszy nie ma już przy sobie karabinu, bo widocznie zostawił go w stołówce. Czuć, że między nim a Murką zaczyna iskrzyć.


MAGISTER MURKA (wyraźnie zafascynowana nowym znajomym):

Opowiedz mi jeszcze trochę o sobie, dobrze? Skąd jesteś? Czym się na co dzień zajmujesz? Bo ja wykładam… a raczej wykładałam… w tej zaplutej WSNW i nienawidziłam tego z całej duszy. Po ukończeniu studiów magisterskich zdecydowałam się zostać na uczelni, bo nigdzie indziej nie mogłam znaleźć pracy. Żyjemy w trudnych czasach, niestety.


ANDRZEJ BRZEŹNIK (z przekonaniem):

Wina Tuska! (Krótka pauza) Jeśli chodzi o mnie, to jestem komturem Zakonu Krzyżackiego i świeżo upieczonym męczennikiem za wiarę.


MAGISTER MURKA:

Hehehe, przypomina mi się pewna pani z Krakowskiego Przedmieścia, która powiedziała w czasie przeszłym, że oddała swoje życie za Kościół!


ANDRZEJ BRZEŹNIK (urażony):

Nie kpij! W tym, co mówię, nie ma nic śmiesznego! (Znacznie łagodniej) Jeszcze do niedawna mieszkałem ze swoją starą, lecz gdy się dowiedziałem, że moja stara głosowała na Platformę Obywatelską, natychmiast się od niej wyprowadziłem.


MAGISTER MURKA (ironicznie nuci pod nosem fragment piosenki zespołu Boys):

“Miała matka syna, syna jedynego,
Chciała go wychować na pana wielkiego”


ANDRZEJ BRZEŹNIK (lekceważąc Murkę):

Kiedy opuściłem matczyny dom, zamieszkałem na takiej jednej farmie, gdzie miałem zamiar uprawiać warzywa.


MAGISTER MURKA:

A co konkretnie?


ANDRZEJ BRZEŹNIK (takim tonem, jakby to było oczywiste):

Jak to co? Ogórki!


Magister Murka gwałtownie się zatrzymuje i spogląda znacząco na Brzeźnika.


MAGISTER MURKA (mrużąc niebezpiecznie oczy):

To ty skaziłeś ogórasy!


Głucha cisza.


ANDRZEJ BRZEŹNIK (zmieniając temat):

Wiesz, że przed przyjściem tutaj podłożyłem bombę zegarową w domu prezydenta miasta? Z moich obliczeń wynika, że właśnie teraz ona wybucha. Oczywiście, zakładając, że wszystko poszło zgodnie z planem.


MAGISTER MURKA (puszczając oczko do rozmówcy):

Jeśli właśnie teraz wybucha bomba w domu prezydenta miasta, to wiedz, że tam się coś bardzo mocno burzy!


Znów głucha cisza.


ANDRZEJ BRZEŹNIK (olśniony):

Słuchaj. Przyszło mi do głowy, że moglibyśmy wziąć ślub. Spłodzilibyśmy troje lub pięcioro dzieci i od samego początku wychowywalibyśmy naszą gromadkę na antyrosyjską bojówkę. Co ty na to, Murka?


Kobieta otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale właśnie w tej chwili wpada na scenę grupa policjantów, lekarz psychiatra i pielęgniarka. Stróże prawa natychmiast otaczają spacerującą parę.


POLICJANT 1 (ryczy):

Ręce do góry!


Andrzej i Murka posłusznie wykonują polecenie.


POLICJANTKA 1 (ze szczerą skruchą, do Andrzeja):

Przepraszamy najmocniej, że tak długo to trwało, ale mieliśmy opóźnienie z przyczyn niezależnych od nas. Najpierw nie mogliśmy interweniować ze względu na skażenie radioaktywne. Potem wysłaliśmy po pana radiowóz, ale auto tak zapieprzało, że rąbnęło w jakieś kartonowe pudła i wszyscy policjanci przenieśli się na łono Abrahama niczym Hanka Mostowiak z “M jak Miłość”.


ANDRZEJ BRZEŹNIK (nieco zdumiony):

W kartonowe pudła? Dobrze, że nie w brzozę! I że mgły nie było!


PIELĘGNIARKA (dydaktycznie):

Jeśli ci, którzy mieli po ciebie przyjechać, bardzo się spóźniają, to wiedz, że coś się dzieje!


POLICJANT 2 (ostro):

Tak czy owak: jest pan aresztowany!


Murka rzuca się w ramiona swojego przyjaciela.


MAGISTER MURKA (buntowniczo, tuląc się do Brzeźnika):

Nic z tego! Mój ci on! Zamierzamy się pobrać!


PSYCHIATRA:

Proszę pani, ten pan jest niepoczytalny. Według Kodeksu Rodzinnego i Opiekuńczego, osoba chora psychicznie nie może zawrzeć związku małżeńskiego.


MAGISTER MURKA (zawiedziona, z żalem):

Więc nie mogę zostać Panią Magister Brzeźnikową?


POLICJANTKA 2 (tonem ks. Natanka):

Jeśli twój narzeczony jest owładnięty nienawiścią do innych ludzi, to wiedz, że się diabeł nim interesuje. Jeśli twój narzeczony ma w głowie wiele zbrodniczych pomysłów, to wiedz, że tam się coś bardzo mocno burzy. Jeśli twój narzeczony rozpoczyna przygotowania do realizacji tych pomysłów, to wiedz, że coś się dzieje. Jeśli twój narzeczony robi to, co zaplanował, to już wiedz, że jest źle.


MAGISTER MURKA (niecierpliwie):

Ale ja zapytałam o ślub!


PSYCHIATRA:

Hmmm… Sąd, z ważnych przyczyn, mógłby zezwolić na małżeństwo z osobą niepoczytalną. Ale nie wiem, czy potrafiłaby pani się opiekować takim mężem specjalnej troski.


Andrzej Brzeźnik wpada w gniew.


ANDRZEJ BRZEŹNIK (wściekle, do psychiatry, słowami z pewnego zabawnego filmiku opublikowanego na YouTube.com):

“Wy jesteście od decydowania o swoich jajach! A nie o tym, kto jest psychiczny! Ty, kuźwa, przeklęty draniu! Z przeklętego, ruskiego kraju!”


Policjanci, psychiatra i pielęgniarka rozdzielają obejmującą się parę, a potem zakuwają Brzeźnika w kajdanki i wyprowadzają go z budynku.


ANDRZEJ BRZEŹNIK (odchodząc, słowami z tego samego filmiku):

“Niech przeklęty będzie ten kraj! I przeklęta będzie jego władza!”


Magister Murka zostaje sama w korytarzu.


MAGISTER MURKA (wzdycha):

Ech, a było tak blisko!…


Nagle wchodzi na scenę Laura, która trzyma w rękach karabin porzucony przez Andrzeja. Dziewczyna celuje w swoją byłą wykładowczynię. Pani magister robi przerażoną minę.


LAURA (śpiewa fragmenty piosenki “Murka” Sławy Przybylskiej):

“Żegnaj, nasza Murka, żegnaj, ukochana.
Bywaj i na wieki idź już precz!
Zaprzedałaś wrogom całą swą ferajnę…
Koniec z Tobą, Murka - zwykła rzecz!
Zaprzedałaś wrogom całą swą ferajnę…
Koniec z Tobą, Murka - zwykła rzecz!
Źle Ci było, Murka. Źle Ci było z nami.
Czy Ci nie starczało jeść i pić?
To przez Ciebie, Murka, zostajemy sami…
Koniec z Tobą, Murka, musi być!
To przez Ciebie, Murka, zostajemy sami…
Koniec z Tobą, Murka, musi być! (…)
Dawniej dostawałaś czarną tu machorkę,
Lecz nie fajczył z Tobą byle kiep.
Teraz z frajerami palisz złotą trojkę…
Żegnaj, nasza Murka! Kula w łeb!”


Laura zabija Murkę.


LAURA (triumfalnie):

I tak zostałam kimś w rodzaju “final girl”!


Studentka rzuca broń na podłogę i opuszcza teren uczelni. Kurtyna powoli opada. W tle słychać utwór “O Fortuna!” z oratorium “Carmina Burana” Carla Orffa.



K-O-N-I-E-C

Natalia Julia Nowak,
12-15 grudnia 2011 r.




Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


W bandzie żyła Murka, dziewczę czarnookie
Notatkę dodano:2011-12-08 22:33:43

Słowiańskie geny, słowiańskie memy

Istnieje wiele rzeczy, które są wspólne dla Słowian i które tworzą pewną więź między podzielonymi politycznie narodami. Mam tu na myśli nie tylko gen słowiańskości (haplogrupę R1a1) i podobieństwa językowe, ale także różnorakie drobiazgi - dzieła lub zjawiska z serii “mała rzecz, a cieszy”. Jedną z takich małych, acz cieszących rzeczy jest prosta piosenka “Murka” śpiewana w kilku słowiańskich językach. Ten, kto dobrze się rozejrzy po serwisie multimedialnym YouTube, zauważy, że “Murka” to istny mem. Drobne dobro kulturalne, które rozprzestrzenia się jak wirus i nieustannie mutuje. Utwór, o którym mowa, jest dostępny w wielu wersjach, czasem skrajnie od siebie różnych. Ta ballada, wykonywana przez licznych artystów i rozmaicie interpretowana, cieszy Słowian już od czasów międzywojennych.


Zdrada, zemsta i zgon

Warstwa tekstowa “Murki”, podobnie jak aranżacja muzyczna, nie jest ściśle określona. Po wysłuchaniu ponad trzydziestu wariantów utworu mogę powiedzieć, że jego ostateczny kształt zależy od osoby opracowującej konkretną wersję. Środki językowe, a nawet szczegóły merytoryczne występujące w tekście “Murki” mogą być różne, jednak ogólna treść ballady pozostaje raczej niezmienna. Piosenka mówi o kobiecie, która działała w zorganizowanej grupie przestępczej i która dopuściła się zdrady względem swoich współziomków, za co otrzymała od nich karę śmierci. Egzekucja odbyła się w lokalu gastronomicznym, gdzie Murka przebywała w towarzystwie wrogiego bandzie szpiega. W piosenkach o bandytce Murce często pada nazwisko Rabinowicz, noszone przez jednego z mężczyzn, którzy przyłapali kobietę na kolaboracji z nieprzyjacielem.


Niuanse i niuansiki

Większość wersji “Murki” mówi o tym, że cała historia miała miejsce na terenie dzisiejszej Ukrainy, ale są też takie, które przenoszą akcję utworu do Białegostoku lub na ziemię świętokrzyską. Główna bohaterka często jest opisywana jako piękna, czarnooka i niezwykle przebiegła dama. Zazwyczaj podmioty liryczne przedstawiają ją jako osobę wychowaną przez gang, aczkolwiek istnieją warianty ballady, w których Murka, Marusia Klimowa, urasta do rangi herszta mafii. Nie ma zgody co do narzędzia, od którego ginie nielojalna kryminalistka. Najczęściej śpiewa się o broni palnej (rewolwer - nagan), rzadziej o broni białej (Alosza Awdiejew wspomina w swojej “Murce” o fińskim nożu).


Opowieść kryminalna? A może polityczna?

Nie jest jasne również to, w czyje ręce oddała Murka swoich towarzyszy. O ile w większości wersji główna bohaterka okazuje się współpracowniczką policji lub milicji, o tyle w interpretacji Sławy Przybylskiej postać zostaje posądzona o sprzymierzenie się z CzK, czyli z bolszewicką bezpieką. Przybylska nie zdradza, czym zajmowała się grupa Murki. Wiadomo tylko tyle, że po egzekucji koledzy kobiety codziennie odwiedzają cmentarz i snują tam filozoficzne refleksje. W pozostałych wariantach ballady środowisko Murki jest oskarżane o przestępstwa typowo kryminalne. Autorzy wspominają o kradzieżach, napadach, przemycie towarów luksusowych, a także o pospolitych morderstwach.


Marusia Nikiforowna - prawdziwa Murka?

Chcąc poznać prawdę o Murce, postanowiłam poszukać informacji na temat genezy omawianego utworu. W ten sposób trafiłam na hipotezę, z której wynika, że pierwowzorem gangsterki była Maria “Marusia” Nikiforowna (1855-1919) - przywódczyni anarchistycznej bojówki działającej na Ukrainie. Anarchistka, o której można poczytać w artykule “Maria Nikiforowna – władczyni stepu” Dariusza Wierzchosia, zaczęła swoją „karierę” jako zwykła terrorystka, a potem wzięła udział w rosyjskiej wojnie domowej. Marusia, podobnie jak bohaterka piosenki „Murka”, została zastrzelona, ale nie przez swoich współziomków, tylko przez białogwardzistów (antykomunistów). Dzieje ukraińskiej anarchistki, opisywane przez historyków, są tylko częściowo zbieżne z treścią popularnego utworu muzycznego. Pewne podobieństwo jednak istnieje, zatem pogląd, według którego Murka to Nikiforowna, wydaje się całkiem rozsądny.


Gabe z “Romper Stomper”

Muszę przyznać, że treść ballady “Murka” kojarzy mi się nieco z dramatem sensacyjnym “Romper Stomper” (reż. Geoffrey Wright, Australia, 1992 rok). Problematyka tego filmu obraca się wokół losów neonazistowskiego gangu, funkcjonującego w bardzo ubogiej i niebezpiecznej dzielnicy Melbourne. Do tej bandy skinheadów, dowodzonej przez psychopatycznego i fanatycznego Hando, wpada molestowana przez ojca Gabe. Dziewczyna, tak jak Murka, znajduje w szajce schronienie, akceptację i dużo mocnych wrażeń. Jakiś czas później dopuszcza się jednak zdrady: po kłótni z Hando dzwoni na policję i zdradza kryjówkę neonazistowskich przestępców. Gdy policjanci przybywają do siedziby skinheadów, dochodzi do strzelaniny, w której ginie młodziutki chłopiec, bardzo lubiany przez cały gang. Hando, na wieść o tym, że to Gabe wezwała stróżów prawa, postanawia zabić zdrajczynię. Czy mu się udaje? Aby poznać odpowiedź na to pytanie, trzeba po prostu obejrzeć film.


Ballada o australijskiej Murce

Zainspirowana zarówno słowiańską piosenką, jak i dramatem sensacyjnym “Romper Stomper”, postanowiłam napisać balladę o Gabe. Tekst, który ułożyłam, należy śpiewać na melodię “Murki” (Uwaga! Chodzi o wersję bez refrenu!). Celem mojego utworu jest zdemaskowanie podobieństw łączących losy Murki i bohaterki “RS”. Oto moje skromne dziełko:


Hen, w dalekim kraju,
Na przedmieściach Melbourne,
Hando miał swą bandę - Nazi gang.
Groźny i bezwzględny,
Chory z nienawiści,
Znęcał się nad ludźmi oraz kradł.

Wrogiem numer jeden
Tej lokalnej szajki
Byli imigranci - żółty lud.
Hando ze swą bandą
Dręczył Wietnamczyków.
Przeżyć w tych warunkach - to był cud.

Kiedyś do tej zgrai
Wpadła Gabe młodziutka.
Z domu się wyrwała, poszła w świat.
W jednej, ciemnej knajpie
Hando ją zobaczył -
- Spodobała mu się niczym kwiat.

Dnia pewnego bitwa
Ciężka się zdarzyła.
Krwawa i zacięta, istna rzeź.
Po niej Nazi szajka
Z miasta zwiać musiała.
Kto jej wtedy pomógł? Słodka Gabe!

Jednak po ucieczce
Coś się psuć zaczęło.
Krzyki, awantura, wielka złość.
Gabe się obraziła,
Poszła precz daleko,
Bo już miała gangu całkiem dość.

W zemście zadzwoniła
Na komisariacik.
Powiedziała glinom, co i jak.
Pały przyjechały,
Trochę postrzelały
I najmłodszy skinhead martwy padł.

Całe to zdarzenie
Poruszyło Hando -
- Smutny był niezwykle oraz zły.
W oczach tego zbója
Chyba po raz pierwszy
Zabłyszczały zwykłe, ludzkie łzy.

Kiedy się dowiedział,
Kto wezwał policję,
Wpadł w morderczy, straszny, dziki szał.
Zaczął mu się marzyć
Zgon zdradzieckiej panny.
Karę śmierci jej wymierzyć chciał.

Takie obyczaje
W gangach są od dawna:
Ten, kto zdradził, ma zgładzonym być.
Hando też uważał,
Że ta konfidentka
Nie ma prawa dłużej w świecie żyć.

Gabe, naiwna panno,
W co Ty się wplątałaś?
Z nazistami swój związałaś los!
I nie przewidziałaś,
Że prędzej czy później
Spadnie z Twojej głowy jasny włos!



Polecanki-cacanki

Gdybym miała polecić Czytelnikom którąś z już istniejących wersji “Murki”, na pewno zachęciłabym ich do posłuchania nagrania Sławy Przybylskiej. Ten wypełniony emocjami, jazzowy utwór posiada trudny do zdefiniowania urok oraz skłaniający do refleksji tekst. Z drugiej strony, kawałek jest odrobinę przygnębiający, co dotyczy zwłaszcza ostatniej zwrotki poświęconej cmentarzowi. Innym ciekawym wykonaniem “Murki” jest wersja Stanisława Wielanka, określana przez internetowych komentatorów jako “bardzo warszawska”. Dobre i miłe dla ucha interpretacje “Murki” nagrali także: Mikhail Gulko, Niki Atanasov, Gryc Drapak, Tanya Tishinskaya, zespół The Rock Family oraz działająca w Australii grupa Vulgar Grad. Na uwagę zasługuje ponadto „Murka” w wariancie Majerczyków i Kieńki. Jeśli chodzi o miłośników śpiewu operowego, to powinna im się spodobać interpretacja ballady zrealizowana przez formację Hor Turetskogo. Oczywiście, wymienione przeze mnie wersje „Murki” to tylko kropla w morzu dostępnych propozycji.


Zakończenie

„Murka” to łatwa, acz wpadająca do ucha piosenka, którą po prostu wypada znać. Obecnie występuje ona w tak wielu aranżacjach, że chyba każdy będzie w stanie znaleźć wersję odpowiednią dla siebie. Chociaż „Murka” cieszy się tak wielką popularnością i zachwyca kolejne pokolenia melomanów, niewielu ludzi wie, że pierwowzorem tytułowej postaci mogła być ukraińska anarchistka-terrorystka Maria „Marusia” Nikiforowna. Moim zdaniem, omawiany utwór nadaje się do śpiewania podczas spotkań towarzyskich, wesel, wycieczek i tym podobnych. Jak głosi pewna plotka, „Murka” już teraz jest bardzo chętnie wykonywana… w zakładach karnych. I to zarówno w Polsce, jak i na Wschodniej Słowiańszczyźnie.


Natalia Julia Nowak,
5-8 grudnia 2011 roku




Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Moje ostatnie wiersze

Moja ostatnia proza

Moi przyjaciele

Kwaku

Licznik

Odsłon: 138362
Osób: 134874
Blog granice.pl. Ta strona jest nieoderwalna częścią serwisu www.granice.pl właściciela firmy W&w. 2008-2016