Nieistniejący blog
O potędze pióra i myśli spisanych
"Od-nowa" (fragment)
Notatkę dodano:2011-06-07 20:57:33

 

(...)

Dookoła ciemność i cisza. Ulica wymieciona ze wszelkich oznak życia odrzuca obcością, nocną transformacją w drogę do nieznanego świata, w którym czyhają zmaterializowane lęki, gotowe w każdej chwili opaść, zniewolić, zabić. Aleksandra stoi w pustce, opędza się od mroku, który nie poddaje się światłu latarni. Po raz pierwszy rozumie, że żadna cywilizacja, żaden postęp techniczny, nigdy nie pokona nicości, jaka włada rzeczywistością na kilka minut przed świtem, kiedy to godzina wydaję się żadna, a tarcza zegarka odmierza czas zbyt wolno.

Drży. Rusza z miejsca, gdy czuje gromadzące się w kącikach oczu łzy.

Klatka schodowa kamienicy połyka ją, zlizuje z ciała słone krople, które raz za razem roszą policzki. Każde wejście do tego domu powoduje ból, a wspomnienia powracają i tną mózg aż po ostatnie neurony układu limbicznego. Nie pomaga fakt, że mieszka tutaj od prawie miesiąca, od momentu, w którym zostawiła swojego męża Leszka ze złamaną ręką w łazience ich domu i musiała szybko znaleźć schronienie. Potrzeba zaprowadziła ją w to miejsce. Wstydziła się prosić, gardziła sobą za to, ale nie miała innego wyjścia – ojciec był dla niej jedyną deską ratunku.

Pomógł jej. Nie zadawał pytań o to, co się wydarzyło. Coś w jego spojrzeniu, zachowaniu, zdradzało, że wiedział, wyczuwał. Od tamtej chwili żyli pod jednym dachem, ale rozmawiali rzadko – zalegała między nimi jakaś niewysłowiona pretensja, która nie znajdowała słów. Przez to każdy powrót do mieszkania rozrywał Olę na strzępy, wyciskał z niej gorycz i żal, a z zakamarków umysłu wypływały migawki z przeszłości: z dzieciństwa wypełnionego przez kłótnie rodziców, z nieudanego małżeństwa zmarnowanego przez strach, poddaństwo, kłamstwa i przemoc.

Aby odsuwać w czasie nieprzyjemne projekcje, wracała coraz później. Kończyła pracę o dwudziestej drugiej, wychodziła w rozkwitającą noc i błąkała się po mieście. Odwiedzała miejsca, w których przeżyła szczęśliwe chwile swojego życia – pocałunki, imprezy, rozmowy z przyjaciółmi. Aleksandra szczególnie dobrze kojarzyła punkt widokowy na szczycie wzniesienia po północnej stronie Gardna, dlatego stopy co wieczór prowadziły ją aż tam, gdzie siadała na jednej z ławek przed urwiskiem i spoglądała w dół, podziwiając pogrążające się we śnie miasto.

Tym razem zdarzyło się tak, że zasnęła. Obudziła się zdrętwiała i zmarznięta, po czym skonstatowała, że za godzinę będzie świtać. Ruszyła przez mrok do mieszkania ojca. Po drodze starała się nie myśleć o nieodebranych połączeniach od niego i o braku odzewu, gdy postanowiła oddzwonić.

Teraz Ola pokonuje schodek za schodkiem, gubi łzy, a serce skacze w piersi do rytmu generowanego przez obawy i jak zwykle powracające wspomnienia.

Hubert mieszka na trzecim piętrze. Klatka schodowa jest stara, spękana, z dziurami wielkości piłki ręcznej; w bladym świetle uśmiechają się krzywo, jakby szydząc z głupca, który spróbuje je ominąć. Ola nawet się nie stara, krok za krokiem potyka się, przyjmując z satysfakcją każdą erupcje bólu, ponieważ odgania poczucie winy, prekognicje nadciągającej tragedii.

Na każdym z pięter są po dwa mieszkania. Tuż przed świtem nie docierają zza drzwi żadne odgłosy, co w porównaniu z codziennym hałasem wydaje się niesamowite i przerażające. Sąsiedzi, podobnie jak ojciec Aleksandry, prowadzą proste życie ludzi, którym zależy na przetrwaniu od pierwszego do pierwszego za grosze renty, emerytury, skromnej pensji. Każdy tutaj pilnuje swojego nosa, dlatego wprowadzenie się jeszcze młodej kobiety do zmęczonego, podstarzałego mężczyzny, nie wzbudziło niczyjej ciekawości, co Ola przyjęła z satysfakcją – nikt jej nie zaczepiał na schodach, nie zadawał pytań.

Czuje się tak, jakby przestała istnieć.

Niestety nie zniknęła dla swoich lęków i wspomnień, które owijają ją tym szczelniej, im bliżej znajduje się drzwi do mieszkania Huberta. Gdy w końcu staje przed nimi, dygocze na całym ciele, a łzy ciurkiem spływają po policzkach, szyi. Serce Aleksandry odgrywa partie perkusji ze wzmożoną siłą, wprawiając w drżenie klatkę piersiową, której mostek aż jęczy od dżuli wytwarzanej energii. Oddech, podczas szczytu wydechu, oscyluje dookoła świstu, przez co nasuwa skojarzenia z podmuchami wiatru wędrującymi wysoko w górach, gdzie trwają skały i szczeliny trwalsze niż ludzkość.

Aleksandra nie potrafi zdobyć się na wejście do środka. Opiera głowę o drzwi, szlocha. Ulega fali dawnych, jeszcze nieprzebrzmiałych historii, w których siedzi samotna w domu, oczekuje powrotu męża, choć tak naprawdę chciałaby, aby zaginął, odszedł. Tak się jednak nie działo, wracał noc w noc, czasami bardziej pijany, czasami mniej, za to zawsze chętny na zabawy, na wyzywanie, na bicie, na seks, na który ona nie miała ochoty, ale na Boga on był taki napalony, że brał ją siłą, wkładaj jej kurwa z rozpędu w tę suchą, zaciśniętą, przerażoną pochwę i jęczał, pchał, kończył, a ona leżała, tłumiąc łkanie, zapomniana, skazana na żal, rozpamiętywanie strat, przywoływanie wszystkich, których kochała, za którymi tęskniła, do których modliła się o determinację lub śmierć.

Nie dostała nic o co prosiła. Dopiero po latach udręki ofiarowano jej coś, co ciągle od siebie odsuwała – złość, furię. Przemoc zrodziła przemoc, jej owocem był cios w obnażone przyrodzenie i szafka łazienkowa spadająca na rękę Leszka. Później ucieczka, a teraz strach przed wejściem do ojcowskiego mieszkania, gdzie zniszczony mężczyzna najpewniej czeka na nią, tak jak Ola kiedyś oczekiwała na męża – z mieszanką strachu, nadziei i pretensji.

Odrywa się od drzwi, wyciąga klucze z kieszeni. Zamek ani drgnie. Konstatuje, że jest otwarte. Wpada do środka, serce gra nadal swoje trele, a oddech świstem przecina panującą dookoła ciszę. Huberta nie ma w kuchni, gdzie zwykł przesiadywać. Zamiast niego wita ją mrok i zdawałoby się jeszcze bardziej przejmujące milczenie. Zapala światło, błysk czystości wypala oczy, podżega niepokój. Rusza dalej, niemal biegiem. W korytarzu potyka się o jakieś buty, nie ma czasu zapalać kolejnych świateł. Gna tak, jakby gonił ją sam diabeł, jakby wpadła w fugę, jakby uciekała przed plującym śliną Leszkiem.

Drzwi od pokoju ojca zamknięte, szarpie za klamkę, otwiera, widzi…

Pierwsze promienie słońca wpadają przez okno, muskają meble, odbijają się od starego telewizora, opadają na podłogę, gdzie pośrodku leży Hubert. Nie rusza się. Jest przysypany tynkiem z sufitu, a obok jego głowy spoczywa wyrwany żyrandol. Ojciec na szyi ma pętlę, wdaję się, że nie oddycha. Nie widać jego twarzy, odwrócona spoczywa w resztkach nocnego mroku. Aleksandra podbiega do niego, gubiąc po drodze łzy. Schyla się, zaczyna spazmatycznie łapać powietrze. Odwraca Huberta na plecy, wyciąga jego twarz w blask słońca, które właśnie budzi się do życia. Ola nie zwraca uwagi na smród odchodów, łapie za pętlę, ściąga ją z ojca, odrzuca w kąt pokoju, gdzie niknie w ciemności. Widać silne, podbiegłe krwią zsinienie na szyi. Twarz nabrała czerwonego koloru. Oczy Huberta, otwarte i ku zaskoczeniu Oli jeszcze świadome, są w barwie krwi, która wypłynęła z rozerwanych od wzrostu ciśnienia naczyń.

Widoczna w nich iskra jest słaba, gaśnie.

Aleksandra zaczyna mówić, bełkocze, przeprasza, błaga. Po ustach Huberta widać, że chciałby odpowiedzieć, ale nie jest w stanie – ma zmiażdżoną krtań i krwotok wewnętrzny, który zalewa mu płuca. Oddycha coraz wolniej, potrzebuje ratunku, a Ola nie potrafi go udzielić. Podstawy pierwszej pomocy na nic się zdadzą, konieczne pogotowie. W przypływie świadomości wyciąga telefon z kieszeni i dzwoni. Dyspozytorka nie rozumie o co chodzi, bo Ola płacze. Dopiero po kilku wdechach uspokaja się odrobinę, artykułuje prośbę o przysłanie karetki.

 Pomoc już jedzie. Aleksandra przytula ojca mocniej. Ich oddechy (jej spazmatyczny, jego coraz cichszy) łączą się ze sobą w ostatnią wspólną melodię.

(...)


Komentuj(1)

Licznik

Odsłon: 35477
Osób: 33021
Blog granice.pl. Ta strona jest nieoderwalna częścią serwisu www.granice.pl właściciela firmy W&w. 2008-2010