Maj... Po długim okresie milczenia postanowiłam coś zmienić. Odezwałam się.
Życie rozkwita, śpiewa, fruwa, biega, szczeka itd. a ja mam katar... K... mam katar! Od kataru się nie umiera ale tak by się chciało cieszyć zapachem kwitnącej jabłoni. A tu guzik. Jak na złość z nosa się leję i kicham. Alergia, wiem. Lecz jakoś mnie to nie pociesza!!!
Za oknem spokojny majowy wieczór - bezchmurny! Hm! Jeśli jakieś gwiazdki lecą to można je zobaczyć.
Wyobrażacie to sobie? Wstajecie rano, podchodzicie do okna a na trawniku jak nic stoi sobie słoń... (To moje nawiązanie do pewnej dzisiejszej wiadomości.) Stoi sobie na zielonej trawie, pomiędzy kwitnącymi jabłonkami. Białe płatki obsypują szarą, pokrytą szorstką sierścią skórę. Stoi sobie i stąpa z jednej nogi na drugą. Trąbą sięga do kwiatków. Co chwila trąbi i rozgląda się dookoła. Kot natychmiast by zwiał, gdzie pieprz rośnie. Byłoby ciekawie. A gdyby za chwilę ten słoń zaczął latać...
Niczego nie brałam. Tak sobie wyobrażam. U mnie nic się nie dzieje. Siedzę sobie. Jestem. Istnieję.
Czasem brakuje mi ludzi, z którymi na żywo mogłabym pogadać. A czasem odległej podróży, by zapomnieć o codziennych kłopotach.
Lubię maj. To miesiąc kwiatów. Wiele ptaków karmi swoje maluchy z pierwszego lęgu, inne dopiero zaczynają swój odwieczny rytuał życia. A ja? Mam katar. I mnóstwo rzeczy na głowie. Czasem aż boli ale da się wytrzymać.
To tyle. Odezwę się wkrótce ponownie.