o punkcie G jak Groza
Notatkę dodano:2010-06-06 08:30:59
O tym, że każdy ma swój punkt G chyba wspominać nie muszę. W takiej czy innej materii jest on znany lub dalej usilnie poszukiwany. U mnie tytułowy punkt G odnosi się również do gatunku literackiego czy filmowego jakim jest groza. Lubię się bać. Zawsze lubiłem. Poczucie czegoś takiego jak bezpieczny strach pozwala na przeżywanie emocji, z którymi nigdy w życiu nie chciałbym mieć do czynienia bez swoistego "safety mode". W horrendalnej ilości gatunków, podgatunków i podpodgatunków literackiej czy filmowej grozy, każdy fan horroru znajdzie coś dzięki czemu podczas lektury czy seansu serducho mocniej zabije czy dłonie trochę bardziej zwilgotnieją. Dla jednych są to sytuacje ekstremalne cudownie uwidocznione w takich pozycjach jak Piły lub inne starsze i lepsze klasyki, dla innych punktem G mogą być owłosione osobniki skazane na lykantropiczną przypadłość lub książęta ciemności z bladą cerą i piekielną szczęką, obecnie sprowadzone do roli grzeczniutkich, czułych chłopców, którzy przy widoku ludzkiej krwi odwracają wzrok. Różni ludzie, różne potrzeby, różne punkty G. Na mnie najmocniej działającym punktem G jest izolacja od zagrożenia. Pod tą niehorrorowo brzmiącą nazwą rozumiem jednostki zamknięte w jakim pomieszczeniu, domu, hali, jakkolwiek starający się nie dopuścić do środka hordy rozwścieczonych innych jednostek, które dobrych zamiarów wobec tych pierwszych raczej nie mają. Nigdy, nawinie nie mogę sobie wyobrazić wyjścia z takich sytuacji. Gdy opis filmu lub książki chociaż w części odpowiada moim zainteresowaniom "izolacji strachu", staje się on dla mnie pozycją obowiązkową. To, że często zawodzi na całej linii, nie ma dla mnie znaczenia. Sama świadomość walki z czymś co jest na zewnątrz, a co najchętniej rozgościłoby się w środku, dylematy i próby wyjścia z sytuacji bohaterów - wszystko to sprawia, że bardziej rozsiadam się fotelu, uśmiechając się pod nosem i zacieram ręce. Taki punkt G wyrobił się u mnie z czasem. Wśród pozycji filmowych, które działają na mnie najsilniej mogę wymienić "Noc żywych trupów", "Dog Soldiers" czy absolutny majstersztyk w kiczowatej formie komedii grozy, który przeraża mnie do teraz, czyli "Powrót żywych trupów". Jest jeszcze mnóstwo innych filmów, które mógłbym wymieniać, ale nie widzę potrzeby psuć komuś seansu, kto nie widział, a punkt G ma zlokalizowany zupełnie gdzie indziej. Oprócz filmowej "izolacji strachu" ostatnio, na całe szczęście, dołączyła jeszcze literacka, co dla mojego punktu G jest o wiele bardziej stymulujące. Otóż, niejaki Dallas Mayr, bardziej znany pod pseudonimem Jack Ketchum, za pośrednictwem wydawnictwa Papierowy Księżyc pojawił się w Polsce ze swoimi trzema groszami dodanymi do literatury grozy, mianowicie "Dziewczyną z sąsiedztwa" i "Poza sezonem". Ponieważ "Dziewczyny z sąsiedztwa" jeszcze nie dotykałem, nie będę się wypowiadał, ale za to spotkałem się z "Poza sezonem". Proza Ketchuma przez jednych określana jako nowy wymiar literackiego horroru, przez innych literacką formą brutalnej pornografii, zainteresowała mnie na tyle, żeby książkę kupić. "Brutalna, epatująca przemocą pornografia" idealnie wpisała się w moje literackie preferencje co do niedzielnego, słonecznego południa. Liczyłem na horror jako taki, nijaki. Dostałem prawdziwe rozrywkową, brutalną jazdę, które w znaczny sposób przycisnęła mój punkt G. Wycieczka po stanie Maine z grupą wygłodniałych i zwyrodniałych do granic ludzkich możliwości narwańców bardzo mi się podobała. Nie dość, że owa grupa usilnie próbuje wymusić gościnę na mieszkańcach pewnego leśnego domku, to rozwiązania jakie stosują potencjalne ofiary urzekały mnie ze strony na stronę. Wszystko dzieje się szybko, sprawnie zmieniając punkty ciężkości, a całość okraszona brutalnością i przemocą, która powoli, według wszystkich znaków na niebie i ziemi, staje się wyznacznikiem pana Ketchuma. Książka pomimo brutalności niewiele ma wspólnego z prozą Mastertona czy innych twórców tego pokroju (z pełnym szacunkiem, oczywiście). Nie jest kiczowata, ale w jakiś chory sposób ciekawa. Nie razi tak jak przy niektórych pozycjach wyżej wymienionych. Za jedyny minus podyktować można długość książki, która akurat broni się dzięki gatunkowi w którym się "babrze". Jeśli spojrzeć na "Poza sezonem" jako powieść gatunkową, bez funkcji filozoficznej, która dla mnie jest jednak trochę zachwiana, to spełnia ona wszystkie zamierzenia, jakie ma spełniać. Straszy, obrzydza, stymuluje, a przy tym wyśmienicie smakuje:) W tym roku Jack Ketchum odwiedza Wrocław na tegorocznej edycji Dni Fantastyki, więc ja na pewno wybiorę się na spotkanie z autorem, który w moim przypadku dołożył się do ukłucia mojego punktu G.
Skomentuj
|
Wątki: Moi przyjaciele Moje linki Licznik Odsłon: 7191Osób: 6794 |
|
| Blog granice.pl. Ta strona jest nieoderwalna częścią serwisu www.granice.pl właściciela firmy W&w. 2008-2010 |