Nieistniejący blog
O potędze pióra i myśli spisanych
O narodzinach
Notatkę dodano:2011-08-15 16:21:23

 

Krew. Płynę w czerwieni, kąpię się w szkarłacie. Niepomny na ból oblizuję wargi, rozkoszując się słonawym smakiem na języku. Chciałbym więcej. Pragnę niczym wampir badać napiętą skórę i pulsujące pod spodem naczynie, którego rytm współgra z rytmem serca ofiary, przyprawiając o drgania skamieniałe serce ofiaro-biorcy. Później, odsłoniwszy zęby, zanurzyłbym popęd i samego siebie w rwącym strumieniu krwi, popłynąłbym wraz z nim, na zawsze utrwalony w soli, w substancjach odżywczych, związkach mineralnych, hormonach – zapamiętany przez immunoglobuliny, które już nigdy nie miałyby szansy na wykorzystanie swej wiedzy przeciwko mym zamiarom.

 

Ból. Czuję, jak istota otaczająca mnie tężeje w agonii, jak cierpi, jak jęczy i krzyczy, zamiast przeć, oddychać, wydalić. Nic nie szkodzi – wchłaniam to podobnie jak szkarłat, z chciwością, z satysfakcją, że przyczyniłem się do powstania tego uczucia. Jestem bogiem, demiurgiem, choć nic nie stworzyłem. Powstałem, aby brać, co czyni ze mnie absolut, nienasyconą gąbkę, którą otoczenie spróbuje zaspokoić, lecz polegnie na zawsze niespełnione, puste.

 

Krzyk. Jeszcze nie mój, choć i ten coraz bliższy. Ruszam nóżką, zahaczam o coś miękkiego. Pomimo redukcji miejsca – kopię, wyrażając dezaprobatę wobec tak bezsensownego wydatkowania sił. Wrzask przecież nie pomaga. To głupota, czyn ignorowany przez wszystkie naczelne.

 

Światło. Jest tak silne, że nic nie widzę, poza tym coraz większe ilości krwi zalewają me oczy. Czuję też smród odchodów – najwyraźniej wydalający mnie krzykacz skapitulował ostatecznie, pozostawiając ciało bez jakiejkolwiek władzy. Pierdolony tchórz. Rzygać mi się chcę, gdy myślę o tym i pewnie ulżyłbym żołądkowi, gdyby nie to, że miednica rodziciela zaciska mi klatkę piersiową. Postanawiam przyśpieszyć proces – dosyć zabawy.

 

Ruch pierwszy. Niesamowita ciasnota, którą najpierw próbuję zmniejszyć gwałtownymi obrotami, ustępuję dopiero pod wpływem przemocy. Napinam mięśnie lewej obręczy barkowej, następnie całej ręki wraz z dłonią. Aktyna i miozyna tańczą zatracone w orgazmie, skóra niemal pęka od naprężeń, ale udaje się. Kończyna rozrywa cielesne więzienie, jakie wytworzył dookoła mnie rodzic, po czym wydobywa się na zewnątrz.

 

Ruch drugi powtórzeniem. Widać teraz ręce i główkę całe we krwi, gównie i moczu. Łapię dłońmi poniżej kolan swego ojca. Zaciskam je mocno na goleniach. Podciągam się, wkładając w ten ruch całą złość na niego, na świat, na cielesność, na smród, na hałas. Obydwaj krzyczymy, choć mój wrzask jest nie tylko przejawem nienawiści, obrzydzenia, ale też powitaniem, skromnym cześć, witaj, hej. Jego natomiast to crescendo bólu – jednoczesny kres agonii, bowiem od tej chwili nie ma prawa żyć.

 

Zimno. Wylądowałem na chłodnej posadzce, nie ma nikogo, aby mnie podniósł, przytulił, owinął kocem, pocałował w czółko, powiedział, że kocha. Zostałem sam, wykończony, brudny, przemarznięty. Światło wypala mi oczy, przecieram je więc, co przynosi sekundy ulgi. Postanawiam wstać, pierdolić standardowe dwanaście miesięcy czekania, przecież właśnie dorosłem, dojrzałem – stałem się.

 

Raczkowanie. Klękam. Prostuję tułów i głowę. Unoszę się na jednej nodze. Później dołączam drugą. Przyjąłem pozycję wyprostowaną. Góruję nad stygnącymi zwłokami ojca, który leży u mych stóp, skąpany we krwi oraz innych wydzielinach. Rozerwałem mu miednicę, z brzucha nie pozostało nic. Klatka piersiowa to wrak. Ciągłość zachowała wyłącznie twarz – blada, ale jakby spokojna, zbawiona. Patrzę po sobie. Dziwię się wielkością. Nie ma we mnie NIC niemowlęcego, gdzieś utraciłem pulchne rączki i nóżki, kurduplowate ciało przepadło. Obmacuję głowę – normalna, dorosła znaczy się.

 

Przerażenie. Zdjęty lękiem biegnę do pierwszej lepszej ściany. Wisi na niej zaparowane lustro. Przecieram je dłonią. Zachodzi lekko gówno-krwią, ale to nic. Widzę. Patrzę na swoją brudną twarz, ale podobieństwo nie może być przypadkowe. Dla pewności porównuję – najpierw On, później ja. Najpierw On, później ja. Najpierw On, później ja. Najpierw On, później ja. Najpierw On, później ja. Przecież to JA. on to JA.

 

 

C.D.N.

« Powrót na blog

Skomentuj
Nick(wymagany)
SpGbMVybdTwchICTSaR:
Knoot: Owszem, używaną. Owszem, szukanie baz rtsezrpzeni liniowych było mi bardzo przydatne przez ostatnie dwa lata, jakem programista, i bardzo żałowałem, że nie przykładałem się bardziej do algebry liniowej i metod numerycznych.
------------

Licznik

Odsłon: 35761
Osób: 33303
Blog granice.pl. Ta strona jest nieoderwalna częścią serwisu www.granice.pl właściciela firmy W&w. 2008-2010