O dobroci
Notatkę dodano:2011-11-28 23:40:05
Byłem dobry. Rozdawałem siebie każdemu, kto chciał kawałek. Poświęcałem się. Zatracałem w radach ofiarowywanych za darmo, nawet uśmiechu, dziękuję, nie oczekiwałem w zamian. Cieszyłem się będąc przydatnym. Spełniałem się w tym, odnajdowałem sens i spokój. Nie czułem zmęczenia – czasami tylko lęk o to, że nie starczy mi życia, że ominę kogoś ważnego, kto bez mojego wsparcia poniesie klęskę ostateczną. Odnosiłem wrażenie jedności ze światem, dopasowania do jego form widocznych, oddziaływania na zasadzie kosmicznego zwrotnego sprzężenia, które nigdy nie wygasa – zawsze pobudza.
W końcu nadszedł rozłam. Rzeczywistość okazałą się posiadać nie tylko namacalną, możliwą do empirycznego zbadania fakturę, ale też rozliczne ukryte wymiary, gdzie mieszkają cienie i nie-byty o długich szponach, ostrych zębach, co czekają zanurzenia w materii, tkance. Okazałem się nieprzygotowany. Rozdarły mnie na strzępy, poćwiartowały kończyny, oderwały uszy, wypreparowały neurony, pożywiły się jelitami, a gałki oczne i małżowiny przeżuły na deser. Nie potrafiłem się odnaleźć, co rusz uciekał mi jakiś fragment siebie. Postanowiłem użyć rozdartej krtani, wyartykułować kilka bełkotliwych słów błagania, licząc na to, że dotrze do tych, dla których byłem dobry, którym pomogłem poskładać się, gdy sami ulegli rozszczepieniu.
Odpowiedziała cisza. Zostałem sam z czasem przeciekającym przez palce.
Po kilku godzinach, dniach, nocach, tygodniach, miesiącach (któżby to wiedział? któżby liczył?) znalazłem zakurzoną nić. Była doczepiona do półokrągłej igły, trochę pordzewiałej (zakrwawionej?) i brudnej. Zacząłem szyć. Najpierw części dystalne, później proksymalne. Brodziłem w trzewiach, kwasem solnym poparzyłem dłonie, a poszczerbionym nożem wyciąłem ciała jamiste i ciało gąbczaste, po czym wyrzuciłem za okno (usłyszałem krzyk jakiejś pruderyjnej miernoty). Pracowałem dalej. Precyzyjnie łatałem opłucną i oskrzela. Zespoliłem prawy przedsionek z prawą komorą i lewy przedsionek z lewą komorą. Załatałem na nowo foramen ovale, aby nic nie przeciekało; hydraulikę miałem sprawną. Twarz zszyłem na okrętkę, a zamiast oczu wsadziłem sobie do oczodołów zwitki papierów z jakiś książek opowiadających o wysokości duszy, przechodzeniu przez most, wstawaniu z obolałych kolan – przyjmowaniu postawy wyprostowanej. Uszu nie potrzebowałem. Istotę szarą i białą skleiłem klejem na gorąco – neurony z osłoną mielinową szybciej uległy adhezji. Później podniosłem się z podłogi. Wyglądałem jak monstrum. Ale uśmiechnąłem się do swego odbicia, oto bowiem powstało coś z chaosu, udowodniłem że entropię można pokonać… na kilka chwil.
Nie miałem ich za wiele, czułem naprężenia w okolicach szwów, był więc kwestią godzin powrót do stanu rozrzuconych fragmentów mięsa. Wypiłem szybko coś gorzkiego, coś naprędce znalezionego w zakamarkach apteczki, aby mieć pewność, że jak już rozlecę się ponownie, to nie tylko w sferze tkanek, ale też subatomowo-duchowej.
Wyszedłem z mieszkania. Miasto wzywało mnie do spełnienia swego obowiązku po raz ostatni. Skręcałem bez zastanowienia, mijałem stragany i rozwrzeszczanych handlarzy, uciekałem przed pędzącymi samochodami, pozdrawiałem przechodniów, uśmiechałem się do kobiet (przecież wolą radosnych). Widziałem jak przytłumione światło dnia w metropolii zmienia się w gęstą, bliską zawiesinie noc, nasączoną blaskiem przestraszonych latarni. Dym był wszechobecny, pod nogami
strzelały puste butelki, dookoła kostek zawijały się bletki, a między palce dostawały kolorowe tabletki.
Miałem na własność całą rozrywkę doczesnego świata. Moment później szwy, zespalające ścięgna Achillesa, puściły. Upadłem. Wiedziałem, że po raz kolejny nie wstanę.
Okazało się, że leżałem na środku placu. Zaraz zbiegli się gapie. Nikt nie chciał postawić mnie na nogi. Brzydzili się. Nic nie szkodzi. Ciepło z żołądka emanowało z komórki na komórkę, wywołując reakcję łańcuchową w cyklu Krebsa. Rany na zewnątrz i w środku otwierały się. Ludzie krzyczeli. Ktoś dzwonił na pogotowie, jakby mogło cokolwiek naprawić.
Rozrzuciłem się na wiatr. Cząstki subatomowe wydzielały się ze mnie, wirowały coraz wyżej i wyżej nad chodnikiem. Osiadłem na ciuchach, dostałem się do płuc, krwi, mózgu. Byłem epidemią. Zaraziłem wszystkich. Nikt nigdy nie uwolni się ode mnie, nie wyleczy, nie poskromi, nie odrzuci.
Gdy z mojego ciała nie pozostało prawie nic (amimiczny sanitariusz zapakował je do czarnego worka), tłum zaczął się rozchodzić. Przedstawione skończone, można iść do domu, na kolację, na serial, na kolejną emisję W stronę morza w TV.
Ale to nie był finał. Przestałem żyć, choć to nieprawda. Rozszczepiłem się ostatecznie tamtej nocy, teraz jest mnie wielu i trwam/trwamy we wszech-czasie, we wszech-wydarzeniach. Śledzę/śledzimy wszelkie możliwe summy po historiach, sprawdzam/sprawdzamy każdą potencjalność, widzę/widzimy radości (wymarzony prezent urodzinowy, zaręczyny, miły wieczór we dwoje) i smutki (obiad rozpaćkany na ścianie, płaczące dzieci, uderzania pięściami w piękne kobiece twarze, gwałty, morderstwa, wojny). Jesteśmy. Dziedziczeni z pokolenia na pokolenie, choć nikt już nie pamięta, nie wspomina, chłopca, który poprzez dobroć chciał ofiarować ludziom cząstkę siebie. Jego nie ma – ale my wszech-jesteśmy, skazani na bierne oglądanie i wesołe kiwanie głową, gdy widzimy (a tak jest zazwyczaj) ciemność, gniew i strach.
Skomentuj
|
Moje linki Stephen KingGroza w każdym calu Jacek Dukaj Horror blog Łukasz Orbitowski Sick Sick o piwie :-) V-12 site Szeptak Cormac McCarthy Pocztówki z paranoi Thomas Pynchon McCarthy strona polska Licznik Odsłon: 35764Osób: 33303 |
|
| Blog granice.pl. Ta strona jest nieoderwalna częścią serwisu www.granice.pl właściciela firmy W&w. 2008-2010 |