O mowie
Notatkę dodano:2012-01-29 21:06:34
Od przeszło dwóch lat obserwuję pewną zastanawiającą cechę sporej grupy kobiet po czterdziestce i wzwyż – chodząc na zakupy bardzo często zdarza im się mówić do siebie. Na początku myślałem, że one po prostu o coś pytają, ale na tyle cicho, że moje upośledzone bębenki nie są w stanie w pełni tego zarejestrować. Z biegiem miesięcy potwierdziłem jednak, że narząd słuchu sprawuje swą funkcję prawidłowo (przynajmniej w tym aspekcie). Zatem jak to jest, że grono kobiet, przechadzając się między regałami księgarni itp., wypowiada słowa, których predestynacją jest pustka, a nie interlokutor, który mógłby je przyswoić i odpowiedzieć? Zaznaczyć wypada, że tendencja rośnie z wiekiem – zaraz po czterdziestce to około 1% klientek, po pięćdziesiątce już 4-5%, po sześćdziesiątce 7-8%, a po siedemdziesiątce i osiemdziesiątce blisko 10%.
Pierwsze wytłumaczenie, które przeszło mi do głowy, to zaburzenia w obrębie płata czołowego. Później pomyślałem o chorobach psychicznych, które mogą to wywołać (serio, jest w czym wybierać). Następnie, po dłuższych rozważaniach, ułożyłem kilka innych teorii (wrodzona życzliwość kazała mi odrzucić myśli o zamknięciu tych kobiet w psychiatryku) – oczywiście na chwilę obecną niepotwierdzonych przez fizjologów (ciągle rozważam, czy zgłosić pobliskiej uczelni medycznej ten problem). W każdym razie dwa wiodące wytłumaczenia prezentują się w następujący sposób:
1. Nazwijmy je hormonalnym. Wiadomo, że regulacja u kobiet jest znacznie bardziej pokręcona niż u mężczyzn. Kto kiedykolwiek uczył się osi przysadka-podwzgórze-jajnik, jej modyfikacji zależnych od dnia cyklu lub przez B-hCG i progesteron w trakcie ciąży, wie co mam na myśli. O hormonalnych zmianach nastroju napisano w prasie naukowej wiele artykułów (wystarczy przejrzeć choćby archiwa Ginekologii Praktycznej lub The New England Journal of Medicine). Nie wspominając o takich jednostkach chorobowych jak Zespół Napięcia Przedmiesiączkowego. Nawet popkultura często korzysta z tego motywu, zarówno w sposób prześmiewczy, jak i poważny. Gdyby nie wpływ hormonów na zdolności interpersonalne i kognitywne, nie byłoby przecież takiej potrzeby. W takim razie, czy przez lata wewnętrznej burzy, mechanizmy blokujące strumień świadomości mogą ulec osłabieniu? Podejrzewam, że na pewnym poziomie jest to możliwe. Jak to się dzieje? Nie miałem okazji przeprowadzić takich badań, ale dajcie mi próbkę, budżet, kilku ludzi, a z chęcią się tym zajmę.
2. Nazwijmy emocjonalnym. Sercem uczuć jest układ limbiczny. Zalicza się do niego wiele struktur, przez co ma dobry dostęp do ważnych dla ciała ośrodków, dlatego w trakcie np. podenerwowania ładnie podnosi nam ciśnienie krwi, rytm pracy serca skacze, a oddechy niebezpiecznie przyśpieszają. Filogeneza wykształciła narzędzie jego kontroli/regulacji pod postacią wzgórza (fizjolodzy postulują, że stanowi integralną część tego układu). Przykładowo, jeśli zobaczymy coś przerażającego, impulsacja powinna przebiec od oczu nerwami wzrokowymi do ośrodka wzroku w płacie potylicznym, a stamtąd dopiero do układu limbicznego, co wywołałoby pożądaną reakcję pod postacią np. unieruchomienia ciała, omdlenia lub biegu. Tak się jednak nie dzieje, za długo trwałoby podjęcie decyzji, więc ewolucja musiała w jakiś sposób to obejść, bowiem czasami ułamki sekund potrzebne do wybrania właściwej drogi mogą zadecydować o życiu lub śmierci. Tutaj wchodzi do akcji wzgórze. Sygnał z nerwu wzrokowego przechodzi i przez nie, jeśli więc bodziec okaże się wystarczająco intensywny, zamiast do ośrodka wzroku, zostanie natychmiast przesłany do układu limbicznego. Wzgórze oczywiście działa też w drugą stronę i potrafi blokować impulsacje z limbusa, szczególnie gdy ich oddziaływanie może okazać się szkodliwe. Dobrym przykładem jest wzburzenie. Ludzie często go nie okazują, tłumią w środku, a to dlatego że wzgórze wraz z płatem czołowym (odpowiadającym m.in. za ocenę sytuacji, emocji oraz relacje społeczne) wyhamowują pierwotne reakcje układu limbicznego, zbyt dużą władzę ma nad mózgiem (a bywa przecież nieracjonalny), aby zostawić go bez kontroli. Oczywiście jeśli czerwona gorączka jest przesadnie intensywna, to bariera zostaje złamana, a my robimy z siebie sfrustrowanych idiotów. Przechodząc do meritum – przyjmijmy, że potrzeba rozmowy danej kobiety jest bardzo duża, a nie ma jak jej przez długi czas zrealizować, stałe bodźce (przez pewien czas wyhamowywane) poprzez wzmacnianie sygnału w pewnym momencie pokonają granicę, zawładną płatem czołowym, wyswobodzą ośrodek mowy. Wtedy zacznie się mówienie do siebie (upraszczam celowo). Ten mechanizm potwierdzają kwestie, jakie zasłyszałem w trakcie obserwacji. Nie są to spójne wywody, zazwyczaj można je określić mianem emocjonalnych (stałe powtarzanie, że coś jest fajne, a że to chyba kupię bo będzie miło itp.).
Podejrzewam, że obydwie teorie mogą być ze sobą skorelowane. Niemniej, obecnie nie mam możliwości, aby powyższe wywody obalić bądź zanegować. Mogłem za to przeprowadzić pewien eksperyment socjologiczny. Kilka dni temu, kiedy akurat byłem sam, przyszła do księgarni klientka. Lat siedemdziesiąt, ciężki oddech, poruszała się z dużym trudem, a ciężar ciała opierała na kuli. Na pierwszy rzut oka przyczynę takiego stanu rzeczy sugerował udar – przemawiały za tym mocno przekrwione białkówki i pałeczkowate palce, które są niejako wizytówką człowieka z problemami sercowo-naczyniowymi. W każdym razie, kobieta spędziła dużo czasu na wyborze książek i okazała się właśnie typem mówiącym do siebie. Wypowiedzi były naprawdę powalające (np. „Spocę się strasznie szukając tej powieści”) i przez cały czas zastanawiałem się czy winę za to ponosi któreś z powyższych wytłumaczeń bądź przebyty udar, który mógł zostawić po sobie uszkodzenia w obrębie płata czołowego. W końcu, kierowany ciekawością, nawiązałem z nią dialog. Zacząłem dyskretnie od książek, a później płynnie przeszedłem do jej stanu zdrowia. Okazała się bardzo chętna do opowiadania, mniej więcej półgodziny spędziłem na słuchaniu o hospitalizacjach, problemach z ciśnieniem, migotaniu przedsionków etc. W końcu, gdy podeszła do kasy, aby sfinalizować transakcję, zapytałem czy książki kupuje dla siebie (sporo ich zgromadziła), czy dla rodziny lub przyjaciół. Na co usłyszałem: „Proszę pana, u mnie w domu nikt nie czyta. Mąż już nie może bo prawie inwalida z niego i nie widzi, słabo słyszy i mówi niewiele. Dzieci i wnuczkowie nie mają kiedy. A przyjaciele? Zazwyczaj nie mam z kim porozmawiać, na co dzień czuję się sama, a co dopiero dać komuś taki prezent”.
Z trudem odpowiedziałem. To nie było, kurwa, śmieszne. Tak naprawdę każdą z powyższych teorii można sobie wsadzić w buty. Może i mają zastosowanie, może i tłumaczą znaczą część takich przypadków, ale podejrzewam, że sporo tych kobiet po prostu nie ma się do kogo odezwać. Przyzwyczaiły się więc do swojej obecności, obniżyła się przez to kontrola wzgórza i płata czołowego, a normą stało się mówienie do siebie. Przecież zawsze lepiej słyszeć głos, nawet gdy to nasz własny.
Skomentuj
|
Moje linki Stephen KingGroza w każdym calu Jacek Dukaj Horror blog Łukasz Orbitowski Sick Sick o piwie :-) V-12 site Szeptak Cormac McCarthy Pocztówki z paranoi Thomas Pynchon McCarthy strona polska Licznik Odsłon: 35766Osób: 33303 |
|
| Blog granice.pl. Ta strona jest nieoderwalna częścią serwisu www.granice.pl właściciela firmy W&w. 2008-2010 |