Posłuchajcie Kołysanki dla Rosalie

«poprzedni     następny»
2015-03-31 09:26:16
news - Posłuchajcie Kołysanki dla Rosalie

Do wartemborskiego pałacu, obecnie funkcjonującego jako hotel, przyjeżdżają goście: pisarz zainteresowany historią drugiej wojny światowej, emerytowany architekt o nienagannych manierach, roztargniona, samotna dziewczyna, sympatyczne starsze małżeństwo, wścibska pani Róża z mężem pantoflarzem i tajemni­czy wędkarze, którzy znikają na całe dnie. Czy ktoś z nich stoi za uprowadzeniem małej Rosalie oraz jej niani? I jaki związek z tym incydentem ma wygrywana przez zabytkową pozytywkę stara kołysanka? Tę zagadkę spróbuje rozwikłać Klara, znana czytelnikom z powieści Tajemnice Luizy Bein, jednocześnie usiłując nie zepsuć swojego obfitującego w burzliwe momenty związku z Kubą. Bohaterka powraca w nowej powieści Renaty Kosin Kołysanka dla RosalieDziś publikujemy obszerne fragmenty książki:

 

 

Prolog

 

Żółtawy płomień świecy migotał i nikł kołysany w rytm jej kroków. Ledwie widoczny przez brudne szkło prowizorycznej latarenki, skleconej z oplecionego drutem słoja, dawał niewiele światła, lecz to nie miało większego znaczenia. Poradziłaby sobie nawet w ciemności, a lampkę zabrała bardziej z nawyku niż z potrze­by. Jak zawsze przewiesiła ją przez łokieć, przez co słój bujał się na długim pałąku, od czasu do czasu boleśnie uderzał ją o kolano albo zawieruszał w fałdach szerokiej spódnicy. Nie zwracała jednak na to uwagi. Pochłaniało ją coś ważniejszego.

 

Stąpała po nierównym gruncie całkiem pewnie. Obo­jętnie mijała ślizgające się po kamiennych ścianach cienie. Z przyjemnością wdychała zimne, nieco stęchłe i wilgotne powietrze, wsłuchiwała się w stłumione dźwięki – szepty, szmery, szelesty i zduszone postukiwanie – echo głosów, których nie potrafiła rozpoznać, choć zdołała je oswoić. Znała je na pamięć, jak każdy fragment nasiąkłej wilgocią, chropowatej ściany. Rozpoznawała bezbłędnie wszystkie nierówności posadzki i miejsca, gdzie ceglany strop obniżał się na tyle, że zwisające z sufitu pajęczyny muskały jej twarz i oplatały włosy.

 

Jak zawsze mimowolnie liczyła kroki i kolejne zakrę­ty. Już za chwilę miała dotrzeć do miejsca, gdzie kory­tarz krzyżował się z innym, nieco węższym, ze ścianami z czerwonej cegły i zaokrąglonym sklepieniem. Tu zazwy­czaj na krótko przerywała marsz. Teraz też przystanęła, choć tym razem bezwiednie. Wybita z rytmu niechętnie odegnała pochłaniające ją myśli. Uniosła latarnię. Z tym samym co zawsze wahaniem spojrzała w ciemną czeluść tunelu. Wiedziała, dokąd prowadzi, choć nigdy tam nie dotarła. Mimo to czuła, jakby była w połowie drogi do jego końca. Celu, który już dawno stał się jej przeznaczeniem i finałem długiej podróży. Tym, na co od dawna czekała i co wydawało się już bardzo blisko.

 

Zachwiała się, więc aby nie upaść, oparła się ramie­niem o zimną ścianę. Gdy uderzyła w nią trzymaną w rę­kach latarnią, usłyszała brzęk tłuczonego szkła. Zamknęła oczy. Spodziewała się, że gdy je otworzy, ujrzy jedynie ciemność, ale świeca, pozbawiona brudnej osłony, jarzyła się nadal, nawet jaśniej niż przedtem. Wyjęła ogarek spomiędzy resztek słoika i osłoniwszy drżący płomień drugą ręką, ruszyła głównym korytarzem.

 

Kiedy przecisnęła się przez szczelinę w murze, ogarnę­ła ją kolejna fala podszytej niepokojem ekscytacji. Znacz­nie silniejszej niż wtedy, kiedy była tu ostatni raz. Kolejny znak, że niebawem nadejdzie to, na co tak długo czeka­ła. Odstawiła na moment świeczkę i mimo narastającego drżenia rąk wprawnie zasłoniła drewnianą belką wąskie przejście. Otrzepała się, a potem oświetliwszy sobie dro­gę, weszła na kilkustopniowe schody, u szczytu których znajdowały się drzwi. Powoli nacisnęła klamkę i uchyliła je na szerokość palców. Znieruchomiała, wytężając słuch i wzrok. Nie działo się nic niepokojącego. Po chwili zna­lazła się w niewielkiej, ciemnej kuchni, na środku której stał stół z jednym krzesłem, a w kącie stary, zniszczony fotel. 

 

Na wszelki wypadek znów wsłuchała się w panującą ciszę i popatrzyła w ciemne okno. Upewniła się, że jest sama. Postawiła świeczkę na stole i podeszła do pieca. Z wysiłkiem wyciągnęła z jego bocznej części dwa kafle. Wsunęła ręce w powstały otwór. Ostrożnie wyjęła spory przedmiot okutany grubą warstwą juty. Ułożyła go na sto­le i powoli rozwinęła. Jutowa tkanina opadła na podłogę. Nie zwróciła na to uwagi. Przycupnęła na chyboczącym się krześle i położyła drżące z emocji dłonie na oprawio­nej w czerwony materiał grubej księdze. Uśmiechnęła się, gładząc z czułością obwolutę i odciśnięty w niej kształt. 

 

Nagle płomień świecy zamigotał i przygasł pchnięty ledwie wyczuwalnym podmuchem wiatru. Nie podnosząc głowy, błyskawicznie ściągnęła z ramion bury wełniany szal i okryła księgę, a potem przytuliła ją z całych sił do piersi. Poderwała się jednocześnie ze skrzypnięciem drzwi wejściowych, a zaraz potem usłyszała zdecydowane kroki. Nie miała szans na ucieczkę, jednak mimowolnie cofała się w stronę piwnicy z nadzieją, że ocali chociaż księgę. Ukryje ją w lochu za tajemnym przejściem. Szybko zrozumiała, że nie zdąży. Z bijącym mocno sercem i  ­dławią­cym krtań strachem wytężyła wzrok, żeby dojrzeć, kto stanął w progu kuchni. 

 

Na twarzy kobiety odmalowało się bezgraniczne zdu­mienie. Oparła się plecami o ścianę, a potem osunęła po niej i uderzyła kolanami w podłogę. Mimo bólu nie krzyk­nęła. Przycisnęła usta do szorstkiej, czerwonej obwoluty i zamarła w bezwolnym oczekiwaniu na nieuniknione. 

 

 

I

 

Z wściekłością trzasnęła drzwiami. Pałacowa sień zatrzęsła się w posadach, o czym dała znać amfora z krakelurowej porcelany, ustawiona na konsoli pod lu­strem. Z bukietu kulistych, zasuszonych jeszcze w ubiegłym roku kwiatów hortensji osypały się bladozielone płatki. 

 

Klara wzięła głęboki oddech i ukradkiem wyjrzała przez szczęśliwie ocalały witraż, by się przekonać, że Kuba wciąż stoi na werandzie. Pokręciła głową z niedowierzaniem.

– Idź sobie! – wrzasnęła przez drzwi. – Wynoś się na­tychmiast! 

– Ale dlaczego? – usłyszała stłumioną odpowiedź. – Kochanie, porozmawiajmy, proszę! Wszystko ci wytłu­maczę!

– Akurat! – fuknęła i przycisnęła pięści do pulsujących skroni. – Naprawdę myślałeś, że się nie dowiem?

– Ależ ja chciałem ci powiedzieć! Czekałem tylko na dobry moment.

Tym razem jego głos wydał się wyraźniejszy. Mężczy­zna chyba przytulił policzek do drzwi. Klarze wydało się, że słyszy też ciche skomlenie.

– Żałosne – prychnęła do siebie. – Ale nie powiedzia­łeś! – dodała już głośno. – I dam sobie głowę uciąć, że ukrywał. 

– Wcale nie! – Trochę zbyt wysoki ton głosu zdradzał desperację. – Dziś zamierzałem przyznać się do wszyst­kiego i specjalnie przyszedłem tutaj z nią. Pomyślałem, że kiedy ją poznasz, zrozumiesz, że nie mogłem inaczej.

– Nie zamierzam niczego rozumieć. Wynoś się razem z tym… Z tą swoją suką! 

 

Gotowała się z wściekłości. Pozwoliła zwodzić się tak długo! Powinna zorientować się wcześniej. Gdy pytała Jakuba, gdzie znika wieczorami, zwykle zmieniał temat i odwracał wzrok. Jakby z lęku, że wyczyta z jego oczu prawdę. Podświadomie czuła, że coś jest nie tak, jednak nie znalazła czasu na szczerą rozmowę. Teraz było już za późno na dialog, a tym bardziej na szczerość.

 

Z furią kopnęła w drzwi, by wyładować całą złość. Ką­tem oka dostrzegła Łucję. Strapiona mina wskazywała na to, że kobieta musiała obserwować scenę, ale się nie od­zywała. Widać nie była pewna, czy powinna się wtrącać.

– Może jednak … – zaczęła z wahaniem w głosie.

– Co? – żachnęła się Klara, po niewczasie zdając so­bie sprawę ze swojego opryskliwego tonu, na który przy­jaciółka, w przeciwieństwie do Jakuba, zupełnie nie za­służyła. 

– Gdybyś pozwoliła mu wytłumaczyć… – odpowie­działa Łucja niezrażona, choć pewnie czuła, że wtrącanie się w sprawy zwaśnionej pary może nie być najszczęśliw­szym posunięciem. Postanowiła jednak zaryzykować. 

- Porozmawiajcie spokojnie, a nie w taki wrogi sposób. – Kiwnęła brodą w stronę nadal zamkniętych drzwi. 

– Doprawdy? – Klara już nie hamowała złości. – Per­fidnie mnie oszukał! Dlaczego nie przyznał się od razu? Z góry założył, że nie zrozumiem! Czy ja jestem pozba­wiona uczuć? Skoro tak uważa, nie mamy o czym ze sobą rozmawiać.

– A czy teraz dałaś mu choćby najmniejszy powód, aby myślał inaczej? – Łucja wbrew swojej woli również podnio­sła nieco głos, jednak widząc minę Klary, szybko się zreflek­towała, że nie tędy droga, i przybrała przesadnie łagodny wyraz twarzy. – No dobrze, przyznaję, masz rację. Zacho­wał się okropnie. Pochopnie założył, że się wściekniesz. Bo przecież obie wiemy, że nigdy w życiu nie dopuściłabyś, że­by to biedactwo tułało się po świecie bez dachu nad głową. Prawda? To byłoby nieludzkie. – Wskazała znacząco okno.

Klara zmieszała się i zerknęła na przyjaciółkę zasko­czona. Zrozumiała podstęp. 

– Więc trzymasz jego stronę? – spytała z rezygnacją i wciąż rosnącą złością. – A mnie brakuje empatii? Zatem sama go sobie weź!

Łucja nagle spochmurniała.

– Wzięłabym… – Urwała i spojrzała gdzieś w bok. – Ale jeszcze nie mogę… Nadal tęsknię za moim potwor­kiem. Czasem nawet zapominam, że już go nie ma. Nie jestem gotowa na kolejnego psa.

 

Klara zakłopotana przełknęła ślinę. Przesadziła. Teraz czuła się niezręcznie, zawstydzona własną bezmyślnością i egoizmem. Powinna uszanować smutek Łucji, która nie­dawno straciła przyjaciela. Fido dożył sędziwego wieku, więc jego odejście nie było dla niej zaskoczeniem, co nie znaczyło, że się z tym pogodziła. Zresztą wszyscy od­czuwali nieobecność beżowego kudłacza na kanapie albo w fotelu na werandzie.

 

Teraz zamiast niego przed domem czekał inny pies, a właściwie suka, przytulona do nogi Jakuba. Zaniedba­ne psisko, które plątało się w ruinach, gdzie grupa arche­ologów prowadziła badania. Szybko odkryli, dlaczego nie chciała odejść. W ceglanym rumowisku znaleźli kil­kutygodniowe szczenięta. Na szczęście uroczym malu­chom udało się znaleźć domy, niestety nikt nie mógł za­opiekować się ich matką. Dlatego Kuba zabrał ją ze sobą, choć wiedział, że Klara, w natłoku obowiązków związa­nych z rozpoczynającym się sezonem turystycznym, nie zgodzi się na przygarnięcie psa. Mimo to zaryzykował i urządził zwierzakowi posłanie w szopie na narzędzia ogrodowe. Codziennie przekradał się z psem do kuch­ni, a kucharka chowała blaszaną miskę przed powrotem Klary. Łucja też o wszystkim wiedziała. Konspirowali wspólnie i solidarnie dbali, aby tajemnica się nie wyda­ła. To właśnie ją najbardziej rozzłościło – wykluczenie. W dodatku pewnie spisek trwałby nadal, gdyby dziś nie wróciła wcześniej z pracy. 

 

Coraz częściej czuła się zmęczona i rozdrażniona. Wciąż w biegu, z głową nabitą myślami i ciągłym stra­chem, że nie sprosta zadaniom, które zbyt pochopnie so­bie wytyczyła.

 

W redakcji nie wiadomo czemu (bo prze­cież pracowała niemal na okrągło) piętrzyły się kolejne zaległości, a w pałacu, do którego mieli niebawem przy­być goście, nie wszystko było gotowe. Kubę pochłaniała praca albo urządzanie ogrodu, choć to drugie powinno w tej chwili zejść na dalszy plan. Anna nie wróciła jeszcze ze Szwajcarii, gdzie załatwiała swoje sprawy, Łucja nieba­wem miała tam pojechać, natomiast kucharka codziennie przypominała o konieczności zatrudnienia kogoś do po­mocy. 

 

Dlatego dziś, kiedy naczelna gazety podrzuciła jej kolej­ny temat, Klara zrozumiała, że jeśli natychmiast nie wtuli głowy w poduchy kanapy we własnym salonie, z pewno­ścią oszaleje. Na szczęście udało jej się wyjść z redakcji wcześniej. Gnała do domu uradowana perspektywą bez­troskiego (jak sobie solennie obiecała) odpoczynku. Nieste­ty, dobry nastrój prysł, gdy dotarła do pałacu. Zastąpiło go bezgraniczne zdumienie, które wręcz odebrało jej mowę.

 

Stała oparta o drzwi, nie wierząc własnym oczom. Na jej nowiutkiej jasnobeżowej kanapie leżał pies. Dość duży, w typie golden retrievera, tylko w kolorze bardziej choco niż gold, i niemiłosiernie brudny. Patrzył na nią i merdał przyjaźnie ogonem, gdy ona w ogóle nie miała ochoty na odwzajemnienie sympatii (sądząc również po zadowolo­nym psim pysku) zwierzaka. Rosła w niej wściekłość. Nie na sukę, ale na Kubę, który ją tutaj wprowadził. Błyska­wicznie połączyła fakty. Jakub ostatnio zachowywał się podejrzanie. Znikał wieczorami, a po powrocie dziwnie pachniał. Teraz już wiedziała czym, ponieważ ta woń wy­pełniła cały apartament. 

 

Nim ochłonęła, zjawił się winowajca z kawałkiem kieł­basy w ręce. Na widok Klary beztroski uśmiech na jego ob­liczu natychmiast zgasł. Przerażony ściągnął opornego psa z kanapy i wyprowadził. Łudził się, że w ten sposób udo­brucha ukochaną, jednak coraz bardziej purpurowa twarz Klary szybko rozwiała te nadzieje. Pobiegła za nim i igno­rując chaotyczne wyjaśnienia, gdy wyszedł, z hukiem za­trzasnęła za nim frontowe drzwi. Teraz od dłuższej chwili stała oparta o nie rękami i nie wiedziała, co począć.

 

Łucja podeszła i objęła przyjaciółkę ramieniem.

– Chodź, zrobię ci herbaty.

 

Klara westchnęła z rezygnacją i dała się pociągnąć do kuchni. Po drodze dostrzegła Jakuba przez szklane drzwi tarasu. Z zatroskaną miną czochrał po karku psa siedzą­cego posłusznie przy jego nodze. Pomyślała mimowol­nie, że choć to oni zostali wyrzuceni za drzwi, tę bitwę przegrała ona. Cokolwiek teraz postanowi, i tak wyjdzie źle. 

 

Rozgoryczona klapnęła na kuchenne krzesło, oparła łokcie na stole i spojrzała w okno. Stąd nie widziała Kuby, jednak była pewna, że wciąż tkwił na dziedzińcu i czekał na decyzję. Oboje czekali.

– Powiedz mu, proszę, że pies może zostać w szopie, dopóki nie znajdziemy mu domu – odezwała się zdziwio­na, że wypowiedziała te słowa na głos. – Nie chcę na razie z nim gadać. Muszę ochłonąć. 

– Pewnie. – Łucja pogłaskała ją po ramieniu. – Powiem. Potem. Teraz niech się jeszcze trochę pomartwi, w końcu przecież nabroił – dodała, jakby zapomniała, że sama rów­nież maczała w tym palce. – A tymczasem napijemy się her­baty.

– Mówisz zupełnie jak Alex. – Klara roześmiała się nagle. – Chodzi mi o herbatę – uzupełniła na widok za­skoczonej miny Łucji. – On też wierzy, że filiżanka her­baty jest lekiem na wszystko.

Łucja się uśmiechnęła. Postawiła na blacie dwa kubki i wlała do każdego zaparzoną wcześniej esencję.

– Tęsknisz za nimi, prawda? – Klara wciąż nie spusz­czała z niej wzroku.

– Bardzo. – Łucja odstawiła czajnik, usiadła naprze­ciwko i przesunęła w jej stronę naczynie z parującym na­parem. – Cieszę się, że już niedługo będziemy razem.

– Tylko szkoda, że tak krótko. Naprawdę musisz jechać do Brienz?

– Nie muszę, ale powinnam – westchnęła Łucja, pod­pierając policzek pięścią. – Sara i Alex przenieśli się do pensjonatu, żebym nie musiała go sprzedawać. Doce­niam to i muszę im pomóc. Przynajmniej dopóki Kristi­na nie wydobrzeje, czyli pewnie za jakieś trzy tygodnie. Wtedy ona zajmie się gośćmi. – Podniosła kubek z her­batą do ust. – Na razie są tam rodzice Sary, potem muszę ich zmienić.

– Że też Kristina musiała zwichnąć nogę akurat w ta­kim momencie. – Klara pokręciła głową. – Pech! 

– Pewnie, że pech. Ciężko w ostatniej chwili znaleźć zastępstwo. Muszę ratować sytuację. 

– Ale będziesz tam ze wszystkim sama.

– Teraz nie ma tak wielu gości jak zimą, spokojnie so­bie poradzę. Bardziej martwię się o ciebie. – Łucja popa­trzyła z troską na przyjaciółkę. – Wyglądasz ostatnio na wykończoną.

– Kocioł w pracy – ucięła Klara. – Poza tym przecież niedługo wraca Anna. 

– Mówiła, że to może jeszcze potrwać.

– Dam radę. Zasłużyła na trochę oddechu. Przez ostat­nie miesiące tyrała jak wół.

– Tak jak ty – podchwyciła Łucja. – Też zasłużyłaś na odpoczynek.

– Gdyby to było takie proste. – Klara uśmiechnęła się cierpko. – Przecież ciągle coś się dzieje, choćby ta afera z psem. Widziałaś, co zrobił w salonie? Mam nadzieję, że Kuba przynajmniej wyczyści uświnioną kanapę. – Skrzy­wiła się na samo wspomnienie. – Wczoraj odhaczyłam ostatni pokój. Gość przyjeżdża już niebawem. Mężczy­zna, raczej starszy, sądząc po głosie, o arystokratycznie brzmiącym nazwisku, nie pamiętam, jakiś „von”.

– Niemiec?

– Austriak, ale dobrze mówił po polsku.

– Zaczyna się pierwszy turnus. – Łucja zmarszczy­ła czoło. – Jutro przyjeżdża też niemieckie małżeństwo, o którym ci wspominałam, i dwaj mężczyźni, chyba węd­ karze, bo rozpytywali o okoliczne łowiska.

 

Zrobiłam za­kupy, Kazia już obmyśla menu. Trzeba tylko jeszcze przy­gotować pościel i przewietrzyć pokoje.

– Ja to zrobię! – Klara poderwała się z miejsca.

– Zostaw. – Przytrzymała ją gestem. – Dopij herbatę i zjedz coś, a potem się połóż, bo wyglądasz jak śmierć na chorągwi. Kuba się tym zajmie. – Mrugnęła szelmowsko. – Obiecał.

– Niebywałe! – Klara uniosła w zdumieniu brwi. – Przecież rzadko ściele nawet własne łóżko! Chyba napraw­dę zamierzał powiedzieć mi o psie. Obawiam się jednak, że to mimo wszystko jednorazowy akt dobrej woli. O ile nie chowa w zanadrzu kolejnych niespodzianek. – Zrobiła palcami cudzysłów w powietrzu. 

– Tak czy owak, musimy zatrudnić jakąś pomoc. 

– Kazia też naciska. – Przypomniała sobie Klara. – Domaga się również osoby do wydawania posiłków.

– Właśnie. I wspominała o jakiejś znajomej studentce, która chciałaby sobie dorobić w sezonie. 

– Jutro się tym zajmę. Dziś muszę jeszcze trochę po­pracować. 

– Miałaś odpoczywać!

Łucja spojrzała na nią z przyganą. Klara westchnęła ciężko i machnęła ręką. 

– Dostałam nowy temat. Podobno idealny dla mnie. 

Łucja milczała w oczekiwaniu na ciąg dalszy, ale Klara uciekła wzrokiem. Widać było, że coś ją gryzie. 

– Mam napisać o happeningu ulicznym – wyjaśniła wreszcie. – Ktoś przykleja na budynkach w różnych czę­ściach miasta ceramiczne płaskorzeźby.

– A ty musisz go odnaleźć? I to cię martwi?

– Nawet nie… Chodzi o to, co przedstawiają te pła­skorzeźby. Powód, dla którego to ja dostałam ten temat.

– Nie powiesz mi chyba, że… – Łucja była wyraźnie zaintrygowana. 

– Tak. Znów róże – potwierdziła Klara zmęczonym głosem. – A ja, szczerze mówiąc, mam dość. Róż i wszyst­kiego, co z nimi związane! 

– Ale sama nalegałaś, by uczynić je wizytówką pałacu, ze względu na jego historię…

– Wiem i to był chyba błąd. Za dużo ich wszędzie. Dlatego wolałabym nie badać zagadki ceramicznych róż. Intuicja mi mówi, że wręcz nie powinnam.

– Ejże! Chyba nie myślisz, że happening ma jakiś zwią­zek z Luizą i pałacem?

– Nic podobnego! – Klara zaśmiała się trochę sztucznie, tuszując zakłopotanie równie udawanym ziewnięciem. – Jestem tym po prostu zmęczona. A jeszcze podobno ktoś ostatnio widział gdzieś ceramicznego kota, a ten raczej tu­taj nie pasuje.

– Więc czego się obawiasz?

– Niczego. Przecież mówię, po prostu mam przesyt. Nie chcę więcej róż. Zaczyna mnie od nich mdlić. Wy­starczy to, co jest. Tapety, poduszki, filiżanki i cała reszta. 

 

– Bo to jest przecież Pałac Stu Róż! – Łucja zachicho­tała. – I o ile pamiętam, to był twój pomysł.

– Nie przypominaj mi. – Klara się skrzywiła. – Ani o tych stu odmianach przebrzydłego kwiecia, które chce­cie posadzić w ogrodzie.

– Myślę, że to nastąpi niebawem. Kuba mówił… – Urwała i obie spojrzały na siebie.

– Pójdę do niego i spytam, czy napije się herbaty. – Łu­cja taktownie nie skomentowała tego, że pochłonięte roz­mową zapomniały i o nim, i o psie. – A ty sobie odpocznij. I nie myśl o niczym, a już na pewno nie o różach.

(…)

Opinia
Treści
takahe Linia koment Książka zapowiada się bardzo ciekawie
2015-03-31 10:52:51
violabu Linia koment Palnuję przeczytać coś pani Renaty Kosin, ale ciągle inne książki wygrywają. Dziękuję za przypomnienie :-)
2015-03-31 09:41:46
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów