Mroczny kryminał i namiętny romans

«poprzedni     następny»
2015-01-28 11:50:56
news - Mroczny kryminał i namiętny romans

Mroczny kryminał i namiętny romans w jednym. Nakładem Wydawnictwa Literackiego 5 lutego ukaże się nowa powieść Agnieszki Olejnik Dante na tropieTej książki nie można czytać obojętnie. Emocje są gorące, zbrodnie makabryczne, przyjaciele wierni, bohaterka pociągająca, a Dante - niezawodny.

 

Anna Drozd przyjechała do małego miasteczka, kupiła piękną willę na uboczu, wyremontowała ją i zamieszkała w niej razem z wyżłem weimarskim o poetyckim imieniu Dante. Znalazła pracę w miejscowej bibliotece, a ponieważ była typem samotniczki, życie wśród bibliotecznych regałów bardzo jej odpowiadało. Mieszkańcy miasteczka, zaintrygowani samotniczym życiem młodej kobiety, tonęli w domysłach, co też skłoniło Annę do porzucenia poprzedniego życia w dużym mieście. Większość stawiała na zawód miłosny, ale na nieszczęście plotkarzy, nikt więcej nie mógł się niczego o niej dowiedzieć. 

 

Bomba wybucha, kiedy Dante na spacerze przynosi do nóg swojej pani zakrwawiony ludzki palec. Przerażona Anna biegnie na komisariat, gdzie poznaje komisarza Wiktora, podobnie jak ona pokiereszowanego przez życie. W spokojnym dotychczas miasteczku zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Osoby, z którymi Anna rozmawia, próbując wyjaśnić kryminalną zagadkę, umierają w tajemniczych okolicznościach. Wkrótce jej samej zaczyna grozić niebezpieczeństwo… 

 

Czy Anna rozwikła tajemnicę zbrodni? Czy znajdzie spokój i zostanie w miasteczku z psem i mężczyzną przy boku? 

 

Dante na tropie to druga po świetnie przyjętym debiucie Zabłądziłam powieść Agnieszki Olejnik. Warto po nią sięgnąć. Dziś publikujemy premierowe fragmenty książki

 

Deszcz zaczyna padać tak nagle i mocno, że choć jestem zaledwie kilkaset metrów od domu, nie ma sensu zawracać. Szybko skręcam w lewo, do lasu. Gwiżdżę, wskazując Dantemu kierunek szerokim ruchem ręki. Rozumie, wraca, wbiega w gąszcz.

Zanim dopadnę zarośli, jestem mokra i zmarznięta. Wiatr wyje potępieńczo, świat staje się ciemnoszary. Wyżymam końcówki włosów, ponownie sięgam po gwizdek i trzema krótkimi sygnałami przywołuję Dantego. Przez chwilę rozglądam się, nie wiedząc, z której strony mogę się go spodziewać.

Psa nie ma. Musiał odbiec daleko. Wreszcie kątem oka łowię ruch po lewej stronie, za pniem potężnego dębu. To on — nadbiega, radosny jak zawsze, przeskakując potężnymi susami połamane gałęzie i kępy niskich krzewów. Nagle wydaje mi się, że w tle pojawia się jeszcze jakiś ruch i strzępek koloru — fioletu albo może bordo — ale gdy ponownie kieruję tam wzrok i próbuję odnaleźć to coś lub tego kogoś, między drzewami widzę tylko chwiejące się sylwetki jałowców. Dante siada przede mną, czeka. Nachylam się i tarmoszę go za uszy, aby nagrodzić za posłuszeństwo.

— Dobry pies.

Wtedy zauważam, że trzyma coś w pysku. Wygląda jak nieświeża parówka, jest brudnobiałe i obrzydliwe.

— Fe! — mówię ostro.

Dante posłusznie wypluwa znalezisko. Pochylam się jeszcze bardziej, a potem zaczynam krzyczeć tak, jak nie krzyczałam jeszcze nigdy w swoim trzydziestopięcioletnim życiu.

 

Mężczyzna podchodzi do stojącego na parapecie czajnika elektrycznego, nalewa wrzątku do kubka. Potem siada ciężko i pociera dłonią podbródek. Jego zarost wydaje przy tym suchy szelest, który kojarzy mi się z dzieciństwem. Pewnie tata tak robił. Nie pamiętam samego gestu, tylko ten dźwięk.

— Proszę pani — mówi ostrożnie. — Musi pani tam z nami pójść.

Potrząsam przecząco głową. Siedzę skulona na plastikowym krześle, wtulam się w ten plastik tak, jakby to była miękka poduszka. Wciąż drżę, choć dawno już wyschłam.

— Niechże się pani napije kawy — zachęca policjant.

Wstaje i podchodzi do mnie, by podsunąć mi kubek. Dante warczy ostrzegawczo.

— Dobra, dobra. — Mężczyzna patrzy na psa z niechęcią. — Mogłaby go pani uspokoić?

Nie rozumiem, co do mnie mówi. Kawa. Litery na kubku składają się powoli w jakiś napis, ale nie mogę go odczytać. Uspokoić się. Dlaczego jeszcze tu siedzi? Dlaczego nie poszedł szukać tego białawego, chudego jak patyczek, lekko zniekształconego…

— Był uszkodzony — szepczę.

— Co takiego?

— Palec był jakiś uszkodzony. Teraz sobie przypomniałam. To znaczy paznokieć. Dziwny, krzywy. Ten ktoś musiał kiedyś mieć drobny wypadek, czy ja wiem, uderzył się młotkiem…

— Świetnie. Czyli szok powoli mija. Proszę się zastanowić, może przypomni sobie pani coś jeszcze.

Ale nie mogę sobie nic przypomnieć. Nic więcej ponad to, co wykrzyczałam, wpadając na komisariat z Dantem u boku, zapewne zdziwionym, że biegliśmy środkiem ulicy, a ja nie przypięłam mu smyczy. Nic więcej ponad to, że to nie była rozkładająca się parówka, lecz ludzki palec… ze zdeformowanym, nieco brudnym paznokciem.

 

Policjanci obchodzą się ze mną jak z jajkiem. Cierpliwie czekają, aż dojdę do siebie. Zgadzają się, abym poszła pieszo ze względu na Dantego — nie chcę go stresować przejażdżką radiowozem; może ze trzy razy w życiu siedział w samochodzie, chyba traktuje auta jak jakieś wielkie, dziwne zwierzęta.

Jadą więc powoli tuż za mną, budząc podniecenie mieszkańców miasta, zatrzymujących się na chodniku przed sklepami, z których właśnie wyszli lub do których mieli zamiar wejść.

Cicha, spokojna bibliotekarka Anna Drozd, zawsze milcząca, zawsze na uboczu — i policja? Co takiego mogłam przeskrobać?

Idę przed siebie jak automat, myśląc z przerażeniem o tym, na co się w końcu zgodziłam. Pójdę z nimi do lasu i pokażę to miejsce, pokażę ten palec.

 

Policjanci wciąż są mili, cierpliwie obserwują mnie, jak staram się wskazać miejsce, w którym wówczas schroniłam się przed deszczem. Dante szuka także — wątpliwe, by wiedział, czego, ale na moje polecenie węszy wytrwale. Wreszcie opadam z sił.

— Nie ma — mówię bezradnie. — Nie wiem, czy stałam dokładnie tutaj, czy bliżej pola, szukałam wszędzie i Dante szukał… To po prostu zniknęło.

— Ale jest pani pewna, że to był ten las? — pyta niższy z policjantów, ten, który bał się Dantego.

— Jestem pewna — odpowiadam. — Tam jest mój dom. Ten pomarańczowy dach. Widać go między drzewami. Codziennie chodzę tu niedaleko na spacery. Szłam prosto w pole, ale zaczęło padać…

Nie mam siły opowiadać tego od początku. Chcę usiąść albo położyć się i zakryć głowę rękami.

— To się stało naprawdę — dodaję jeszcze. — Pies przyniósł mi ludzki palec.

— Wierzymy pani — mówi szybko ten niski. — Zaraz będzie tu więcej naszych ludzi, przeszukamy dokładnie las. Może znajdziemy jakieś inne ślady, krew, odzież. Co do palca, to możemy go nigdy nie znaleźć, rozumie pani. Mogło go już dawno zjeść jakieś dzikie zwierzę…

Urywa, bo schylam się nagle i wymiotuję na swoje buty.

Opinia
Treści
szpachela Linia koment Zachęcające fragmenty :)
2015-01-28 13:05:56
czarniutka21 Linia koment lubię takie połączenia ;)
2015-01-28 12:23:12
azetka79 Linia koment będzie ciekawie:):):)
2015-01-28 11:59:29
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów