Nowe tłumaczenie powieści "To nie jest kraj dla starych ludzi"!

«poprzedni     następny»
2014-01-23 11:06:48
news - Nowe tłumaczenie powieści "To nie jest kraj dla starych ludzi"!

1980 rok. Na pustkowiu tuż przy granicy z Meksykiem pewien myśliwy znajduje dwa miliony dolarów. Niedawno w trakcie transakcji narkotykowej doszło tu do krwawej strzelaniny. Llewelyn przywłaszcza sobie gotówkę, marząc o rozpoczęciu nowego życia. Ale jego tropem podąża psychopatyczny morderca...

 

Filmową adaptację powieści To nie jest kraj dla starych ludzi w reżyserii Ethana i Joela Coenów (2007) nagrodzono aż 4 Oskarami. Dziś wybitna powieść Cormaca McCarthy'ego ukazuje się w nowy, wiernym tłumaczeniu. Zapraszamy do lektury. Zapraszamy również do przejrzenia premierowego fragmentu powieści: 

 

Wysłałem jednego chłopaka do komory gazowej w Hunts-ville. Jednego jedynego. Sam go aresztowałem i świadczy­łem w sądzie. Ze dwa, trzy razy pojechałem go odwiedzić. Trzy. Ostatni raz w dniu egzekucji. Nie musiałem jechać, ale pojechałem. Ochoty nie miałem, wiadomo. Zabił czter­nastoletnią dziewczynę i powiem szczerze, nie paliłem się, żeby do niego jeździć, a co dopiero na egzekucję, ale po­jechałem. W gazetach pisano, że to zbrodnia w afekcie, ale mi powiedział, że żadnego afektu nie było. Chodził z tą dziewczyną, chociaż była bardzo młoda. On miał dziewięt­naście lat. No i powiedział mi jeszcze, że zamyślał zabić, odkąd pamiętał. Powiedział, że gdyby go wypuścili, znów by to zrobił. I wie, że pójdzie do piekła. Jego własne słowa. Nie mam pojęcia, co o tym myśleć. Naprawdę. Zaświtało mi wtedy, że nigdy nie widziałem takiego człowieka, i za­cząłem się zastanawiać, czy to aby nie jakiś nowy wychów. Patrzyłem, jak przypinają go do krzesła i zamykają drzwi. Był może trochę niespokojny, ale nic więcej. Widzi mi się, że naprawdę wiedział, że za kwadrans będzie w piekle. Wierzę w to. Dużo nad tym myślałem. Nietrudno się z nim roz mawiało. Nazywał mnie szeryfem. Ja nie wiedziałem, co mówić. No bo co powiedzieć człowiekowi, który się przyznaje, że nie ma duszy? Po co w ogóle mówić? Sporo o tym myślałem. A jednak ten chłopak to nic w porówna­niu z tym, co czekało za horyzontem.

 

Powiadają, że oczy są zwierciadłem duszy człowieka. Nie wiem, czego zwierciadłem były te tam oczy, i chy­ba szybko się nie dowiem. Ale gdzieś są oczy, co jeszcze inaczej patrzą na świat, i w tę stronę wszystko zmierza. To doprowadziło mnie do takiego etapu w życiu, jakiego bym się nigdy nie spodziewał. Gdzieś tam jest prawdziwy, żywy apostoł zagłady i ja nie chcę się z nim spotkać. Wiem, że istnieje. Widziałem jego dzieło. Jednego razu spoczęły na mnie jego oczy. Drugiego razu nie chcę. Nie będę nad­stawiał karku, nie wyjdę mu naprzeciw. Nie chodzi tylko o to, że przybyło mi lat. Chciałbym, żeby o to chodziło. Nie mogę nawet powiedzieć, że to kwestia woli. Zawsze wie­działem, że aby wykonywać tę robotę, trzeba być gotowym na śmierć. Taka reguła. Żaden powód do chwały ani nic, ale gotowym być trzeba. Bo jeśli człowiek nie jest gotów, oni od razu się połapią. Dojrzą w okamgnieniu. Tutaj chodzi raczej o to, że trzeba być gotowym stać się kimś innym. Widzi mi się, że wtedy człowiek wystawia na szwank swo­ją duszę. A ja tego nie chcę. Myślę sobie teraz, że nigdy bym nie chciał.

 

 

Zastępca szeryfa zostawił Chigurha stojącego w kącie, z rękami skutymi za plecami, a sam usiadł na krze­sełku obrotowym, zdjął kapelusz, wyciągnął nogi na biurku i zadzwonił do Lamara na telefon komórkowy.

 

Dopiero żeśmy weszli. Szeryfie, on ma ze sobą jakieś cudo, jakby butlę z tlenem na rozedmę płuc albo coś. No i rurkę w rękawie połączoną z takim paralizatorem, co ich używają w rzeźniach do ogłu­szania. Tak jest. Na to wygląda. Sam pan zobaczy po powrocie. Tak jest. Zabezpieczyłem. Tak jest.

 

Wstał z krzesła, odpiął z paska klucze i jednym z nich otworzył szufladę, żeby wyjąć klucze do celi. Był lekko pochylony, gdy Chigurh przykucnął i zsunął skute dłonie w zgięcia kolan. Jednym płynnym ruchem usiadł, odchylił się do tyłu, przełożył łańcuch pod stopami i wstał bez najmniejszego wysiłku. Jak gdyby robił to wcześniej wiele razy, i tak właśnie było. Za­rzucił skute ręce funkcjonariuszowi na szyję i podsko­czył, wbijając mu kolana w kark i szarpiąc za łańcuch.

 

Runęli na podłogę. Zastępca szeryfa próbował wsunąć palce pod łańcuch, ale mu się nie udało.

 

Chigurh napinał kajdanki, z kolanami wciśniętymi między swoje dłonie i odwróconą twarzą. Funkcjo­nariusz młócił dziko rękami, przebierał nogami po podłodze, przewracając kosz na śmieci, odpychając krzesło pod przeciwległą ścianę. Zatrzasnął kopnię­ciem drzwi i skołtunił dywanik. Charczał i pluł na czerwono. Zaczął się dławić własną krwią. Chigurh szarpnął mocniej. Niklowane kajdanki werżnęły się w kość. Pękła prawa tętnica szyjna, krew trysnęła przez pokój i spłynęła po ścianie. Nogi spowolniły bieg i znieruchomiały. Funkcjonariusz miał drgawki. A potem zastygł. Chigurh leżał, oddychając cicho, nie poluźniając ucisku. Wreszcie wstał, zdjął tamtemu klucze z paska i się uwolnił, następnie wcisnął sobie jego rewolwer w spodnie i poszedł do łazienki.

 

Opłukał nadgarstki zimną wodą, aż przestały krwawić, zębami porwał ręcznik na szarpie, obwią­zał przeguby i wrócił do pokoju. Usiadł na biurku i zabezpieczył opatrunki kawałkiem przylepca z do­zownika, wpatrzony w martwego mężczyznę gapią­cego się z podłogi. Gdy skończył, wyciągnął zastępcy portfel z kieszeni, wyjął pieniądze i wcisnął je sobie do kieszeni koszuli; wsiadł do radiowozu, włączył zapłon, wycofał auto z parkingu i ruszył na szosę.

 

Na autostradzie międzystanowej wypatrzył nowy model forda z jedną osobą w środku, zapalił światła i na moment uruchomił syrenę. Samochód zatrzymał się na poboczu. Chigurh podjechał z tyłu, zgasił silnik, zarzucił butlę na ramię, wysiadł i ruszył. Męż­czyzna obserwował go w lusterku wstecznym.

W czym problem, panie władzo?

Proszę opuścić pojazd.

Mężczyzna otworzył drzwi i wysiadł. O co chodzi?

Proszę się odsunąć.

 

Zrobił dwa kroki w bok. Chigurh zobaczył wąt­pliwość rodzącą się w jego oczach na widok zakrwa­wionej postaci, ale było za późno. Położył mu dłoń na głowie jak uzdrowiciel. Syk powietrza i cichy trzask bolca przypominały dźwięk zamykających się drzwi pneumatycznych. Mężczyzna osunął się bez­głośnie na ziemię, a w jego czole rozkwitł okrągły otwór, z którego buchnęła krew, zalewając mu oczy, przesłaniając widok rozpadającego się powoli świata. Chigurh wytarł dłoń chusteczką. Nie chciałem, żebyś upaprał samochód, powiedział.

Opinia
Treści
just_monca Linia koment Bardzo chętnie wezmę się za tą książkę.. po sesji :)
2014-01-23 11:09:31
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów