Wspomnienia byłego terrorysty

«poprzedni     następny»
2015-12-02 09:50:55
news - Wspomnienia byłego terrorysty

Księga i miecz opowiada o tym, jak niewinny chłopiec może wyrosnąć na pełnego nienawiści terrorystę. Gdy Kamal Saleem miał cztery lata, matka powiedziała mu,że jego powołaniem jest zabijanie niewiernych - zwłaszcza Żydów i Amerykanów. Kiedy liczył zaledwie siedem lat, wziął udział w swojej pierwszej misji, szmuglując broń do Izraela. Osiem lat później był już ekspertem - w obozach libijskiego dyktatora Muammara Kaddafiego szkolił bojowników z różnych stron świata. Dżihad zawiódł go między innymi do Paryża, Londynu i Kabulu. Kamal odwiedzał pałace arabskich szejków, zbierał miliony dla Organizacji Wyzwolenia Palestyny. Wreszcie został wysłany do Stanów Zjednoczonych, by nawracać na radykalny islam słabych, biednych i potrzebujących. Wypadek spowodował, że zaczął kwestionować cel, któremu poświęcił swoje życie. Dobroć okazana mu przez obcych zmieniła jego serce. Poznał miłość.... 

 

To niezwykła, osobista historia o tym, jak kształtuje się islamskiego terrorystę, ale także o przemianie i budzeniu się świadomości. 

 

Księga i miecz to prawdziwa historia islamskiego terrorysty. Kamal zerwał z dżihadem już dawno, ale dopiero po 11 września opowiedział o swojej przeszłości. Dziś prowadzi inną walkę - wzywa Amerykanów, aby się przebudzili i dostrzegli niebezpieczeństwo, które czyha w ich własnym kraju. Warto posłuchać jego głosu. Warto sięgnąć po Księgę i miecz, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Nowe Media. Dziś publikujemy jej premierowe fragmenty:

 

 13

 

Podziemny tunel oświetlony jaskrawymi żarówkami łączył biuro Abu Jusefa z innymi częściami Sabry. Zeszliśmy po schodach, przeszliśmy korytarzem, aż w końcu wyłoniliśmy się za hangarem pomalowanym na maskujące kolory. Od zewnątrz był on ufortyfikowany workami z piaskiem, a od środka stalowymi belkami i betonem. W środku tłoczyły się już setki fedainów. Wszyscy siedzieli w rzędach, z twarzami skierowanymi w stronę jednej z dłuższych ścian. Z kilkunastu drewnianych palet stworzono prowizoryczną scenę. Za nią stało sześciu mężczyzn w postawie „prezentuj broń” z karabinami AK-47 skierowanymi lufami w dół. Byli w pełnym umundurowaniu, a ich twarze zakrywały kefije. Nigdy wcześniej ich nie widziałem.

 

Drzwi na obu końcach hangaru były otwarte na oścież. Drobiny pyłu tańczyły w promieniach światła, które migotało nad szepczącym tłumem. Jak Mojżesz rozdzielający Morze Czerwone Abu Jusef przeszedł przez tłum. Żołnierze rozstąpili się na lewo i prawo, robiąc nam przejście. Stało się dla mnie jasne, że mentor prowadzi mnie prosto do pierwszego rzędu. Rozpierała mnie duma. Widziałem, że nawet niektórzy z naszych najodważniejszych wojowników nie dostąpili takiego zaszczytu. Usiedliśmy naprzeciwko palet. Siedziało tam już czterech lub pięciu innych chłopców i Abu Jusef ruchem ręki zarządził, że mają zrobić dla mnie miejsce w samym środku. Od razu zauważyłem, że i oni byli ubrani w mundury polowe, ale nie odebrało mi to ani trochę radości – nowa chusta i beret wyróżniały mnie z tłumu.

 

Wcisnąłem się między towarzyszy i usiadłem na zimnym klepisku akurat w momencie, gdy straż przy scenie stanęła na baczność i zasalutowała przechodzącemu Abu Jusefowi. Odwzajemnił honory. Nie widziałem jego twarzy, ale po uśmiechach żołnierzy domyśliłem się, że znali się dość dobrze. Wyraźnie uznawali jego wyższość, co wzbudziło u mnie jeszcze więcej szacunku dla Abu Jusefa. Po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać, skąd przybył mój mentor. Czy zanim wziął mnie pod swoje skrzydła, był kimś o wiele ważniejszym, niż mi się zdawało?

 

Około dziesięciu metrów na lewo od podestu otworzyły się drzwi. Z zapartym tchem czekałem, aż stanie w nich wyczekiwany gość. Najpierw weszło sześciu mężczyzn. Rozejrzeli się po sali, po czym czterech znów zniknęło, a dwóch zostało przy wejściu. Nie odwracałem wzroku ani na chwilę. W tym momencie pojawił się tam ktoś ubrany w mundur koloru khaki, z głową całkowicie owiniętą czarną chustą. Jego twarz była zakryta od oczu do szyi, a z tyłu tworzyło się coś w rodzaju kaptura.

 

Chłopiec obok mnie szturchnął mnie w bok.

– Jest! – szepnął rozemocjonowany. – Kto to?

– Szszsz! – syknąłem. Nie chciałem w żaden sposób przynieść Abu Jusefowi wstydu.

 

W eskorcie czterech groźnych ochroniarzy tajemniczy gość wszedł na scenę. Żołnierze za sceną przyjęli groźną postawę i skierowali lufy w stronę tłumu. Miałem wrażenie, że gdyby ktokolwiek zbliżył się do przybysza, od razu zmiotłyby go serie z karabinów.

 

Mężczyzna wszedł na scenę i stanął nieruchomo. Wówczas jeden z jego bojowników podszedł i zdjął z jego głowy chustę. Z hangaru zniknęło całe powietrze – wszyscy zgromadzeni fedaini ze zdziwienia jednocześnie wzięli głęboki oddech. Człowiekiem ukrytym za chustą był Jaser Arafat.

 

14

 

Tłum eksplodował dzwoniącymi w uszach wiwatami, które odbijały się od metalowych ścian. Krzyczałem z całych sił, ale wrzawa była tak wielka, że nie słyszałem własnego głosu.

 

Radość! Zachwyt! Euforia! Podziw! Trudno opisać mieszankę emocji, które wtedy opanowały moje ciało. To było więcej niż przyjazd gwiazdy rocka. W Sabrze objawił się bóg!

 

Wszystkie moje zmysły wyostrzyły się, jakbym nagle został przeniesiony przed samego Proroka. Chłopcy po prawej i lewej stronie byli tak samo oszołomieni, krzyczeli i tańczyli, nie mogąc powstrzymać entuzjazmu. Arafat miał na sobie szarozieloną koszulę, okulary w grubych czarnych oprawkach i chustę, chociaż nie była to kefija w kratkę – ta, która później już na zawsze stała się jego symbolem. Jego twarz pokrywał krótki kilkudniowy zarost, a nad wydatnymi ustami rosły gęste wąsy. Wśród huku okrzyków wódz uśmiechał się i kiwał głową, a stojący za nim mężczyźni nie przestawali przyglądać się tłumowi, wypatrując potencjalnych zamachowców. 

 

Abu Jusef wszedł na scenę i dał znak, abyśmy ucichli.

 

– Bracia, przedstawiam wam Jasera Arafata, qa’ad swoara al Palestinia! Lidera ruchu palestyńskiego.

 

Hangar ponownie wypełniły okrzyki. Nie był to wymuszony aplauz. Nikt nie czuł się zagrożony z powodu niewystarczająco entuzjastycznego wiwatowania, jak to bywało w Związku Radzieckim. Nie, to była czysta ekstaza! Z głośników gdzieś pod sufitem popłynął hymn Palestyny. Po trwających pełne pięć minut wrzaskach Arafat podniósł obie ręce, z podziękowaniem kiwając głową. Fedaini usiedli, rozmawiając jeszcze przez chwilę, a następnie całkowicie umilkli. Zająłem miejsce tuż przed sceną, niespełna pięć metrów od Arafata.

 

Wielki przywódca rozpoczął przemowę.

 

– Naszym celem jest Jerozolima – powiedział z powagą. – Tę ziemię dał nam Allah. Ona należy do nas. Żydzi odebrali ją nam z pomocą Anglików. Musimy ją odzyskać dzięki Bożej pomocy. 

 

Wielu uważa, że OWP to ugrupowanie świeckie. Ale tak nie jest. Arafat odczytał nam fragment Koranu, nie pamiętam jednak, z której sury. Opowiadał o ruchu na rzecz wyzwolenia Palestyny, o słuszności sprawy i o opłakanych warunkach, w jakich jest zmuszony żyć jego naród. Mówił, że dzięki żołnierzom takim jak my, odważnym i oddanym, jego naród zostanie wyzwolony i odzyska ojczyznę okupowaną teraz przez plugawych Żydów.

 

– Zwyciężymy dzięki wojownikom takim jak wy – ku mojemu zdziwieniu Arafat wskazał palcem prosto na mnie.

 

Serce podskoczyło mi w piersi. Zdumiony spojrzałem na chłopców. Rozglądałem się wokół, licząc na to, że któryś z nich zechce mnie uszczypnąć – zdawało mi się, że śnię. Siedzieli jednak wpatrzeni w Arafata, który właśnie zszedł z podestu, zrobił cztery kroki i stanął tuż przede mną, wyciągając do mnie prawą rękę. 

 

Spojrzałem Przywódcy w twarz i zobaczyłem, że się uśmiecha. Grube szkła powiększały mu oczy – zdawały się ogromne. Podałem mu dłoń, a on postawił mnie na nogi. Odwrócił mnie przodem do zgromadzonych. Objął mnie i poczułem zapach jego potu, skutku gorącego wiosennego dnia.

 

– To mężczyźni tacy jak Kamal będą naszymi wielkimi wyzwolicielami! – ogłosił z patosem.

 

Odwróciłem głowę, żeby na niego spojrzeć. „Jaser Arafat wie, jak się nazywam?!”

 

Następnie wódz odwrócił się, położył obie ręce na moich ramionach i pocałował mnie w czoło; jego oddech miał zapach czosnku i cebuli. Podniosła się fala okrzyków wymieszanych z oklaskami. Oszołomiony i wniebowzięty usiadłem na miejsce. Siedzący obok chłopcy poklepywali mnie po plecach. 

 

Jeśli Jaser Arafat powiedział, że będę wielkim wyzwolicielem, to może jednak nie jestem tchórzem. Może Mohammed wcale nie zginął z mojej winy… Ten moment był dla mnie punktem zwrotnym, chwilą odrodzenia. Od miesięcy chciałem się utopić albo wleźć do jakiejś dziury i tam umrzeć, ale teraz znów wstąpiło we mnie życie. Duch dżihadu został we mnie odnowiony. Dopiero po wielu latach zrozumiałem, że Abu Jusef wskazał mnie Arafatowi, dając mi czerwony beret i białą chustę…

Opinia
Treści
ksiazkomania Linia koment ciekawe
2015-12-02 10:14:37
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów