Majewski o fotografowaniu Santany

«poprzedni     następny»
2015-08-10 08:57:15
news - Majewski o fotografowaniu Santany

Koniak i Daktyle to notatki z życia polskiego fotografa w San Francisco z lat 1975-85. Uciekając z szarego PRL-u, Marek Majewski, absolwent ASP, zaczyna tam nowe życie. Jako jedyny Polak chwyta w ręce starego Pentakona 6×6 i zaczyna współpracę z legendarnym „Rolling Stone” w mieście, które w tym czasie jest nieoficjalną stolicą hippisów.

 

W redakcji uczy się fotoreporterki od najlepszych – Jima Marshalla i Annie Leibovitz. Fotografując gwiazdy rocka i Hollywood, podgląda od podszewki ich świat. Dzięki temu czytelnik poznaje z pierwszej ręki historie największych grup i wokalistów tamtego okresu – m.in. The Doobie Brothers, The Who, The Rolling Stones czy Santany oraz uczestniczy w największych balangach tamtych kolorowych czasów.

 

Kultowa książka Koniak i Daktyle wprowadza nas w życie San Francisco, które w latach 70. było stolicą hippisów, wolnym i najbardziej tolerancyjnym miastem na świecie. Tutaj pod palmami Kalifornii za posiadanie małej ilości marihuany płaciło się tylko mandat 100 $, gdy tymczasem w innych amerykańskich stanach można było trafić do aresztu. Legalne wtedy LSD zamieniło San Francisco w krainę baśni z 1001 nocy, a emancypacja młodych dziewczyn przez pigułki antykoncepcyjne dała hippisom free love.

 

Do tego raju na ziemi dostał się Marek Majewski, jedyny Polak współpracujący z pismem „Rolling Stone”, opisując ten wyzwolony świat w swojej kultowej książce. Warto poznać ten obraz. Warto sięgnąć po książkę Koniak i Daktyle. Warto wziąć udział w konkursie, który jej właśnie jest poświęcony. A jeśli jesteście ciekawi, jak Marek Majewski wspomina spotkanie z Santaną, zapraszamy Was do przeczytania premierowego fragmentu jego książki:

 

Gdy razem z Gabi podjeżdżaliśmy do Winterlandu, przed głównym wejściem stały już tłumy. Tym razem wzięliśmy taryfę. Kilka bloków na północ zaczynało się Murzynowo i niebezpiecz¬nie było zostawić sportowy kabriolet na ulicy – zwłaszcza w nocy. Na firmowych koszulach Winterlandu, które mieliśmy na sobie, widniał dodrukowany napis SANTANA. Były one wejściówkami do garderoby. Od głównego wejścia na salę ruszyliśmy w kierunku sceny, aby w garderobie poczekać na Santanę. Salę wypełniał po brzegi, dziki, histerycznie rozwrzeszczany tłum jego wielbicieli. Bocznych przejść strzegła policja i nie wolno tam było stać, ani siedzieć. Ciekawostkę w Winterlandzie stanowiło to, że wszystkie przejścia i schody wymalowano w skośne pasy jasnozieloną fosforyzującą farbą, która świeciła w ciemności. Tak, że nawet na największym haju, trudno było się tutaj zgubić

 

Ponieważ mieliśmy na sobie firmowe koszulki, nikt nie stawiał nam przeszkód, a policja z respektem torowała drogę do sceny. W garderobie zastaliśmy muzyków, kilku dźwiękowców oraz groupies obu zespołów.

 

Kilka minut po jedenastej pojawił się wreszcie Carlos. Wszedł w obstawie przyjaciół, z jedną z ulubionych gitar w ręku. Kilka innych leżało już dawno w garderobie. Rozejrzał się dookoła po towarzystwie i nie spiesząc się zupełnie, usiadł na krześle. Siedzący blisko dźwiękowiec błyskawicznie skręcił nowego peta i kopsnął go mistrzowi. Santana włożył go nonszalancko w usta i przyjął ogień od wydekoltowanej brunety, która pośpieszyła z zapalniczką. Wolno i z namysłem zaciągnął się kilka razy, po czym podając peta dalej, powiedział coś żartem po hiszpańsku. Wszyscy, którzy znali ten język ryknęli śmiechem. Następnie on, zadowolony z dowcipu, wyjął gitarę z futerału i zaczął sprawdzać strojenie.

 

Ktoś chyba powiadomił Ridersów, że gwiazdor już jest, bo za chwilę przestali grać. Mistrz jednak nie spieszył, bawił się strunami gitary i zaciągał od czasu do czasu skrętem, który krążył wokoło. Ja tymczasem podjąłem próbę zrobienia paru zdjęć. Wyjąłem więc flesz i żeby sprawdzić, czy wszystko działa, błysnąłem nim parę razy w podłogę. Zwróciłem tym samym uwagę Santany, który trzymając w ustach dymiącego peta, popatrzył luźno w moim kierunku – mówiąc:

– Nie, nie rób teraz zdjęć, może potem, po koncercie, OK? Przecież nie sfotografujesz mnie ze skrętem w ustach!

 

Potem spytał dla jakiego magazynu pracuję, a gdy dowiedział się, że dla „Avance” pokiwał tylko z uznaniem głową – mrucząc przez dym:

– Tak, to bardzo dobry magazyn. Myślę jednak, że lepiej będzie, jak zrobisz coś na żywo ze sceny. W zdjęciach takich jest większe napięcie, większy ładunek emocjonalny – zakończył, odlepiając peta od wargi i podając go dalej.

 

Miałem, co prawda, inny plan, bo szykowałem się na duże zbliżenie twarzy, które później wypełniłoby okładkę. Przytaknąłem mu jednak i pomyślałem, że może namówię go na to, po koncercie. Carlos posiedział jeszcze chwilę, popalając na luzie i żartując z dźwiękowcami. Robił wrażenie jakby przyszedł na pogaduszki nie spiesząc się nigdzie. A gdy rozgrzana sala zaczęła skandować: SANTANA, SANTANA, SANTANA! – wyszedł wreszcie na scenę.

 

Potem, gdy rozochocony i rozwrzeszczany motłoch zaczął skandować „Magic woman, MAGIC WOMAN”!, zrobiło się naprawdę gorąco. Mistrz nabrał szybkości w solówkach i teraz ostro wyrabiał na wiośle . Gdy wreszcie zagrał „Black Magic Woman” – zacząłem fotografować. Wtedy uchwyciłem najlepsze pozy.

 

Koncert, po wielu bisach, skończył się dopiero o drugiej w nocy. My z Gabi znowu ruszyliśmy na zaplecze sceny. Carlos popalając nowego skręta, wycierał ręcznikiem lejący się z niego pot. Był bardzo zmęczony. Gdy zobaczył mnie, podał mi jointa i zagadnął: – No jak, uchwyciłeś coś dobrego na okładkę?

 

– Tak, mam kilka superklatek – odparłem podniecony. 

 

Rozpogodził się wtedy, mówiąc: – Zadzwoń do mnie w poniedziałek, chciałbym je zobaczyć. 

 

Mimo wszystko planowałem zrobić zbliżenie jego twarzy. Byłby to dokument zmęczonego artysty po występie. Ale gdy cichaczem zacząłem rozpakowywać aluminiową walizkę, Carlos zatrzymał mnie wyciągniętą ręką.

 

– Proszę cię, daj już spokój, nie wyjdę teraz dobrze na zdjęciach, jestem przecież cały spocony... Może innym razem. OK. Zresztą... i tak masz już okładkę na filmie. Po co więc ta nerwówka? Następnie zamienił kilka słów po hiszpańsku z dźwiękowcem, który siedział obok, wpatrzony w niego jak w święty obrazek. Facet błyskawicznie skręcił grubego peta. Santana wziął od niego skręta i wręczając go mnie – powiedział:

 

– To na drogę powrotną amigo, żebyś się trochę rozluźnił. Hasta la vista – rzucił na odchodne dźwiękowcom. Podał mi rękę i wyszedł, a za nim, niosąc jego ulubioną gitarę, głęboko wydekoltowana bruneta.

 

Opinia
Treści
szpachela Linia koment Coś dla mnie :) Lubię takie historie :)
2015-08-10 14:03:20
azetka79 Linia koment ciekawa i pasjonująca jest praca fotografa
2015-08-10 09:10:50
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów