W kolejce po życie

«poprzedni     następny»
2015-06-12 10:09:51
news - W kolejce po życie

W sylwestrowy poranek ktoś zadzwonił do drzwi. Na zewnątrz stał policjant i było jasne, że nie przynosi dobrych wiadomości. Uporządkowane i monotonne życie Ewy zmieniło się w jednej chwili. Jej mąż miał ciężki wypadek. W szpitalu okazuje się, że Leszek jest w śpiączce, nie wiadomo czy kiedykolwiek wyzdrowieje. Ewa chce być przy nim i przeprowadza się do Ciechocinka. Dzięki życzliwości lekarza, Krzysztofa, może zamieszkać w starej urokliwej willi, niegdyś pensjonacie, przy ulicy Miętowej. Poznaje właścicielkę, baronową Konstancję i jej rodzinę. Zbliża się też do Krzysztofa. Niedługo będzie musiała stanąć przed arcytrudnym dylematem, który zadecyduje o jej dalszym życiu i szczęściu. Jaką decyzję podejmie? Jak dalej potoczą się jej losy? Można się o tym przekonać podczas lektury powieści Katarzyny Archimowicz W kolejce po życie. Premiera 17 czerwca 2015, już teraz jednak zapraszamy Was do przeczytania początkowego fragmentu powieści: 

 

W dużym, jasno oświetlonym salonie, wśród zapachu igliwia i wigilijnych potraw, krzątało się z dwadzieścia osób. Jedne brały czynny udział w przygotowaniach do uroczystej kolacji, inne gawędziły wesoło zbite w małe grupki. Kilkupokoleniowa rodzina Czarskich szykowała się do wspólnej wieczerzy.

 

Pogoda w sam raz dostosowała się w tym roku do świątecznego czasu – na dworze było rześko, śnieżnie, choć mimo to niezbyt zimno. Termometr pokazywał temperaturę nieco powyżej zera, a niebo zaciągnęło się ciężkimi chmurami, z których od kilkunastu godzin nieustannie padał mokry śnieg. Cała okolica wprost tonęła w puchu, uginały się pod nim bezlistne gałęzie drzew. Dachy wszystkich budynków pokrywała śniegowa czapa, na polach, jak okiem sięgnąć, rozpościerała się dziewicza biel.

 

Zmierzchać zaczęło ledwie po piętnastej, a gruba warstwa chmur sprawiła, że nie sposób było dojrzeć pierwszej gwiazdki, choć zapewne musiała się już pojawić, bo dochodziła osiemnasta. Wobec takich okoliczności kolację należało rozpocząć na sygnał gospodarza.

 

– Zapraszam, kochani, do stołu – odezwał się Leszek, któremu udało się wymigać od kuchennych prac i mógł zabawiać gości rozmową. – Tato, czyń honory. – Podał ojcu talerzyk z opłatkami.

 

Senior rodu sięgnął po jeden z nich i odczekawszy chwilę, aż wszyscy zbiorą się wokół niego, drżącym ze wzruszenia głosem przemówił:

 

– Życzę wam, abyśmy z bożym błogosławieństwem spotkali się tu wszyscy znów za rok. – Wyciągnął trzęsącą się dłoń przed siebie i obrócił się lekko w stronę swojej żony, po czym przełamał się z nią tym leciuchnym kawałkiem opłatka.

 

Pośród cichych dźwięków kolędy płynącej z odtwarzacza Czarscy przemieszczali się po całym salonie, wymieniając świąteczne życzenia, uściski i pocałunki. Obrzęd ten trwał długo, każdemu wszak należało szepnąć dobre słowo wedle jego potrzeb, wieku czy profesji. I tak: starszym winszowano przede wszystkim zdrowia, dzieciom – sukcesów w szkole, młodzieży – miłości, a tym w wieku średnim – pieniędzy. Niektórzy życzyli sobie nawzajem spełnienia marzeń, chyba nie będąc świadomymi, że gdyby te naprawdę się ziściły, niejednemu odmieniłyby życie tak bardzo, że kto wie, gdzie by był za rok o tej samej porze…

 

– Wszystkiego najlepszego – szepnął Leszek, gdy podszedł wreszcie do żony. – Spełnienia najskrytszych marzeń. – Przełamali się opłatkiem i uścisnęli serdecznie.

– Nawzajem – odpowiedziała po prostu Ewa.

 

Gdy już każdy z każdym zamienił choć słówko, zgromadzeni zaczęli zajmować miejsca przy stole. Barszcz z uszkami jedli w milczeniu, pobrzękując niekiedy łyżkami o talerze, ale w miarę upływu czasu, gdy ich żołądki coraz bardziej napełniały się po całodniowym poście, głośniej zaczynały pobrzmiewać rozmowy i ich gwar wciąż narastał.

 

Wigilia piąty raz z rzędu gromadziła u Czarskich całą rodzinę. Przed pięcioma laty Ewa z Leszkiem sprowadzili się do tego domu z Zamościa i tradycją już stały się kolacje wigilijne skupiające sporą część ich bliskich wokół równie sporego stołu. Przez pierwsze kilkanaście lat małżeństwa zajmowali trzypokojowe mieszkanie w wieżowcu na Osiedlu Zamoyskiego. Życie w mieście było całkiem praktyczne, dopóki dzieci były małe. Osiedlowe przedszkole i szkoła w niedalekim sąsiedztwie zapewniały dzieciakom względne bezpieczeństwo i luksus wstawania z łóżka zaledwie na pół godziny przed rozpoczęciem zajęć.

 

Leszek był jedynym żywicielem rodziny. Na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy polski kapitalizm znajdował się jeszcze w powijakach, na rynku pracy rozpoczynał się nowy ruch, na falach którego śmiało mogli wypłynąć na szerokie wody zdolni i kreatywni, ale też łatwo mogli pójść na dno zbyt ostrożni i mało pomysłowi. Dwudziestodwuletni wówczas Leszek miał już wtedy na utrzymaniu żonę i dwóch małych synów. Jak każdy ambitny pan domu obrał sobie za cel utrzymać go na odpowiednio wysokim poziomie i zadbać o kompleksową edukację chłopców, co w tamtym czasie nie było takie znów proste, bo prywatyzująca się właśnie Polska najpierw musiała zburzyć dotychczasowy system pracy i płacy. Skutkiem tego ludzie imali się przeróżnych zajęć, często za psie pieniądze. Leszek był absolwentem technikum samochodowego i w trakcie nauki pojawił mu się w głowie pomysł, by rozpocząć studia na politechnice, ale czas skutecznie zweryfikował te plany, stawiając mu na życiowej drodze Ewę.

 

Opinia
Treści
szpachela Linia koment Bardzo podoba mi się ten fragment, jestem ciekawa całej książki. Tylko czasu tak mało na ich czytanie...
2015-06-12 10:17:25
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów