Przeczytajcie fragmenty "Odpływu"

«poprzedni     następny»
2015-01-16 06:43:00

Nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazał się właśnie Odpływ - nowa powieść Larsa Saabye Christensena, autora bestsellerowego PółbrataPolecamy ją uwadze czytelników.

 

I.

Funder zwany Chaplinem ma 15 lat, właśnie wyjechał z matką na wakacje. Jest lipiec 1969 roku, za kilkanaście dni Neil Armstrong stanie na powierzchni Księżyca. Funder chce napisać o tym wiersz, ale nie uda mu się stworzyć niczego poza tytułem.

 

II.

Kiedy w amerykańskim miasteczku Karmack liczba nieszczęśliwych wypadków wzrosła o 18 procent, szeryf postanawia zatrudnić pośrednika, który będzie przekazywał tragiczne wieści rodzinom poszkodowanych. Posadę otrzymuje Frank Farelli. Niektórzy twierdzą, że Farelli przynosi nie tylko wiadomości o nieszczęściach, ale również same nieszczęścia.

 

III.

Funder jest już po pięćdziesiątce, właśnie opuścił ośrodek terapeutyczny w stanie Maryland. Jest cenionym pisarzem, ale po śmierci ojca przeżył załamanie nerwowe. Najpierw straciłem ojca, potem straciłem powieść, a na koniec straciłem rozum – mówi.

 

Te trzy historie, misternie połączone na bardzo wielu poziomach, składają się na Odpływ, nową powieść Larsa Saabye Christensena, głównego norweskiego pretendenta do Literackiej Nagrody Nobla. W najnowszej książce norweski pisarz powraca do swoich ulubionych wątków i tematów: relacji dziecko–rodzice, dojrzewania i drobnych niedoskonałości fizycznych, które definiują osobowość. Znakiem rozpoznawczym Saabye Christensena są też postaci kobiet świetliste, tajemnicze i emanujące swoistą melancholią.

 

Książka została uznana przez prasę za arcydzieło i jest uważana za najlepszą powieść autora.

 

Ostry, zabawny i wstrząsający Odpływ to propozycja dla wszystkich, którzy kochają filmy braci Coen i nie mogą się uwolnić od chłodnego czaru prozy Karla Ove Knausgårda. Saabye Christensen hipnotyzuje tak samo, ale czułość, z jaką opisuje swoich niedoskonałych bohaterów, sprawia, że Odpływ emanuje niezwykłym ciepłem. Warto się o tym przekonać. Warto sięgnąć po nową powieść Larsa Saabye Christensena. Dziś publikujemy jej obszerne fragmenty: 

 

— Jak myślisz, która godzina jest na Księżycu? — spytałem.

— Może ta sama co tutaj?

— Ale tutaj nie jest ta sama co w Ameryce. U nas jest mniej więcej o siedem godzin wcześniej. A wiesz, co to znaczy?

— Że u nich jest siedem godzin później.

— No właśnie. A jeśli na Księżycu jest ta sama godzina co w Ameryce, to u nas Apollo wyląduje o siedem godzin wcześniej niż w Ameryce. Mam rację?

Heidi tylko na mnie patrzyła. Oparła brodę na rękach i patrzyła. Nie mogłem teraz przerwać.

— Ale najszybciej wylądują w Australii, bo tam jest dwadzieścia godzin wcześniej niż u nas. W Australii już jest poniedziałek. Napompować ten materac?

— Masz ochotę się kąpać?

— Nie.

Heidi dalej na mnie patrzyła, więc teraz już z całą pewnością nie mogłem przestać. Musiałem kontynuować nieprzestawanie. Szukałem pompki, ale jej nie znalazłem. Nie pozostawało mi nic innego, jak samemu go napompować. Otworzyłem wentyl i zacząłem dmuchać. To był nadzwyczaj wymagający materac. Osiem razy musiałem nabierać powietrza i słuchać, jak się wydostaje, chociaż z całych sił zaciskałem palce na tym przeklętym wentylu, który miał smak słonej wody, wodorostów i zjełczałego kremu do opalania. Przez chwilę wydawało mi się, że to się nigdy nie uda, ponieważ bokiem uchodzi tyle samo powietrza, ile wdmuchuję, albo odwrotnie. Tak już było tego lata, że wszystko, czego chciałem się pozbyć, nie odpuszczało. W końcu „dość” musiało oznaczać „dość”. Zakręciłem korek i osunąłem się na ławkę z uczuciem, że to materac wypompował mnie. Idealnie mieścił się na podłodze między nami.

— Do jakiej szkoły idziesz jesienią? — spytała Heidi.

— Jeszcze nie wiem. A ty?

— Ojciec chce, żebym poszła do handlówki.

— Masz ochotę?

— Nie. Szczególnie że tam chodzi Putte i ci jego głupi kumple.

Nachyliliśmy się do siebie, to znaczy ja zaryzykowałem pierwszy, a ponieważ ona również to zrobiła, nabrałem odwagi na tyle, by położyć jej rękę na kolanie; tam mogła leżeć w spokoju na tyle długo, że w końcu nie widziałem już innego wyjścia, niż przesunąć ją na udo, a wtedy już było niedaleko.

— W każdym razie idę do klasy z francuskim.

— Z francuskim? Znasz francuski?

— Non. Dlatego chcę się go nauczyć. Najlepsze wiersze na świecie napisano po francusku. Baudelaire. Rimbaud. De Gaulle. To znaczy Baudelaire.

Heidi się uśmiechnęła.

— Jego już wymieniłeś. Baudelaire’a.

— No tak, Baudelaire. Chcę ich czytać w oryginale, prawda? Bo inaczej nie mogę mieć pewności, że to, co czytam, jest prawdą, prawda?

— Owszem. Prawda.

— No właśnie to mówię, prawda?

— Dlaczego cały czas powtarzasz „prawda”?

Plotłem trzy po trzy. To był mój sposób na okazanie buńczuczności. Kiedy przyszło co do czego, okazało się, że dobrze mieć w zanadrzu Ciotkę Soffen, podobnie jak Ciotkę Emilie i resztę tej hałastry.

— Wiesz, że spośród ryb to karp może przeżyć najdłużej na lądzie?

— Nie.

— No to teraz już wiesz. Karp ma cholernie duże skrzela, które działają mniej więcej jak aparat tlenowy.

— Ale co karp ma robić na lądzie?

— Też mnie to dziwi. Co karp ma robić na lądzie, skoro może być w wodzie? To chyba jakieś nieporozumienie. Karpie nie trafiają na ląd z własnej woli.

— A jeśli któryś trafi?

— To znaczy, że to głupi karp.

— No właśnie, prawda? Głupi karp.

— A wiesz o tym, że poczta musi co roku spalać czterdzieści tysięcy listów, dlatego że nie dochodzą?

— Dlaczego?

— Bo nie dochodzą.

— Ale dlaczego nie dochodzą?

— Bo adres jest niewyraźnie napisany. Pomyśl tylko, co może być w tych listach. Może ktoś ciągle czeka na list, który został wysłany trzydzieści lat temu. Albo na odpowiedź na ten sam wysłany trzydzieści lat temu list, który nie doszedł, bo adres był napisany niewyraźnie, ponieważ autor tego listu był taki zdenerwowany, że trzęsła mu się ręka i nie mógł utrzymać pióra. Prawda?

— Jak myślisz, co było w tym liście, który nie doszedł?

— Kocham cię. Mniej więcej coś takiego. Albo: Czy mnie kochasz? Może i dobrze, że nie doszedł. A wiedziałaś, że od dziurawca robią się piegi?

Potem siedzieliśmy w milczeniu równie długo, jak wcześniej plotłem. Byłem idiotą w czasie teraźniejszym. Kopałem sobie grób łyżeczką do herbaty. Dlaczego nie pozostawiłem gadania innym, by samemu zająć się ciszą?

— Skończyłeś już ten wiersz o Księżycu? — spytała w końcu Heidi.

— Nie całkiem. Ale napisałem inny wiersz, który mogę ci przeczytać. To znaczy jeśli chcesz. Mogę ci go przeczytać, i to na głos.

— Tak, proszę, przeczytaj.

— Niestety nie mam go przy sobie, ale przyjęli go do druku w „Vinduet”. To literackie czasopismo wydawnictwa Gyldendal. Ale umiem go na pamięć.

— No to mów.

— Potem.

— Potem? Po czym?

Nachyliłem się jeszcze bardziej i w końcu udało mi się przenieść na jej ławkę, natomiast ręka zbliżała się do zamka spodni, to znaczy do suwaka, który można było rozpiąć, już słyszałem ten dźwięk, szybki szmer. To był bez wątpienia przełom. Zachowałem zimną krew, ale poza tym było mi gorąco. Miałem kontrolę. Umościłem się w zagłębieniu jej szyi i przygotowałem na długi pocałunek. Liczyłem, że kiedy się skończy, reszta, że tak powiem, przyjdzie sama. Później zamierzałem przeczytać jej wiersz. To znaczy wyrecytować go z pamięci. Planowałem wygłosić go mewom i krabom, rozgwiazdom i astronautom, ale przede wszystkim jej. Potem wszystko miało już wyglądać inaczej. Nagle ktoś szarpnięciem otworzył drzwi. Puściliśmy się natychmiast i usiedliśmy na osobnych ławkach. Tym kimś była Lisbeth. Zerknęła na materac i rzuciła mi prosto w twarz:

— Heidi też napompowałeś?

 

Opinia
Treści
violabu Linia koment Chciałabym zdobyć tę książkę.
2015-01-16 08:25:07
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów