Prawie wszystko o braciach Kliczko

Autor: slk
News - Prawie wszystko o braciach Kliczko

W 2014 roku, w którym ukazuje się książka Bracia Kliczko. Biografia, Ukraina przeżywa gwałtowny i dramatyczny przełom w swojej historii. Wybuch niezadowolenia społecznego, który doprowadził do ucieczki prezydenta W. Janukowycza za granicę, oraz posunięcia militarne Rosji, skutkujące wcieleniem Krymu do Federacji Rosyjskiej, wymagają od mieszkańców Ukrainy dokonywania jednoznacznych wyborów dotyczących tożsamości ich ojczyzny, położonej na kulturowej granicy Wschodu i Zachodu. Bez względu na to, czy Ukraina w najbliższym czasie zbliży się bardziej do Zachodu, czy opowie się za silniejszymi związkami z Rosją, wydaje się, że wielka część jej społeczeństwa będzie te decyzje kontestować. Rodzą się nawet koncepcje możliwej federalizacji, która dawałaby formalny wyraz podziałom tożsamościowym mieszkańców kraju.

 

W takich realiach wiosny 2014 roku wypadło działać na arenie publicznej braciom Witalijowi i Władimirowi Kliczko - pisze w swej nocie Wydawnictwo Feeria - Gdy rok temu decydowaliśmy się na przekład niniejszej biografii, pierwszej, jaka powstała na temat tych wybitnych sportowców – traktowaliśmy ją jako pogłębioną analizę rodzinnej historii, osobowości i kariery utytułowanych mistrzów boksu. Dziś rzeczywistość dopisuje kolejny rozdział do ich biografii – rozdział, którego naturalnie nie ma w tej książce. 

 

Znajdziemy w niej jednak coś innego: obraz dwóch zaskakujących postaci współczesnego świata, które przełamują niejeden mit i tabu. Boks, działalność publiczna, polityka na najwyższym szczeblu i charakterystyczny koloryt niedookreślonej, postradzieckiej rzeczywistości łączą się w postaciach braci Kliczko w amalgamat, który, o dziwo, przestaje być paradoksalny, zaczyna zaś wyjaśniać meandry współczesnych postaw i złożonych życiorysów.

 

Zapraszamy do lektury książki Leo G. Lindera Bracia Kliczko. Biografia, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Feeria. Zapraszamy również do przeczytania rozdziału poświęconego działalności politycznej Kliczków, który premierowo publikujemy:

 

Wielka polityka

 

Od koszarowych dzieci na pustkowiach Kazachstanu i Kirgistanu do obywateli świata mieszkających w USA, Hamburgu i Kijowie – oto droga życiowa braci Kliczków. Miesiąc tu, miesiąc tam, a w każdej obecnej przeprowadzce bierze udział rodzina Witalija: żona Natalia i troje dzieci. Jegor, Jelizawieta i Max w każdym nowym miejscu chodzą do międzynarodowej szkoły. Są urodzonymi kosmopolitami, rozmawiają w czterech językach z przyjaciółmi, z którymi widują się raz na kilka miesięcy. W poprzednich latach bracia Kliczkowie często występowali w Stanach Zjednoczonych – w Las Vegas, Los Angeles, Atlantic City i Nowym Jorku. Oczarowali amerykańską publiczność, a ich podobizny w wojowniczych pozach zdobiły okładki najważniejszych czasopism i magazynów. Przed pojedynkiem z Calvinem Brockiem na Madison Square Garden zawisł ogromny poster z twarzą Władimira – 30 metrów wysokości, 20 metrów szerokości – i wszystkie bilety zostały sprzedane. Stany Zjednoczone przyciągają Kliczków jak magnes, bo owoce sławy dojrzewają tu szybciej i rosną obficiej niż gdziekolwiek indziej na świecie. Ale w ostatnim czasie to Niemcy stają się dla ukraińskich pięściarzy atrakcyjniejszą sceną. Dlaczego? „Czarni chłopcy z podwórek zrozumieli”, wyjaśnia Emanuel Steward, „że bardzo niewielu bokserów dociera na sam szczyt i że daleko można też zajść dzięki koszykówce, w dodatku nie rozbijając sobie głowy”. Innymi słowy, mit boksu zbladł w Stanach Zjednoczonych, a spadkobiercami herosów z przeszłości są tacy bokserzy, jak Ray Austin, który wytrzymał z Władimirem 254 sekundy, Calvin Brock, który też nie był dla niego zbyt wymagającym przeciwnikiem, czy Shannon Briggs, którego Witalij zmaltretował tak, że pękły mu kości czaszki. 

 

Jednak największym chyba współczesnym przegranym jest człowiek, który twierdzi, że dzięki niemu stu bokserów stało się milionerami: Don King. Dziś w swojej stajni trzyma takich „koryfeuszy” boksu, jak Ray Austin czy Shannon Briggs. Nawet ci zdolniejsi, tacy jak Lamon Brewster czy Samuel Peter, nie mają czego szukać w świecie Kliczków. Drażni to Kinga, tym bardziej że kiedyś był bardzo bliski podpisania z nimi kontraktu. Dziś byłby szczęśliwy, gdyby mógł to zrobić choć z jednym z nich. Wciąż próbuje wybadać, skąd wieją wiatry, robi Kliczkom coraz to nowe awanse i w końcu w październiku 2008 roku (był wówczas na walce Kliczko–Peter w Berlinie) proponuje sto milionów dolarów za bratobójczy pojedynek. Ale to tylko chwyt reklamowy, próba zwrócenia na siebie uwagi. Trudno brać tę propozycję poważnie. Kliczkowie skreślili go już dawno temu. „Nawet w najstraszniejszych koszmarach nie śni im się współpraca z Donem Kingiem”, mówi Bernd Bönte. Wiadomo, że King potrafi zmienić życie w piekło tym, z którymi podpisał umowę. Jego pozycja na rynku słabnie, bo opuszczają go kolejni bokserzy. Najpotężniejszy niegdyś promotor w wartym miliony dolarów biznesie bokserskim jest dziś wykpiwanym symbolem upadku amerykańskiego boksu. Miejscem, w którym dyscyplina ta ożywa, stają się Niemcy. Stuttgart, Gelsenkirchen i Düsseldorf zastąpią w przyszłości Las Vegas i Nowy Jork. 

 

Ale na razie, zamiast wielkich pojedynków, oczekują Witalija Kliczkę na Ukrainie codzienne małe utarczki. Tu sytuacja nie zmienia się na lepsze. Wprost przeciwnie – wciąż się pogarsza. To, co tam się dzieje, bezpośrednio dotyczy polityka Witalija Kliczki. I to w coraz większym stopniu. Bo Witalij nie chce być już tylko burmistrzem Kijowa. To reakcja na działania domniemanych „zbawców” Ukrainy, przywódców pomarańczowej rewolucji, którzy zawiedli oczekiwania wszystkich. W tym również Witalija, który marzył o demokratycznej Ukrainie i jej kwitnącej gospodarce.

 

Prezydent Juszczenko odwołał Julię Tymoszenko ze stanowiska premiera już po kilku miesiącach jej urzędowania. Nastąpiło to we wrześniu 2005 roku. Podczas wyborów do parlamentu niecałe pół roku później Blok Julii Tymoszenko (BJuT) zdobył ponad dwadzieścia procent głosów, stając się dzięki temu drugą, za Partią Regionów, siłą w Werchownej Radzie, czyli w Radzie Najwyższej. Negocjacje koalicyjne między BJuT-em a trzecią i czwartą siłą parlamentarną, a więc Związkiem Ludowym „Nasza Ukraina” prezydenta Juszczenki i Socjalistyczną Partią Ukrainy, trwały kilka miesięcy, ale nie przyniosły pozytywnych rozstrzygnięć. W tej sytuacji prezydent Juszczenko zlecił misję sformowania rządu szefowi Partii Regionów, Janukowyczowi. Tu też pojawiły się problemy, w związku z czym prezydent po niecałym roku rozwiązał parlament i rozpisał nowe wybory. BJuT Julii Tymoszenko zdobył w nich o wiele więcej głosów niż w poprzednich wyborach, ale pozostał drugą co do wielkości siłą w Radzie Najwyższej. Zawiązała się koalicja BJuT-u z prezydencką partią „Nasza Ukraina”, która w tygodniu przed Wielkanocą 2007 roku przeforsowała minimalną większością głosów wybór Julii Tymoszenko na urząd premiera. Ale ta nowa odsłona pomarańczowej koalicji Juszczenki i Tymoszenko miała krótki żywot. Spory obojga osłabiły życie publiczne, a program pomarańczowej rewolucji trafił na śmietnik. I tak, dla przykładu, wbrew zapowiedziom nie unieważniono wcześniejszych prywatyzacji. Wielu poprzednich błędnych decyzji nie skorygowano, ponieważ szkodziłoby to interesom Tymoszenko. Również zwalczanie korupcji utknęło w martwym punkcie. A nawet było gorzej: w 2007 roku Ukraina zajmowała w Indeksie Percepcji Korupcji 118. miejsce na 180 państw, a trzy lata później spadła na 134. pozycję. Liczba oligarchów też stale rosła. W 2006 roku na Ukrainie naliczono 29 osób z majątkiem liczącym ponad 200 milionów dolarów, dwa lata później zaś było ich już 44. Ulicami Kijowa poruszało się coraz więcej samochodów marki Maserati, jaguarów i czarnych limuzyn Mercedesa. 

 

Im bliżej parlamentu, tym więcej na drogach ekskluzywnych aut. Z ambitnych planów Juszczenki w polityce zagranicznej też nic nie wyszło. Obiecał swoim rodakom i Zachodowi przystąpienie do NATO i Unii Europejskiej – oba projekty okazały się nierealne. Unię Europejską odstrasza stan polityki wewnętrznej na Ukrainie. Jakiekolwiek konkretne obietnice okazują się niemożliwe do spełnienia ze względu na nastawienie większości ukraińskiego społeczeństwa, nie wspominając już o potężnym sąsiedzie. To samo dotyczy przystąpienia do NATO. Po pięciu latach idee pomarańczowej rewolucji zostają oficjalnie zarzucone. Po najrozmaitszych przegrupowaniach i sporach w obozie rządzącym, a także po wszczęciu postępowania przygotowawczego przeciw szefowej rządu prezydent pozbawił teki premiera Julię Tymoszenko, która tymczasem zaczęła się ubiegać o prezydenturę. Juszczenko stracił swoje stanowisko w wyborach prezydenckich 2010 roku (głosowało na niego mniej niż pięć procent wyborców), a jego partia „Nasza Ukraina” w wyborach parlamentarnych 2012 roku, o których będzie jeszcze mowa, poniosła druzgoczącą klęskę – dostała tylko 1,11 procent głosów. To był wyraźny demokratyczny sprzeciw wobec błędów popełnionych przez protagonistów pomarańczowej rewolucji, a nie rezultat jakichkolwiek zewnętrznych manipulacji. Witalij Kliczko bacznie obserwuje rozwój wypadków, nawet jeśli nie ma go w Kijowie. Wciąż stacza bokserskie pojedynki, ma także różne zobowiązania na całym świecie – od udziału w uroczystym otwarciu hali sportowej na niemieckiej prowincji po działalność biznesową, społeczną i dobroczynną firmowaną przez obu braci. Ale cały czas śledzi dramat Ukrainy. Na własnej skórze odczuwa dramat rodaków, których coraz bardziej paraliżuje rozczarowanie.

 

Widzi, jak kraj pogrąża się w marazmie, jak znika nadzieja na poprawę sytuacji gospodarczej. Zaufanie do rządzących polityków wyraźnie spada, wierzy im coraz mniej ludzi. Kraj potrzebuje nowych mężczyzn (i kobiet) nieobciążonych niechlubną przeszłością, ludzi o czystych rękach, osób niezwiązanych z oligarchami i kryminalistami. Ludzi o dobrym imieniu, takich jak na przykład Witalij Kliczko. Jego nazwisko staje się programem, znaczy tyle co uczciwość i prawość. W marcu 2006 roku, jak już wiemy, Witalij Kliczko kandydował po raz pierwszy w wyborach na stanowisko burmistrza Kijowa. Przegrał, ale został radnym w stolicy. W przedterminowych wyborach w 2008 roku znów przegrał. To oczywiste, że musiał wyciągnąć z tego wnioski. Do wyborów parlamentarnych 2012 roku przystępuje z partią skrojoną na swoją miarę. To Ukraiński Demokratyczny Alians na rzecz Reform. Skrót UDAR w języku ukraińskim i rosyjskim oznacza „cios”. Nazwa kojarzy się z wytęsknionym ciosem kończącym walkę. To lucky punch, decydujące, nokautujące uderzenie, którym bokser odmienia losy przegranego już, zdałoby się, pojedynku. Witalij Kliczko, co całkowicie naturalne, zostaje jednogłośnie wybrany na przewodniczącego nowej partii i staje się jej głównym kandydatem w wyborach parlamentarnych 2012 roku. Partia zdobywa 13,96 procent głosów. Jednym z 42 posłów UDAR-u, który w Werchownej Radzie staje się trzecią co do wielkości frakcją parlamentarną (za Partią Regionów, która ma 187 miejsc, i aliansem „Ojczyzna” [Batkiwszczyna] ze 103 głosami), jest Witalij Kliczko. Jaki jest jego program polityczny? Trudno powiedzieć. Na pewno on sam ma jedną przewagę nad konkurentami: wizerunek uczciwego i walecznego człowieka, czystego moralnie, który nie raz dowiódł na ringu, że nie zna strachu i potrafi postawić na swoim.

 

Poza tym Witalij Kliczko postrzegany jest przez swoich rodaków jako człowiek z zewnątrz, spoza miejscowych układów, za kim nie ciągnie się swąd podejrzanych związków ze znanymi politykami. Nie należy do żadnego obozu, nie ma wobec nikogo zobowiązań. Nie jest obciążony niechlubną przeszłością. Żadnego innego polityka wyborcy nie traktują tak bezstronnie, jak właśnie jego. Nie widać też nikogo na horyzoncie, w kim można by pokładać porównywalną nadzieję na lepszą przyszłość. To najlepsze przesłanki sukcesu w wyborach i w ogóle w polityce. A jednak – jeśli się wejrzy w całą sprawę uważnym okiem, odniesie się wrażenie, że ten Witalij Kliczko ma niewiele do powiedzenia albo nie chce za dużo powiedzieć. W wywiadach, w mowach wygłaszanych podczas różnych imprez i demonstracji wciąż powtarza te same ogólne frazesy. NATO? Nie, w każdym razie nie teraz, ta kwestia mogłaby podzielić Ukrainę… Unia Europejska? Tak, to jest cel – to była także najważniejsza motywacja Witalija Kliczki do zaangażowania się w politykę – nad tym trzeba popracować… Korupcja, kumoterstwo i nepotyzm? To bezwzględnie musi się zmienić. Ukraina zsuwa się w otchłań, każdy dba o własne interesy, nie ma powodów do dumy z dotychczasowych osiągnięć… Trudno doszukać się w tym jakichkolwiek konkretów. Takim programem nie da się powstrzymać emigracji. Co ósmy mieszkaniec Ukrainy pracuje za granicą. To konieczność, jeśli chce się wyżywić rodzinę. Kraj zmierza ku bankructwu, również za sprawą wysokich cen gazu, za które odpowiedzialna jest Tymoszenko (negocjowała je, gdy była premierem). Ale na ten temat mąż opatrznościowy Witalij Kliczko nie mówi nic. Nie przedstawia żadnych inicjatyw gospodarczych, nie ma programu wyjścia z kryzysu, nie ma na to nawet żadnych pomysłów. Tak samo niewiele mówi, gdy padają pytania o jego partię UDAR. Kto jest na przykład numerem drugim? Kto jest twórcą programu wyborczego, kto formułuje cele polityki zagranicznej i ekonomicznej, kogo widziałby w roli ministra, gdyby jego frakcja weszła do koalicji rządzącej?

 

To wszystko pozostaje przed wyborami niejasne. Znana jest osoba Wołodymyra Łanowoja, byłego szefa państwowego urzędu do spraw prywatyzacji, który jednak poróżnił się z Kliczką przed wyborami. Znany jest również jego zastępca Witalij Kowalczuk, który był szefem sztabu wyborczego podczas kampanii – żaden nie wydaje się szczególnie obiecującym politykiem. Gdy pada pytanie o ludzi, którzy stoją za Kliczką – na Ukrainie jest to decydująca kwestia – pojawia się nazwisko Wiktora Pinczuka, jednego z najbogatszych i najbardziej wpływowych w polityce ukraińskich przedsiębiorców i jednego z pierwszych oligarchów. Ale i w tym wypadku trudno wydobyć z Witalija szczere wyznania – odpowiada wymijająco, dodając, że koszty utrzymania partii pokrywa się ze składek członkowskich i darowizn. Cały czas pozostaje więc kwestią otwartą, czyje interesy reprezentuje Witalij Kliczko. Zależy mu najwyraźniej na tym, by postrzegano go jako samotnego bojownika. Tak jak w wypadku jego kariery bokserskiej chciałby, żeby jego drużyna pozostawała w cieniu. Polityk Kliczko jawi się jednak tym samym w niekorzystnym świetle jako osoba, która ma niewiele do powiedzenia, za to niejedno do ukrycia. Gdyby przynajmniej był porywającym mówcą… Niestety. Kiedy ma przed sobą mikrofon podczas wieców przedwyborczych albo demonstracji, w jego głosie trudno doszukać się zaangażowania i emocji. Nie potrafi rozpalić publiczności i, co zdumiewające u tak postawnego mężczyzny, sprawia wrażenie bezsilnego. Na pewno nie trafia do serc słuchaczy. Rachunek za to wystawili mu wyborcy w powtórnych wyborach na stanowisko burmistrza Kijowa i w wyborach parlamentarnych w październiku 2012 roku. I to mimo bonusu w postaci jego sławy polityka o czystych rękach i nieskazitelnego sportowca. Rezultat za każdym razem wypadał poniżej oczekiwań. On sam przewidywał podczas walki wyborczej w 2012 roku, że jego partia zdobędzie 15 procent głosów.

 

W rezultacie na UDAR głosowało 2,85 miliona wyborców (prawie 14 procent) – niewiele więcej niż na komunistów i na skrajnie prawicową Swobodę, partię nacjonalistyczną i otwarcie antysemicką, z którą UDAR i Batkiwszczyna prowadziły wspólną kampanię wyborczą i z którą po ukonstytuowaniu się parlamentu stworzyły wspólny blok opozycyjny. Wydaje się to szczególnie osobliwe w kontekście tragicznej historii rodziny Kliczków. Dziadek Rodion Kliczko, enkawudzista, walczył, jak wiadomo, w przededniu Wielkiej Wojny Ojczyźnianej przeciw nacjonalistom – a jego wnuk wiąże się z ich politycznymi spadkobiercami, którzy wynoszą na piedestały tych terrorystów. W odpowiedzi niemieckiego rządu na zapytanie posłów z dnia 22 sierpnia 2013 roku (druk 17/14603) jednoznacznie stwierdza się, że Swoboda stawia sobie cele, „które kłócą się ze wspólnymi podstawowymi wartościami Unii Europejskiej”. 

 

Rząd Federalny konstatuje dalej: „W parlamencie ścisłą współpracę podjęli z nią liderzy innych opozycyjnych frakcji – Batkiwszczyny i UDAR-u – w celu przedłożenia własnych inicjatyw ustawodawczych i wdrożenia zaleconych przez Wspólnotę Europejską projektów reform”. W innym miejscu pojawia się kolejna informacja Rządu Federalnego na temat tej partii: „28 kwietnia 2013 roku partia Swoboda zorganizowała we Lwowie z udziałem jednego ze swoich posłów manifestację z okazji 70. rocznicy powstania dywizji SS «Galizien»”. W konsekwencji następnego dnia na polecenie niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych ambasador Niemiec poinformował Ołeha Tiahnyboka, że „antysemickie wystąpienia są z niemieckiego punktu widzenia nie do zaakceptowania”. To był wyraźny sygnał, że skrajnie prawicowa orientacja Swobody będzie w Berlinie bardzo źle widziana. Z troską zwrócono również uwagę na to, że parlamentarzyści tej partii spotkali się w maju 2013 roku w Dreźnie z funkcjonariuszami niemieckiej NPD, skrajnie prawicowej partii, która miała zostać w Niemczech zdelegalizowana ze względu na swoją linię polityczną. Jak polityk Witalij Kliczko może wchodzić w koalicję z tak niedemokratyczną partią jak Swoboda? Ale to wszystko jest jeszcze sprawą przyszłości. Wróćmy do roku 2008. Brat Witalija, Władimir, walczy 13 grudnia 2008 roku w Mannheim z Hasimem Rahmanem, o którym Lennox Lewis wyraża się w samych superlatywach. Twierdzi, że Rahman może zagrozić Kliczce, „jeśli będzie w dobrej formie”. Tego należałoby sobie właściwie życzyć, bo Władimir po dwóch śmiesznie łatwych walkach potrzebuje dramatycznego pojedynku. Ale pretendent Rahman jest w kiepskiej kondycji. Już w pierwszej rundzie po celnym ciosie Kliczki chwieje się i zatacza. W dwóch kolejnych ucieka w liny albo stoi jak kołek, czekając na ciosy Władimira jak na wyrok. 

 

Potem zaczyna stawiać Władimirowi opór, ale w szóstej rundzie zostaje straszliwie ukarany. Pada na deski, podnosi się, przyjmuje kolejne serie ciosów i wydaje się szukać już tylko odpowiedniego miejsca do upadku. You want to continue the fight? (Chcesz kontynuować walkę?), pyta sędzia po gongu kończącym rundę, a Rahman odpowiada: Yes. Ale to właściwie koniec pojedynku. Trudno tu zresztą mówić o jakiejkolwiek walce. W siódmej rundzie sędzia ringowy przerywa nawałnicę ciosów Władimira i odsyła Rahmana do narożnika. Żałosne widowisko dobiega końca, zwycięzca unosi ramiona w górę, ale radość w jego ekipie jest umiarkowana. Od czasu, gdy ten sam Rahman pokonał Lennoxa Lewisa, musiały chyba minąć setki lat. Czy można spodziewać się lepszego przygotowania po Rusłanie Czagajewie? Ni mniej, ni więcej tylko 61 tysięcy widzów w Schalke Arena w Gelsenkirchen wydaje się w to wierzyć, być może dlatego, że Uzbek Czagajew udowodnił w swych dotychczasowych pojedynkach, że nieprzypadkowo nadano mu przydomek „Biały Tyson”. Wciąż pozostaje niepokonany. W preludium do pojedynku odegrany zostaje uzbecki hymn narodowy. Brzmi on jak melancholijna pobudka, grana przez samotnego trębacza, i przywodzi Władimirowi na myśl znane mu z dzieciństwa stepy. Od dawna przyzwyczajono się już do połyskliwej czerwieni szlafroka Władimira, do trzech przepysznych pasów mistrzowskich, które unoszą się nad nim w chwili, gdy konferansjer przedstawia go publiczności, i do miny imperatora – mściciela, ruszającego właśnie na wielką kampanię. W tej walce nie ma tradycyjnego badania przeciwnika. Czagajew zaczyna ostro, dąży od razu do zwarcia, starając się być może zastosować taktykę Corriego Sandersa z jego wygranego z Kliczką pojedynku. Ale nic nie udaje mu się w ten sposób osiągnąć. Władimir jest opanowany, walczy w wyczekującej pozycji i w drugiej rundzie trafia Czagajewa w głowę silnym, precyzyjnym ciosem, jak gdyby zgodnie z jego strategią przyszedł właśnie na to odpowiedni moment. Uzbek pada na deski po raz pierwszy w swojej karierze bokserskiej.

 

Podnosi się jednak, a Władimir spokojnie obmyśla następne posunięcia. Trafia. Znowu trafia. Karze najmniejszy błąd, bez trudu trzyma Czagajewa na dystans, w regularnych odstępach czasu ostrzeliwując go swoją kombinacją: lewy–prawy. Od piątej rundy Czagajew zaczyna się bronić nieco energiczniej, w dalszym ciągu jest jednak bezsilny wobec precyzyjnych ciosów Władimira, który całkowicie panuje na ringu. Próbuje Władimirowi dotrzymać kroku, przychodzi mu to jednak z trudnością. Wytrzymuje jakoś celne ciosy, ale nie może zbliżyć się do rywala. A ten czeka. Czeka, aż Czagajew odsłoni swój słaby punkt. Zwiększa w dziewiątej rundzie liczbę zadanych ciosów, spychając przeciwnika na liny, rozbija jego gardę i z chirurgiczną precyzją, bez nadmiernego pośpiechu obija bezradnego Czagajewa, który, o dziwo, wciąż trzyma się na nogach. Ratuje go gong. Ale „Biały Tyson” nie ma już sił i rezygnuje z dalszej walki. Jego mit prysł. Został odczarowany przez Władimira Kliczkę. Nie był to tak dramatyczny pojedynek, jak oczekiwano. Była to jednak demonstracja. Walki bokserskie rozstrzygają się w głowach zawodników, tę starą prawdę udowodnił Władimir 61 tysiącom widzów w Gelsenkirchen, pokazując przy okazji, że wszystko w jego głowie działa bez zarzutu, że synapsy i zakończenia komórek nerwowych współpracują bez zakłóceń i że potrafi bezbłędnie ożywić w sobie wolę zwycięstwa. Później Czagajew niemal z czcią wspomina walkę. Przecenił swoje możliwości, Władimir to wspaniały bokser, po prostu najlepszy – lepszy nawet niż jego starszy brat Witalij. Czy rzeczywiście? Bracia ignorują takie wypowiedzi i nie biorą udziału w jałowych ich zdaniem spekulacjach. Ale żeby na świecie było dwóch „najlepszych” bokserów wagi ciężkiej? Ten temat wywołuje gorące dyskusje wśród fanów boksu. Dwóch niezwyciężonych? Logicznie rzecz biorąc, to niemożliwe. Nie tylko Don King nie może się z tym pogodzić. 

 

Pytanie to nurtuje też ich kolegów po fachu, a że odpowiedź na nie musi być jednoznaczna, eksperci próbują teoretyzować i wybierają swojego własnego mistrza świata. Raz jest nim Władimir, innym razem Witalij. Ale w ten sposób nie da się wyłonić czempiona, nawet jeśli w takim fikcyjnym pojedynku Władimir osiąga nieznaczną przewagę. Innym wariantem tej gry jest przymierzanie białych braci do wielkich mistrzów z przeszłości: czy mieliby szanse przeciw takim legendom, jak Sugar Ray Robinson, Muhammad Ali albo Joe Frazier? Pytania pobudzają fantazję. Zdaniem ekspertów – nie. To niewyobrażalne, żeby jeden z Kliczków mógł pokonać Sugar Raya Robinsona albo Muhammada Alego. Dzisiejsi czempioni nie są mistrzami wszech czasów. Przynajmniej to jest jasne… Publiczność też porównuje. 

 

Przed walką Władimira z Czagajewem Witalij Kliczko zdejmuje garnitur polityka i zakłada czarny szlafrok bokserski. Jego przeciwnikiem w ringu będzie szalony „Sunny Boy” Juan Carlos Gomez, zdyskwalifikowany kiedyś za doping kokainą. 21 marca 2009 roku widzowie w Stuttgarcie mają okazję obserwować przedziwny pojedynek. Prowadzącą, lewą ręką Kliczko bawi się z prawą ręką Gomeza i poza tym nic wielkiego na razie się nie dzieje. Kubańczyk to twardy przeciwnik, nie wykorzystuje jednak swoich możliwości. Witalij Kliczko wydaje się zdekoncentrowany, jakby był bezradny. Gomez stanowczo mu nie leży. Od czwartej rundy Witalij zaczyna uzyskiwać przewagę. W szóstej Gomez pada nawet na deski, ale nie za sprawą ciosu Witalija. Bokser mocno krwawi ze skaleczenia na głowie. Kliczce najwyraźniej brakuje pomysłu, jak przyprzeć Gomeza do muru. Jakby brakowało mu motywacji, zadaje jedno, dwa uderzenia i znów odchodzi do walki na dystans. 

 

„Wydaje się, że chce dać Gomezowi szansę” – mówi komentator (tak zachowuje się tylko Witalij) – i w tym momencie Ukrainiec trafia prawą ręką w głowę przeciwnika. Gomez traci orientację, Witalij kontynuuje atak, rzuca go na liny, nie daje mu odetchnąć aż do chwili, gdy padający na deski Kubańczyk pociąga go za sobą w dół. Gong ratuje Gomeza z opresji, choć wydawało się, że to już koniec. Publiczność będzie miała jednak okazję zobaczyć jeszcze dwie rundy tej osobliwej walki. W ósmej rundzie Gomez, chcąc przetrwać, ucieka się cały czas do klinczowania, ale Witalij też jest już chyba u kresu wytrzymałości. Zadaje bardzo silny cios i nie atakuje dalej, jakby był zupełnie wycieńczony. Gomez stoi, chociaż jest kompletnie zamroczony. Zaczyna się dziewiąta runda, Gomez zrywa się jeszcze raz do boju, ale Witalij ostatkiem sił powala go na deski przy linach. To koniec. To najwyraźniej nie był dzień Witalija Kliczki. Niemniej jednak wspiął się właśnie na najwyższy szczebel drabiny. Niedługo po tym pojedynku World Boxing Council (WBC) ogłasza go knockouterem wszech czasów. Rezultat: 36 nokautów w 37 zwycięskich walkach – takiego wyniku nie osiągnął nigdy żaden pięściarz wagi ciężkiej. Ale czy w ten sposób Witalij osłabił pozycję swojego brata Władimira?

 

 

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy
Top 5 książek
Złodziejka książek
Markus Zusak
Okładka książki - Złodziejka książek
Ostatnia królowa
Gortner C.W.
Okładka książki - Ostatnia królowa
Dziewczyny z Syberii
Anna Herbich
Okładka książki - Dziewczyny z Syberii