Zapraszamy do morderczych miast

«poprzedni     następny»
2012-11-26 11:38:26
news - Zapraszamy do morderczych miast

 

Czy miasto może zabijać? Dlaczego w przewodnikach po najpiękniejszych miejscach świata tak mało uwagi poświęca się zbrodniczej historii każdego z nich? 

 

W książce Mordercze miasta Zbrodnicze Siostrzyczki zapraszają na wyprawę do Warszawy, Krakowa i Wrocławia, gdzie nikt nie jest bezpieczny… 

 

Robert Ostaszewski tak pisze o tej książce: 

Kryminał miejski ma się u nas od lat wybornie, a proza kryminalna pisana przez kobiety z roku na rok coraz lepiej. Nic więc dziwnego, że ktoś wreszcie wymyślił, by oba te podgatunki kryminału w zmyślny sposób połączyć. A że w tomie opowiadań Mordercze miasta autorki są trzy, to i lekturowa przyjemność jest potrójna. Co najmniej…


Dziś publikujemy premierowe fragmenty książki, która bierze udział w plebiscycie Najlepsza książka na zimę

 


Mordercza Warszawa

Marta Guzowska

 

Pociąg podmiejski

 

 

Kiedy się dojeżdża do Warszawy, do biura, codziennie o tej samej godzinie, człowiek szybko uczy się rozpoznawać twarze współpasażerów. Są zawsze te same. Z powrotem jest inaczej, czasem jedzie się prosto z pracy, a czasem wypadnie jakieś spotkanie, człowiek się zasiedzi albo pójdzie na zakupy, albo w ogóle urwie się na wieczór z kumplami i wraca późno. Ale jazda w tamtą stronę jest niezmienna jak wzorzec metra z Sevres. Codziennie, z wyjątkiem sobót, niedziel i świąt, o siódmej czterdzieści dwie z Brwinowa. Ten pociąg jest najlepszy, bo siódma pięćdziesiąt osiem jest już tak nabity, że nie da się wetknąć szpilki. A czterdzieści dwie – luz, kultura, często można trafić miejsce siedzące. Pod warunkiem, że człowiekowi chce się wstać kwadrans wcześniej.

Tak więc codziennie widzę na peronie te same twarze. Dwie psiapsiółki po czterdziestce, plotkujące ile wlezie (na miły Bóg, o czym one mogą codziennie tyle gadać i do tego tak wcześnie rano, to przekracza moje zdolności pojmowania). Grubego chłopaka w wieku dojrzewania, ryżego i na dodatek pryszczatego, do którego dosiada się w Pruszkowie kumpel, ewidentnie z tego samego liceum, drobny, szczurowaty blondyn. Chłopaki mają tylko jeden temat rozmowy, jakąś grę strategiczną, która, o ile zdołałem się zorientować ze strzępków podsłuchanych rozmów, ma na celu zbawienie świata i okolic. Baaardzo ładna dziewczyna, niewysoka brunetka z pieprzykiem przy dolnej wardze, chyba studentka, bo zawsze z nosem w notatkach albo skryptach. Kiedyś złapałem miejsce koło niej i próbowałem zerknąć jej przez ramię, ale zasłoniła papiery z takim wyrazem twarzy, jakbym zaproponował seks trzynastolatce. Więc nie wiem, co studiuje. Kto jeszcze... niechlujny facet o wyglądzie robola (ale siódma czterdzieści dwie to zdecydowanie za późno na robola, więc może pracuje gdzieś jako cieć albo coś takiego). Inny facet, koło sześćdziesiątki, lekko zbutwiały pod pozorami zadbania: wyprasowany prochowiec ze śladami łupieżu na ramionach, pod spodem garnitur i krawat, rzadkie siwe włosy zaczesane na jedną stronę, a pod pachą teczka, stara i reperowana, ale z prawdziwej skóry. Ten jeździ tylko w poniedziałki, środy i czwartki, więc może pracuje na uczelni? Kobieta o wyglądzie peerelowskiej ekspedientki z mięsnego, i to w najdrobniejszych szczegółach, z blond trwałą i perłową szminką włącznie. Myślałem, że już takich nie ma, ale najwyraźniej jedna uchowała się na mojej trasie. Ta, oczywiście, zawsze pochłania „Zwierzenia Intymne” albo inne czasopismo z rodzaju „pasikonik zjadł rolnika”. I jeszcze kilkoro takich jak ja, to znaczy na pierwszy rzut oka pracowników biurowych, chyba korporacyjnych, co jest raczej dziwne, bo oni rzadko zniżają się do korzystania z komunikacji podmiejskiej. Dwóch facetów w garniakach i z torbami na laptopy przerzuconymi przez ramię i dwie kobiety, jedna blondynka (farbowana), druga szatynka (chyba naturalna, chociaż głowy nie dam), w jakichś garsonkach czy czymś takim, a w każdym razie zawsze w pantoflach na obcasie.

Rozpoznajemy się na pierwszy rzut oka, chociaż oczywiście nie doszło między nami do takiej zażyłości, żebyśmy mieli się pozdrawiać, choćby skinięciem głowy. Ale zawsze zauważam, kiedy kogoś brakuje. W lutym Siwy z Łupieżem był nieobecny przez ponad trzy tygodnie i zaczynałem się już martwić, zanim przypomniałem sobie, że trwa przerwa semestralna. Z drugiej strony Baaardzo Ładna przychodziła przez cały czas na ten o siódmej czterdzieści dwie, więc może jednak nie jest studentką, sam już nie wiem. A z Panią Pasikonik przez kilka miesięcy jeździła koleżanka, też z ustami na perłowo, ale bez trwałej. A później przestała, może ją zwolnili, bo nie pasowała wizerunkowo do firmy, która zatrudnia osoby o prezencji peerelowskich sprzedawczyń z mięsnego.

Jazda pociągiem podmiejskim na trasie Brwinów–Warszawa Śródmieście trwa równo trzydzieści trzy minuty. Według rozkładu. To się mogło zmienić od czasu, kiedy ostatni raz sprawdzałem, ale zawsze jest to z grubsza pół godziny, góra czterdzieści minut przy drobnych opóźnieniach. Duże opóźnienia zdarzają się już, dzięki Bogu, o wiele rzadziej niż za moich studenckich czasów, kiedy człowiek nie znał godziny i – nieomal – dnia. Teraz oczywiście też trafiają się remonty torów i inne tego typu atrakcje, ale na szczęście niezbyt często. Jeżdżę o tej godzinie już od ładnych paru lat i zawsze podróżujemy sobie spokojnie i względnie wygodnie. I nudno.

Krajobraz za oknem nie należy do inspirujących, nawet gdy pokonuje się tę trasę po raz pierwszy, a za dziesiątym może już wywołać odruch wymiotny. Pozostaje lektura i obserwowanie współpasażerów. Na czytaniu o tak wczesnej porze trudno mi się skupić. Ale oglądanie codziennie tych samych twarzy też może się znudzić.

Dlatego staram się umilić sobie te trzydzieści trzy minuty wymyślaniem najrozmaitszych niestworzonych historii.

Najpierw zastanawiałem się, kto z kim. Zacząłem od wersji prawdopodobnej: Pasikonik z Robolem, koleżanka Pasikonik z Profesorem Łupieżem, dwóch Korporacyjnych Facetów oraz Korporacyjna Blondynka i Korporacyjna Szatynka w czworokącie, Gruby Ryży z Kumplem z Pruszkowa, a Baaardzo Ładna, oczywiście, ze mną. Wiem, wiem, ale pokażcie mi faceta, który nigdy w życiu nie wyobrażał sobie seksu z przygodnie napotkaną laską, a ja wam pokażę... Nic wam nie pokażę, bo takich facetów nie ma. Zostawały mi Psiapsiółki, ale nie mogłem ich sobie wyobrazić ani w konfiguracji z Grubym Ryżym i jego kumplem, ani samych ze sobą, więc dałem spokój.

Po jakimś tygodniu to też już stało się nudne, więc spróbowałem ciekawszych układów. Pasikonik z Grubym Ryżym, Korporacyjna Blondynka z Kumplem z Pruszkowa, Profesor Łupież z jedną z Psiapsiółek, Korporacyjni w trójkącie z Baaardzo Ładną. Sobie pozostawiłem w tej orgii rolę obserwatora. 

Wierzcie lub nie, ale seks też potrafi się człowiekowi znudzić. Na lekturę nadal nie miałem ochoty, a muzyki w pociągu podmiejskim nienawidzę słuchać, bo wszystkie łagodniejsze tony skutecznie zagłusza stukot kół. Spróbowałem więc wplątać moich współpasażerów w aferę finansową, która aktualnie zdominowała czołówki gazet. Pasikonik, moim zdaniem, nadawała się świetnie na doświadczoną starszą księgową, która niejeden przekręt zrobiła już w PRL i przyuczała do fachu swoją siostrzenicę, Korporacyjną Szatynkę. Profesor Łupież mógł być sfrustrowanym szeregowym pracownikiem, balansującym na krawędzi zwolnienia z powodu wieku i ogólnego niedopasowania do nowej epoki, a jeden z Korporacyjnych Facetów – jego bezwzględnym szefem. Baaardzo Ładna świetnie się nadawała na sekretarkę z ambicjami, która została sprowadzona do roli przystawki do ekspresu do kawy, i teraz, planując cichą zemstę, i zawiązała spisek z Pasikonikiem-Księgową i jej siostrzenicą: zakładałem, że Baaardzo Ładna ma w życiu jakieś ambicje, bo inaczej, po co psułaby sobie wzrok, ślęcząc nad tymi wszystkimi skryptami, prawda? I na tym stanąłem, bo ani afery finansowe, ani wewnętrzna działalność korporacji nie pobudzają mojej wyobraźni.

Z tego miejsca prowadziła już prosta droga do świata zbrodni. Baaardzo Ładna mogła być tajną agentką morderczynią w stylu Angeliny Jolie z tego filmu, w którym poderwała Brada Pitta, a Gruby Ryży i Kumpel z Pruszkowa – jej ochroniarzami i cynglami od mokrej roboty. Robol z kolei pasował mi do roli drugorzędnego członka pruszkowskiej mafii, który chce się zemścić na dawnej konkubinie, Pasikoniku, za romans z Profesorem Łupieżem. Z kolei Korporacyjni Faceci chcieli zlecić sprzątnięcie Blondynki i Szatynki, dlatego podrywali Psiapsiółki, które miały im zapewnić alibi.

Bawiłem się całkiem nieźle. Tego, który chciałby pierwszy rzucić we mnie kamieniem, pragnę poinformować, że nie każdy jest orłem o siódmej czterdzieści dwie. Ludziom też się należy odrobina niewinnej rozrywki.

Tamtego dnia było pochmurno i zbierało się na deszcz. Nienawidzę rzadkiego kapuśniaczku, więc myślałem tylko o tym, żeby pociąg zdążył przyjechać, zanim się rozpada. Tak mnie to absorbowało, że nie bawiłem się w obserwacje innych podróżnych. Kiedy wreszcie skład nadjechał, ustawiłem się strategicznie w miejscu, gdzie powinien się znaleźć przedział bagażowy, bo tam jest zazwyczaj luźniej, po latach podróżowania tym samym pociągiem, pomiędzy tymi samymi stacjami, po prostu wie się takie rzeczy. Wcisnąłem się jako pierwszy, dzięki czemu zdołałem złapać miejsce siedzące obok starszej pani w płaszczu zapinanym na duże, czarne guziki. Wiem, że to nieładnie. Wiem. Ale czasy rycerskości już minęły i w dwudziestym pierwszym wieku facet też ma prawo być zmęczony. Naprzeciwko mnie, na składanych siedzeniach, usiadły Psiapsiółki, a Pasikonik zajęła miejsce po drugiej stronie przejścia i natychmiast zasłoniła się najnowszym wydaniem brukowca. „Kobieta sama wykonała na sobie cesarskie cięcie!”, krzyczały wielkie litery na stronie tytułowej, a nie wątpiłem, że w środku jest jeszcze ciekawiej. Dla Baaardzo Ładnej zabrakło wolnego siedzenia. Stanęła koło mnie z obrażoną miną i ostentacyjnie wyciągnęła skrypty z torby, ale ja równie ostentacyjnie odwróciłem głowę i wlepiłem wzrok w okno.

Przedział zapełnił się, pociąg zabuczał, syknął zamykanymi drzwiami i ruszył z szarpnięciem. Baaardzo Ładna lekko się zachwiała i oparła mi dłoń na ramieniu. Pachniała czymś, co kojarzyło się z ciepłem kominka i świątecznym ciastem domowej roboty. Natychmiast przeprosiła, a ja nadal patrzyłem w okno. Pociąg minął ostatnie szare domy i zaczęły się przedpruszkowskie pola, o tej porze roku porośnięte tylko zeschłymi badylami. Na szybie pojawiły się pierwsze krople deszczu, a ja pogratulowałem sobie w duchu tego, że jadę w cieple i do tego na siedząco.

Oderwałem wzrok od szyby i rozejrzałem się po przedziale. Popatrzyłem na ludzi przede mną, siedzących i stojących, a później odwróciłem głowę do tyłu i uniosłem się lekko na siedzeniu.

Wszyscy tu byli. Wszyscy bohaterowie moich wymyślonych historii wsiedli dzisiaj do jednego przedziału. Nie potrafiłem obliczyć prawdopodobieństwa tego zdarzenia, ale przy założeniu, że w pociągu jest ze dwieście miejsc siedzących, w zależności od tego, ile wagonów jest w składzie, i pewnie drugie tyle miejsc stojących, szanse na to, że dwanaścioro nieznajomych wsiądzie przypadkowo do tego samego przedziału są bardzo, bardzo niewielkie.

Gapiłem się na otaczających mnie ludzi i musiałem mieć przy tym wyjątkowo głupią minę, bo siedząca naprzeciwko Psiapsiółka zaszeptała coś do drugiej i obie zachichotały, jakby razem miały czterdzieści lat, a nie każda oddzielnie. Podciągnąłem do góry szczękę i zmusiłem się, żeby patrzeć w okno, ale nie mogłem się powstrzymać od zerkania na nich od czasu do czasu.

W Pruszkowie pociąg zahamował ze zgrzytem, a ja poczułem, że cały sztywnieję. Uparcie wpatrywałem się w poplamione deszczem obdrapane ściany domów i w dworzec, który miał za sobą lepsze czasy, tylko nikt nie potrafił powiedzieć kiedy. Siedząca przy oknie obok mnie starsza pani w płaszczu zapinanym na duże, czarne guziki zaczęła się zbierać do wysiadania, więc podciągnąłem nogi, żeby zrobić jej przejście. Była jedyną wysiadającą i nawet to wydało mi się dziwne, choć o tej porze ludzie rzadko wychodzą przed Warszawą, raczej się tylko dosiadają. Poczułem, że zaczynam się pocić. Rozpiąłem kurtkę i poluzowałem szalik. Kiedy podniosłem wzrok, zobaczyłem Kumpla z Pruszkowa. Rozejrzał się przy wejściu, wypatrzył swojego grubego, ryżego przyjaciela opartego łokciem o stolik przede mną i stanął obok niego, tuż przy Baaardzo Ładnej. Przesunąłem się na wolne miejsce pod okno. Baaardzo Ładna wykazała się refleksem i natychmiast opadła na siedzenie koło mnie, a Kumpel z Pruszkowa musiał się zadowolić miejscówką stojącą.

Teraz byli w komplecie. Nie mogłem się zmusić, żeby przestać o tym myśleć. Teraz byli tu już wszyscy.

Jedna Psiapsiółka znowu coś zaszeptała drugiej do ucha i obie zachichotały. Pasikonik spojrzała na nie ostro znad „Zwierzeń Intymnych”, ale to tylko pobudziło je do dalszych chichotów. Profesor Łupież wychylił się zza pleców Pasikonika.

– Uspokójcie się – powiedział. – On wie.

Głos miał lekko chrapliwy, jakby po wstaniu z łóżka męczyła go flegma i jeszcze jej dobrze nie odkasłał.

Psiapsiółki zamilkły. Każda rzuciła mi po jednym lękliwym spojrzeniu i spuściły wzrok.

– No, to teraz już może... – Korporacyjna Szatynka wychyliła się z siedzenia za moimi plecami i chciała coś powiedzieć, ale Profesor Łupież jej nie pozwolił.

– Bądź cicho. – Rozejrzał się po przedziale. – Wszyscy bądźcie cicho.

Zapadła nakazana cisza. Koła stukały o szyny i wagon zgrzytał lekko, kiedy nim trzęsło, ale poza tym nic nie zakłócało naszego spokoju. Wepchnąłem dłonie głęboko w kieszenie kurtki i zacisnąłem je w pięści tak mocno, że poczułem, jak paznokcie wbijają mi się w skórę. 

– O co tu właściwie chodzi? – Odchrząknąłem. – Czy ktoś mógłby mi powiedzieć?

Cisza. Pasikonik nadal trzymała nos w „Zwierzeniach Intymnych”, Psiapsiółki wciąż wgapiały się w podłogę, chyba w obawie, że jeśli spojrzą na siebie, zaczną chichotać. Profesor Łupież patrzył w okno, Robol, pochylony do przodu, oglądał swoje dłonie o niezbyt czystych paznokciach, a stojący nade mną Gruby próbował dyskretnie dłubać w nosie. Baaardzo Ładna zagłębiła się w skryptach. Pozostali siedzieli lub stali, wpatrywali się w okna lub czytali codzienne gazety. Zachowywali się jak ludzie w pociągu. Normalni ludzie w normalnym pociągu podmiejskim, gdzieś około ósmej rano, w drodze do pracy.

– Czy możecie mi wreszcie... – spróbowałem jeszcze raz.

– Zamknij się! – osadził mnie Profesor Łupież tak brutalnie, że faktycznie się zamknąłem.

Chwilę później pociąg zatrzymał się w Piastowie. Kilka osób z naszego przedziału wysiadło, nie wsiadł nikt, więc do Ursusa jechaliśmy tylko my i jeszcze matka z nastoletnią córką, obie wyraźnie świeżo po sprzeczce i tak na siebie obrażone, że nie wyczuły dziwnej atmosfery panującej w przedziale. Wysiadły w Ursusie. Kumpel z Pruszkowa podszedł do rozsuwanych drzwi prowadzących na pomost i przekręcił coś przy klamce. Jakiś facet z drugiej strony próbował je otworzyć, ale Kumpel z Pruszkowa pokazał mu na migi, że zacięły się na amen. Taki numer nigdy by nie przeszedł w pociągu o siódmej pięćdziesiąt osiem, ale ten czterdzieści dwie naprawdę rzadko bywał zatłoczony i ten dzień nie należał do wyjątków.

Pociąg znowu ruszył z łoskotem i szarpnięciem wagonów, a ja, trochę poniewczasie, wstałem, podszedłem do drzwi i też je szarpnąłem. Ani drgnęły, Kumpel z Pruszkowa wiedział, co robi. Postanowiłem odpuścić sobie szarpanie drugich drzwi i zamiast tego powiedziałem:

– Wypuśćcie mnie.

– Spokojnie. – Jeden z Korporacyjnych uniósł się lekko na siedzeniu. Profesor Łupież machnął na niego ręką i Korporacyjny opadł z powrotem.

– Czego ode mnie chcecie?

Sam słyszałem, że mój głos brzmi piskliwie, ale nie potrafiłem tego kontrolować.

– Niech pan usiądzie – zaproponował Profesor Łupież. – Porozmawiamy.

– Nie będę z wami rozmawiać. Proszę mnie stąd natychmiast wypuścić.

– Musimy porozmawiać. – Nacisk w głosie Łupieża stał się nieomal namacalny. Pasikonik złożyła gazetę i wsunęła ją do dużej, czarnej torebki z materiału skóropodobnego.

– Musicie mnie wypuścić. To środek transportu publicznego. Nie macie prawa mnie tu przetrzymywać.

Nikt mi nie odpowiedział.

– Najdalej na Wschodniej będziecie musieli otworzyć – upierałem się.

– Te pociąg jedzie do Anina – uświadomił mnie Gruby.

– Niech pan usiądzie – powtórzył Łupież. – Niech pan przynajmniej posłucha, co mamy do powiedzenia. 

– Okej. – Przycupnąłem na brzeżku siedzenia, jak najdalej od kulącej się pod oknem Baaardzo Ładnej. – Słucham, a potem wysiadam.

– Oczywiście. – Łupież przesunął dłonią po teczce, która leżała mu na kolanach. – Jeśli nadal będzie pan tego chciał, otworzymy drzwi i udamy, że nie było sprawy.

Pokiwałem głową i znowu zacisnąłem w pięści dłonie w kieszeniach kurtki.

Teraz wszyscy patrzyli na mnie. Psiapsiółki, Pasikonik, Robol, Gruby, Kumpel i wszyscy Korporacyjni. Nie wiem, co robiła Baaardzo Ładna, ale czułem na plecach jej wzrok. Zacząłem się pocić, ale nie chciałem rozpinać kurtki ani wsadzać palców pod kołnierzyk koszuli, chociaż miałem wrażenie, że nagle skurczył się o co najmniej dwa rozmiary. Nie chciałem im pokazać, że się boję.

– Mamy tu takie... – zaczął Łupież i na moment się zawahał. – Stowarzyszenie – dokończył. – To zresztą nie jest dobra nazwa. Jesteśmy po prostu grupą...

– Ja powiem – zaoferowała się znienacka Pasikonik. Zrobiła to tak nagle, że drgnąłem nie tylko ja, ale i połowa zgromadzonych w przedziale. Spojrzała surowo na Łupieża, który skurczył się i wciągnął głowę w ramiona. – Twoje profesorskie gadanie, Jurek, to jest dobre na uniwersytecie, a tu trzeba prosto i jasno.

Z trudem powstrzymałem się, żeby jej nie przytaknąć.

– Mamy problem – oznajmiła rzeczowo. – Musimy kogoś zabić.

Rzeczywiście, prościej chyba by się nie dało. Natomiast jasne wcale nie było. W każdym razie dla mnie.

Pasikonik prawidłowo odczytała moje myśli, westchnęła i uniosła rękę do góry, poprawiając blond koafiurę.

– Musi pan kogoś zabić. Jest taki facet...

– Sekundę – przerwałem jej. – Sekundę. Czy wyście kompletnie powariowali? Co wy mi tu wciskacie?! – Poderwałem się z siedzenia.

Pasikonik zmierzyła mnie kamiennym spojrzeniem spod pomalowanych na niebiesko powiek.

– Trochę opanowania, młody człowieku – zwróciła mi uwagę.

– Przepraszam. – Opadłem na miejsce. – Ale...

– Niech pan nie przerywa koleżance – odezwał się z drugiego końca przedziału jeden z Korporacyjnych. Nie wiem który, bo patrzyłem na Pasikonika. 

Pasikonik westchnęła.

– Dobrze, zacznę od początku. Jesteśmy taką grupą... Pilnujemy porządku świata.

Przerwała i czekała, aż coś powiem, ale ja gapiłem się na nią i coraz mniej rozumiałem.

– Coś jak dziesięciu sprawiedliwych w Sodomie i Gomorze. Słyszał pan o tym?

– Coś słyszałem – przyznałem. – Ale dawno temu i niedokładnie.

– Żeby nie było nieporozumień – podjęła Pasikonik – my nie mamy nic wspólnego ze Starym Testamentem ani z niczym takim. Po prostu pilnujemy porządku świata.

– Po prostu pilnujecie – przytaknąłem. – Coś takiego jak PiS. Albo obrońcy krzyża na Krakowskim.

– Nie, nie. – Pasikonik zaprzeczyła energicznym ruchem głowy, aż jej koafiura zadrżała. – Nie mamy nic wspólnego z żadną partią polityczną. My... po prostu mamy zadanie, rozumie pan?

– Jasne, oczywiście. – Postanowiłem przytakiwać wszystkiemu, co powiedzą. Tak było prościej, a kiedyś pociąg zatrzyma się na stacji końcowej i będą musieli otworzyć te cholerne drzwi.

– Są ludzie, którzy próbują nam w tym przeszkodzić – ciągnęła dalej Pasikonik.

Pokiwałem głową na znak głębokiego zrozumienia.

– Siedzą w tamtym przedziale. – Pasikonik wskazała drzwi z tyłu. – Za nami.

Milczałem, bo nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Trafiłem na grupę wariatów z wyjątkowo rozbudowaną teorią spisku. W sumie mogłem się tylko cieszyć, że ze mną rozmawiali, zamiast uznać za wroga, jak tych z drugiego przedziału, i od razu wywalić w biegu z pociągu. Wyglądali na takich, dla których to bułka z masłem.

Musiałem jednak coś powiedzieć, bo wszyscy wyczekująco wlepiali we mnie oczy. Przełknąłem ślinę.

– Więc oni – wzorem Pasikonika wskazałem sąsiedni przedział – próbują wam przeszkodzić. W pilnowaniu porządku świata.

– Tak jest – przytaknęła Pasikonik.

– A przejawia się to jakoś konkretnie? – spytałem ostrożnie.

– Niedawno wyeliminowali moją koleżankę. Na pewno kojarzy ją pan, przynajmniej z widzenia.

Teraz przypadła moja kolej, żeby kiwnąć głową. Przynajmniej to jedno mogłem ze szczerego serca potwierdzić.

– Bo widzi pan... – Pasikonik lekko się zająknęła. – Nas musi być trzynaścioro.

Znowu pokiwałem głową.

– Trzynaścioro. Jasna sprawa.

– To jest bardzo ważne. Nawet nie ma pan pojęcia, jak bardzo. Może kiedyś pan zrozumie. 

Pociąg zatrzymał się we Włochach, co wyraźnie zniecierpliwiło siedzącego po przekątnej od Pasikonika Robola.

– Powiedz mu w końcu. Niedługo Śródmieście.

– Chcemy, żeby został pan jednym z nas – wypaliła z grubej rury Pasikonik. – Wtedy znowu będzie nas trzynaścioro.

Szczęka lekko mi opadła, ale czego innego mogłem się w sumie spodziewać po grupie wariatów ze spiskową manią.

– Będzie mi bardzo miło – zapewniłem, starając się włożyć w moje spojrzenie maksymalny ładunek dobrej woli. – Tylko nie bardzo rozumiem, na czym mój udział miałby polegać.

– Musi pan zabić jednego z nich.

No i wróciliśmy do punktu wyjścia.

Milczałem.

Łupież podniósł głowę.

– Ich też musi być trzynaścioro – powiedział. – Takie są reguły. Siły dobra i zła zawsze są wyrównane, przynajmniej w ostatecznym rozrachunku.

Trudno było się nie zgodzić z tym filozoficznym ujęciem sprawy, ale nadal milczałem.

– W tej chwili jest nas dwanaścioro, ich też. I oni robią teraz dokładnie to, co my. Próbują znaleźć trzynastego. Musimy ich wyprzedzić.

– No dobrze – powiedziałem, starając się pozbierać myśli. – Załóżmy, że się zgodzę. Załóżmy – powtórzyłem z naciskiem, widząc błysk w oku Pasikonika. – Teoretycznie. Na potrzeby tej rozmowy. I załóżmy, że przyłączę się do waszej grupy. Ale przyjmijmy przy tym, że ten ktoś, kogo próbuje dokooptować ta druga grupa, też się zgodzi. Wtedy będzie nas trzynaścioro, ale tamtych też. O to chodzi?

– Nie – zaprzeczyła Pasikonik. – Dlatego musi pan zabić jednego z nich.

– Żeby znowu było ich dwanaścioro? – spytałem słabo.

– Właśnie.

– Super – powiedziałem. – Naprawdę pięknie. Było miło was poznać i tak dalej. A teraz wypuśćcie mnie stąd. To tylko trzy stacje, postoję sobie na pomoście.

Zacząłem się podnosić, ale Baaardzo Ładna dotknęła nagle mojej ręki.

– Ty nadal nic nie rozumiesz. To nie są żarty. Od twojej decyzji, od tego, co zrobisz, zależą losy świata.

– Oczywiście – przytaknąłem. – To ja już sobie pójdę. Bawcie się dobrze.

– Świat pogrąży się w nicości – powiedział Robol ponuro do swoich dłoni, które oglądał teraz od wnętrza. – Życie na ziemi zostanie unicestwione. W ułamku sekundy. O tak! – Dmuchnął, jakby gasił świeczkę.

Mimo woli wzdrygnąłem się.

 

 

Morderczy Kraków

Agnieszka Krawczyk


Śmierć to rzecz straszna

 

Była szósta rano, gdy do kanciapy stróża kąpieliska w podkrakowskim Kryspinowie zapukało dwóch nastolatków.

Szefie! – zawołał wyższy, bardziej rezolutny chłopak. – Możemy się wykąpać?

Nocny cieć, sześćdziesięcioletni mężczyzna dorabiający do renty, wystawił głowę przez okienko.

Niech wam będzie! – krzyknął. – Tylko migiem i żeby nikt was nie zobaczył!

Wysoki chłopak położył rękę na sercu, jakby obiecując coś solennie, i po chwili obaj już gnali nad wodę. Mężczyzna nie dziwił się, że przychodzą tu tak rano. Wakacje, nie ma co robić, widać, że w domach się nie przelewa, a wstęp na kąpielisko kosztuje przynajmniej 6 złotych.

„Niech mają”, pomyślał i wrócił do przysypiania na służbowej leżance. Minął może kwadrans i nastolatek znowu zapukał w szybę. Tym razem mężczyzna nie krył niezadowolenia, że przerywają mu drzemkę.

Panie szefie – powiedział wesoło chłopak. – Kumpel zauważył, że przy tamtym brzegu pływa jakiś worek. Może wyłowimy? Żeby brudno nie było?

Stróż uśmiechnął się i pokiwał głową. Dobra. Niech trochę posprzątają, przynajmniej się odwdzięczą za darmowe pływanie. Rozbudzony, odwrócił się do małej kuchenki, by nalać sobie kawy, i westchnął z zadowoleniem – za chwilę jego zmiana się skończy i pójdzie do domu...

Na betonowym chodniku przed kanciapą zadudniły bose stopy.

Niech pan wyjdzie! – usłyszał pełen emocji głos chłopca. – Szybko!

Gdy wyszedł z budki, zobaczył, że obaj drżą ze strachu.

Co się stało, chłopaki? – zapytał, nie rozumiejąc, co mogło ich tak przerazić.

To nie był worek – powiedział ten rezolutniejszy.

To głowa – dodał drugi, szczękając zębami, ale raczej nie z zimna.

Głowa? Jaka głowa? – stróż w pierwszej chwili myślał, że się z niego nabijają.

Głowa człowieka – wyjaśnił wyższy dzieciak. – Utopionego – uściślił.

 

***

Około siódmej nad zalewem pojawił się nadkomisarz Henryk Wesołowski z komendy miejskiej. Był to mężczyzna jak z powieści Llosy: pod pięćdziesiątkę, z gatunku tych, z którymi nikt nie ma ochoty się zaprzyjaźniać. Ubrany niedbale, ciągle przeczesywał ręką rzadkie włosy, a jego twarz z płaskim, złamanym nosem przywodziła na myśl byłego boksera, a nie stróża prawa. Pozory jednak myliły. Wesołowski, człowiek o wyglądzie abnegata, był miłośnikiem sztuki i literatury. Nie opuścił żadnej premiery teatralnej, zwłaszcza z repertuaru klasycznego; miał też słabość do muzyki poważnej. Odkąd w Krakowie otwarto – z wielką pompą – nowy budynek opery, miał tam stały abonament.

Teraz także, gdy pracujący z nim młody podkomisarz Nowak narzekał, że o tak wczesnej porze muszą błąkać się po zachwaszczonych brzegach kąpieliska, powiedział filozoficznie: „Ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś. To są zwyczajne dzieje”.

No tak, panie nadkomisarzu – wyszczerzył się Nowak. – Ale, o ile pamiętam, tam było wcześniej coś o łosiach, prawda? Że łosia boli od tego niespania...

Wesołowski mruknął coś niechętnie, poczucie humoru partnera czasem działało mu na nerwy, zwłaszcza, gdy żartował z literatury. Jeszcze nie zdążyli dotrzeć do miejsca, gdzie dwaj uczniowie dokonali makabrycznego odkrycia, a już przy bramie kąpieliska zaroiło się od dziennikarzy. Zauważył przystojną reporterkę TVP Kraków, był nawet wóz TVN oraz – niestety – awanturujący się z funkcjonariuszami typek, w którym rozpoznał hienę z bulwarówki „Popołudnie Krakowa”, czyli pana redaktora Mosinę.

Wesołowski nie znosił tego aroganckiego i pewnego siebie gnojka. Mosina był specjalistą od spraw kryminalnych, i w swoim tabloidzie, zajmował się głównie wyszukiwaniem sensacji i szkalowaniem policji. Jak śmiał się uciążliwie dowcipny Nowak, kariera Mosiny osiągnie szczyt, gdy uda mu się stworzyć artykuł, którego nagłówek będzie brzmiał mniej więcej tak: „Dżdżownica zeżarła wędkarza, a policja nic nie zrobiła, żeby temu zapobiec”. Jak można się było spodziewać, Mosina już zdążył zwęszyć materiał na pierwszą stronę, należało więc dołożyć wszelkich starań, żeby się niczego nie dowiedział.

Technicy policyjni wydobyli właśnie z wody głowę. Była odcięta ostrym narzędziem i mimo sporego napuchnięcia bez trudu można było rozpoznać rysy twarzy.

Jezus Maria – wysapał Nowak, a Wesołowski tylko pokiwał głową, bo miał ochotę powiedzieć to samo, tyle że się powstrzymał.

Media się teraz od nas nie odczepią – stwierdził, przyglądając się głowie, którą jeszcze przed paroma dniami cała Polska oglądała w telewizji. Wówczas jednak trzymała się całkiem pewnie na karku jednego z najbardziej znanych serialowych amantów, Igora Wierskiego, gwiazdy telenoweli „Wieczna miłość” i medycznego tasiemca „Pogotowie”.

Moja żona namiętnie czyta takie pisemko „Tajemnice Gwiazd” – oznajmił Nowak, który już zdążył otrząsnąć się z pierwszego szoku. – I tam ostatnio pisali, że ten Wierski to biseksualista... Ciekawe, panie nadkomisarzu, nie? Jeśli to prawda, to może jakiś wzgardzony kochanek go załatwił...

Chyba kochanek samuraj – warknął Wesołowski, bo gadanina Nowaka nie pozwalała mu się skupić. Policyjny technik pokiwał głową.

Tak, panowie. Tę głowę ktoś ciachnął z dużą wprawą. Może właśnie mieczem albo maczetą. To ostatnio bardzo modne narzędzie zbrodni...

Raczej załatwiania porachunków – wzruszył ramionami Wesołowski, notując uwagi technika. – Maczetami okładają się głównie kibice Wisły i Cracovii... W świecie aktorskim jeszcze o czymś takim nie słyszałem, ale kto wie – zazdrość o role jest ponoć straszna...

Technik kryminalny i Nowak parsknęli śmiechem, ale zaraz zaczęli rozglądać się wokół, czy ktoś ich nie widzi. Jeszcze tylko brakowało, żeby ten szczur Mosina sfotografował ich, a potem puścił to w swojej szmacie pod tytułem: „Policjanci natrząsają się ze zwłok tragicznie zmarłego aktora”.

No dobra – powiedział technik. – Zabieramy tę głowę do zbadania, po południu dostaniecie raport z laboratorium, niech się patolog na ten temat wypowie...

Wesołowski skinął głową i przez krótkofalówkę wezwał policjantów przeszukujących okolice zalewu. Ponieważ zwłok aktora nie odnaleziono, zarządził sprowadzenie płetwonurka.

Co pan myśli, nadkomisarzu? – spytał Nowak, gdy już zakończyli przepytywanie stróża i dwóch wystraszonych nastolatków.

Wesołowski wzruszył ramionami. – Samobójstwa to on raczej nie popełnił... Niestety...

 

***

Jak można się było spodziewać, konferencja prasowa okazała się koszmarem, głównie dzięki redaktorowi Mosinie. Najwyraźniej chciał zabłysnąć w mediach jako dziennikarz śledczy, licząc być może na awans z „Popołudnia Krakowa” do takiej na przykład „Uwagi” TVN.

Komendant Zubrzycki spokojnym głosem przedstawił dotychczasowe wyniki śledztwa – Igor Wierski został zamordowany trzy dni temu, głowę odcięto od ciała po śmierci i wrzucono do jeziora w Kryspinowie. Ciała dotychczas nie odnaleziono, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że zbrodnia została dokonana w innym miejscu. Głowę odcięto ostrym narzędziem. Policja prowadzi intensywne czynności, przesłuchuje świadków. Można zadawać pytania.

Wtedy ten pożal się Boże redaktor Mosina dorwał się do mikrofonu jak uczestnik „Szansy na sukces”. Od razu wyraził swoje powątpiewanie w jakiekolwiek umiejętności miejscowej policji. To skandal – wywodził – że mimo zaangażowania tak znacznych środków śledczy niczego jeszcze nie znaleźli. „Wiele hałasu o nic, bo rezultatów nie ma” – zakończył Mosina, zwracając się w stronę kamer TVN, transmitującej konferencję na żywo w swojej telewizji informacyjnej.

Panowie – oznajmił później komendant Zubrzycki, gdy Wesołowski i Nowak zameldowali się w jego gabinecie. – Nie chcę więcej widzieć tej mendy popołudniowej. Jak jeszcze raz się tu pokaże, łeb mu ukręcę przy samym tyłku – na co Wesołowski skinął głową, bo nosił się wobec Mosiny z podobnymi planami.

To po pierwsze – ciągnął szef. – A po drugie, chcę widzieć postępy w śledztwie. To sprawa priorytetowa, centrala naciska. Ten jeździec bez głowy był ponoć jakąś gwiazdą TV czy czymś takim... Cokolwiek zrobił, ja go w niczym nie widziałem...

W serialach grał – wyrwał się z objaśnieniami Nowak, ale mina przełożonego mówiła wyraźnie, że nie obchodzi go, czy ofiara była gwiazdą czy rozgwiazdą, liczyło się, by odnaleźć sprawcę.

Tak jest, szefie – Wesołowski udzielił zatem jedynej akceptowalnej odpowiedzi i obaj z podkomisarzem opuścili gabinet.

W biurze Wesołowski zrobił sobie kawę i przejrzał notatki. – Przepytaliśmy sąsiadów tego Wierskiego i nikt go nie widział od kilku dni, podobnie mówią koledzy w pracy. W kręceniu tego serialu była teraz jakaś przerwa i nikogo nie zdziwiło, że faceta nie ma. Trzeba dotrzeć do jego przyjaciół, znajomych... Zresztą gość wciąż kursował między Warszawą a Krakowem, bez stałego rozkładu zajęć.

W tym pisemku mojej żony, tych „Tajemnicach Gwiazd”, co już panu nadkomisarzowi mówiłem – odezwał się Nowak – pisali, że jego narzeczoną była Anna Bryll, wie pan – te dwie modelki Anna i Maria Bryll, bliźniaczki, jak siostry Olsen...

Wesołowski spojrzał na niego nierozumiejącym wzrokiem. Nie miał pojęcia, kim są modelki Bryll, a tym bardziej jakieś siostry Olsen. Nowak, widząc wyraz jego twarzy, sięgnął do torby i wyciągnął kolorową gazetę.

Proszę, kupiłem dla żony. Dzisiejszy numer; jest duży artykuł o tych modelkach...

Wesołowski nie słuchał, zagłębiwszy się w lekturze. Artykuł, ilustrowany wielkimi zdjęciami półnagiej Anny Bryll, był popisem grafomanii i złej woli. Autor, podpisany dziwacznym pseudonimem „Moja” („dlaczego nie »Twoja«?”, pomyślał mimochodem Wesołowski) przedstawiał modelkę jako bezwzględną karierowiczkę, która dla dobrego kontraktu jest w stanie zrobić wszystko. „Dosłownie wszystko”, podkreślał autor, omawiając dalej, jak cyniczną i interesowną kobietą jest Bryll. Artykuł był stekiem insynuacji, podlanych sensacyjnym sosem, z których wynikało, że Anna dla kariery związała się z Wierskim, który, jak wiadomo – pisaliśmy o tym tydzień temu – jest biseksualistą, znanym w półświatku.

Strach pomyśleć, co tu napiszą o śmierci Wierskiego – powiedział Wesołowski, oddając Nowakowi gazetę. – Denny jest ten artykuł, ale widocznie każda bulwarówka ma swojego Mosinę... To pewnie taka specyfika tego typu prasy... Twoja żona naprawdę to czyta?

Nowak skinął głową. Wesołowski zerknął na okładkę pisma, które podkomisarz chował już do torby. – Zmarnowane trzy pięćdziesiąt. Lepiej by sobie czekoladę kupiła...

Angela nie je słodyczy – uśmiechnął się Nowak. – Odchudza się...

 

***

Anna Bryll umówiła się ze śledczymi u siebie; nie była zaskoczona faktem, że chcą się z nią spotkać.

Mieszkała w pięknym apartamencie przy placu Matejki, obok budynku Akademii Sztuk Pięknych. Wchodząc do salonu, Wesołowski pomyślał, że jednak praca modelki to niezły zawód. „Niby wszyscy się rozpisują, jak to one się męczą na tych pokazach, że stres, złośliwe koleżanki, harówka od rana do nocy, ale, jak widać, opłaca się”.

Anna Bryll była, co w końcu nie zaskakiwało, bardzo piękną kobietą. Wysoką, o długich, czarnych włosach, które kontrastowały z jej porcelanową cerą. Bardzo szczupła, za szczupła jak na gust Wesołowskiego, który kobiety o takiej figurze określał mianem „zamorzone”. Anna jednak nie wyglądała na zamorzoną – miała twarz jak z obrazów Modiglianiego, o wyrazistych oczach i wspaniale zarysowanych brwiach. Zdjęcie w „Tajemnicach Gwiazd” tak dalece nie oddawało jej urody, że można by je uznać za złośliwy fotomontaż.

Spodziewałam się wizyty policji – powiedziała, gestem zapraszając ich, by usiedli. – Zwłaszcza po tym, co napisał ten szmatławiec...

Wesołowski wyjął dyktafon. – Zacznijmy od początku: nazywa się pani Anna Bryll, jest pani modelką i mieszka tu pani z siostrą bliźniaczką, tak?

Anna wzruszyła ramionami. – Mieszkam z siostrą, Marią, to prawda. Ale naprawdę nazywamy się Bryła i nie jesteśmy bliźniaczkami. Agencja modelek, w której pracujemy, uznała, że to będzie bardziej medialne, wie pan, jak bliźniaczki Olsen...

Wesołowski westchnął ciężko. Znowu te Olsen, musi w końcu sprawdzić, kim one są.

Czy znała pani Igora Wierskiego? – przeszedł do rzeczy, a ona skinęła głową.

Znałam, ale nic nas nie łączyło, przyjaźniliśmy się po prostu. Ten brukowiec produkuje plotki wyssane z palca. Pewnie panowie czytali, co o mnie wypisują w ostatnim numerze... Te hieny dowiedziały się skądś, że otrzymałam propozycję zagrania w filmie, i zaczęły mnie nachodzić. Że jak dam im coś na Igora, to mnie zostawią w spokoju, a jak nie, to mnie zniszczą. Wie pan – Anna zwróciła się wprost do Wesołowskiego – kariera modelki nie trwa długo, a potem też trzeba jakoś zarabiać... Pomyślałam, że może film albo telewizja to byłaby dobra opcja...

I co dalej? – zapytał Nowak.

Anna jakby cofnęła się w sobie. – W sumie nic im nie powiedziałam, tylko wspomniałam, że Igor może być biseksualistą, bo widuje się go w takich klubach, wie pan, jak Promenada na Kazimierzu...

No to rzeczywiście nic im pani nie powiedziała – pokręcił głową Wesołowski. – Nie mnie to oceniać, ale nie przysłużyła się pani koledze...

Anna jeszcze bardziej się skurczyła. – Wiem... Ale oni mnie tak naciskali... Ci ludzie to prawdziwe harpie... Oni już niejednemu skasowali karierę...

Kim byli ci… dziennikarze? – zapytał Wesołowski.

Anna zastanawiała się przez chwilę. – Przyszła jakaś kobieta z fotografem. Nazywała się Wyrzykowska czy jakoś tak... Nazwiska tego fotografa nie pamiętam, zresztą wcale się nie odzywał, tylko cykał fotki... W ogóle nie wiem po co, bo dali potem zdjęcie z jakiejś starej kampanii, którą robiłam wieki temu, ale wyciągnęli to pewnie dlatego, że zdjęcia były kiepskie, a ja na nich rozebrana... Ta baba była okropna, straszyła mnie, groziła...

To jest karalne – oznajmił Wesołowski. – Powinna pani złożyć doniesienie.

Bryll wzruszyła ramionami. – Tylko tego mi jeszcze potrzeba, wtedy załatwiliby mnie na pewno...

Wesołowski nie skomentował jej słów, zadał jeszcze kilka pytań o znajomych Wierskiego, ale Anna ich nie znała.

Dziwna historia... – powiedział Nowak, gdy wyszli z mieszkania modelki. Wesołowski skrzywił się.

To, że bywał w klubie gejowskim, jeszcze o niczym nie świadczy. Niektórzy lubią się pokazywać w takich miejscach.

No właśnie – potwierdził Nowak. – To taki lans... – Wesołowski zmierzył go spojrzeniem.

W pańskich czasach pewnie mówiło się „szpan” czy jakoś tak... – zmieszał się młody człowiek. Nadkomisarz pokręcił głową. „Dobrze, że nie powiedział »w pańskich czasach mówiło się na to ekstraordynaryjnie ekscentryczny«”, pomyślał ponuro.

Tak czy inaczej – wrócił do tematu. – Musimy jutro przejść się do tego szmatławca i znaleźć tę Wyrzykowską...

Już nie mogę się doczekać – uradował się Nowak.

 

 

 

 

Morderczy Wrocław

Adrianna Michalewska


… Jerzemu

 

Spowiedź starego altarysty

 

Dwunasty dzień kwietnia 1525 roku zaczął się jak każdy inny. Słońce powoli wyłoniło się zza Kurzego Targu, gdzie smród drobiu zatykał nielicznym przechodniom dech w piersiach. Wrocławskie handlarki rozkładały jajka na straganach i uciszały wrzeszczące w koszach gęsi. Erhard Scultetus, mistrz krzyżowców od Świętego Macieja, zacisnął mocno obrzmiałe powieki. Gdyby tak nie musiał wstawać dzisiaj z łóżka. Najchętniej nakryłby się po uszy i zapomniał o całym świecie. Albo jeszcze lepiej – żeby tak cały świat zapomniał o nim.

Drzwi do komnaty w małej kamieniczce domu altarystów, gdzie ostatnio nocował, skrzypnęły cicho. Ktoś wszedł do pokoju. Mistrz otworzył oczy i potężny ból spowodowany ostrym promieniem światła nieomal pozbawił go przytomności.

Pora wstawać, panie – usłyszał.

To Bartolomeo, młody chłopak, syn dalekiej kuzynki z Italii, przyniósł gliniak z maślanką. Postawił go na brzegu drewnianej ławy i spojrzał wyczekująco na mistrza.

Ten wstał i chciwie przycisnął usta do krawędzi naczynia. Chłodna maślanka była doskonałym remedium na jego stan. Wielki mistrz od kilku dni nie trzeźwiał. Nie dalej jak kilka dni temu przegrał w karty kościół. Wspaniałą farę pod wezwaniem Świętej Elżbiety, tuż przy wrocławskim rynku. Sytuacja była poważna. Gmach wraz z okazałym placem miał przejść w ręce protestantów. 

Psy bezbożne – warknął Erhard na samo wspomnienie tego, co się stało. – Spili mnie jak wieprza. A teraz muszę podpisać umowę. Oddać kościół. Nasz święty katolicki kościół oddać tym zaprzańcom – ryknął i złapał się za głowę. W czaszce zahuczało jakby garnek z maślanką eksplodował mu na czole.

Panie – Bartolomeo spojrzał w oczy mistrza. – Panie, ocalimy naszą farę. Pan Bóg nie pozwoli, aby w Świętej Elżbiecie heretycy odprawiali swoje modły.

Ale jak, synu, jak? – Mistrz tęsknie spojrzał w kierunku garnka z maślanką. Niestety, był już pusty.

Zrobimy tak – młody Italczyk pochylił głowę i zaczął mówić. Po chwili na lico mistrza Erharda wypłynął uśmiech. W jego duszę wstąpiła nadzieja.

Spisz się, Bartolomeo – zawołał i złapał się za głowę. – Nikt nie może się o tym dowiedzieć. Pamiętaj. Honor przede wszystkim. I przynieś jeszcze maślanki – dodał.

 

*

Karol Nemec, prywatny detektyw, z dezaprobatą przyglądał się robotnikom stawiającym rusztowanie przy kamieniczce „Małgosia” wznoszącej się u wlotu w ulicę św. Mikołaja. Sączył właśnie poranną kawę w jednej z wrocławskich kawiarni, gdy hałas przestawianej „warszawki” zakłócił mu przyjemność czytania ostatniego numeru „Gazety”. Rozmyślał akurat nad kłopotami cypryjskich banków, a tu taka przykrość. Zgrzyt przesuwanego po bruku metalu był nie do wytrzymania. Zirytowany, złożył pismo i upił stygnący w białej filiżance płyn. Postanowił przeczekać, ale widać było, że młodzi ludzie w uwalanych zaprawą kombinezonach popsują mu poranek. Hałasowali potwornie, pokrzykując coś na cały głos. Karol sapnął i otarł czoło chusteczką. Jak na kwiecień, poranek był dosyć gorący.

Ekipa remontowa ustawiła w końcu rusztowanie i zaczęła przygotowywać się do dalszych prac. Młoty i wiertarki, które wnosili na plac, odebrały Karolowi resztę nadziei na miłe chwile z gazetą.

Zrezygnowany skinął na kelnera i sięgnął po portfel. Wyglądało na to, że musiał znaleźć sobie inne miejsce do podumania. Wstał i powoli skierował się w stronę remontowanej kamieniczki. Pilnujący prac człowiek w kapeluszu od razu zwrócił uwagę detektywa. W końcu mało kto dzisiaj nosi kapelusz. Uznał, że warto go zagadnąć.

 

*

 

Pociąg z Berlina powoli wtoczył się na stację Wrocław Główny. Peron był prawie pusty, jeśli nie liczyć kilku osób bez celu przemierzających chodnik wzdłuż toru. Nad budynkiem rozciągał się dach, który tworzyły szeregi szklanych kafli. Niegdyś zapewne lśniących, dziś brudnych i ledwie przepuszczających słabe światło. Rozgrzane powietrze nie zachęcało do zwiedzania miasta. Może dlatego z wagonu wysiadło zaledwie sześciu pasażerów, którzy szybko skierowali się do przejścia podziemnego, prowadzącego do głównej hali dworca.

Konsul Heinrich Hunter postawił małą walizkę obok ławki z czerwonymi, plastikowymi siedzeniami i spokojnie rozejrzał się wokół. 

Wrocław znał dobrze. Stąd pochodzili jego dziadkowie. I ich dziadkowie, aż do piętnastego wieku wstecz. I ich przyjaciele. Po wojnie, w secesyjnej berlińskiej kamienicy Hackesche Hőfe, gdzie zajęli kilka z mniej lub bardziej ocalałych mieszkań, spotykali się co czwartek na rozmowach o przeszłości.

Rodzina Huntera opuściła Wrocław jesienią 1944 roku, gdy miasto, zamienione w twierdzę, odpierało ataki Armii Czerwonej. Taką rolę wyznaczył mu Hitler, mianując je częścią Wału Wschodniego na Odrze. Wyjechali bez żadnego majątku, jak nędzarze, z trudem przedzierając się przez skuty zimą ostatni kawałek Trzeciej Rzeszy. Przetrwali zajęcie Berlina, przeżyli w strefie okupowanej aż do zburzenia muru berlińskiego, prowadząc elegancką kawiarnię w tym samym kompleksie zabytkowych budynków, w którym mieszkali. Po zjednoczeniu Niemiec przejęli ją na własność i tam kontynuowali swoje coczwartkowe spotkania.

Młody Heinrich Hunter ukończył Uniwersytet Berliński i przyjął posadę w Muzeum Pergamońskim. Często zostawał w budynku do późnej nocy. Nie niepokojony przez strażników, patrzył w puste oczy syryjskich posągów. Tuż przed ukończeniem trzydziestego roku życia zgłosił się do pracy w biurze detektywistycznym. Początkowo śledził afery związane z kradzieżą zabytków w całych Niemczech. Pracował dla muzeum i ministerstwa kultury.

Obecnie piastował funkcję konsula Republiki Federalnej Niemiec we Wrocławiu. Oficjalnie, bo prywatnie zajmował się sprawą, która ciągnęła się już wiele lat. Nadkomisarz Wolff, który wprowadzał Heinricha w jej tajniki, powiedział kiedyś przy piwie w berlińskiej Bierkeller, że sprawa jest znacznie starsza, ale funkcjonariusze z byłej RFN nie przekazali wszystkich informacji swoim kolegom zajmującym się tym po zjednoczeniu. Nic dziwnego. Ossi byli ambitni, ale ich współpraca ze STASI kazała przypuszczać, że mieli specyficzne podejście do lojalności i współpracy. A jeśli nadkomisarz Wolff nie miał żadnych informacji, nie miał ich też Hunter, który także z osobistych powodów pragnął udać się do tego dziwnego miasta z betonową halą sportową przy wielkim parku w centrum. Nadkomisarz Wolff był także przyjacielem Huntera. Kiedy więc pojawiła się okazja zarobienia naprawdę wielkich pieniędzy, ten docenił lojalność nadkomisarza.

Poza tym mówił po polsku i znał miasto. Dziadkowie, a potem rodzice, zabierali go ze sobą na wycieczki do Polski. Zresztą w Berlinie nie było trudno o lektorat na wydziale języków słowiańskich. Może nie mówił biegle, ale wystarczająco dobrze, by tłumaczyć dziadkom wrocławskie gazety. Nadarzyła się okazja, aby połączyć sprawy zawodowe z prywatnymi.

Przed wojną Wrocław był znaczącym miastem Trzeciej Rzeszy. Jednym z niewielu, które tak gorliwie czciło Hitlera i identyfikowało się z ruchem nazistowskim. Dlaczego właśnie w Polsce Wolff szukał niemieckich skarbów?

Powodów mogło być kilka. Ta część Rzeszy pozostała wierna nazistom do końca wojny. Po 1945 roku znalazła się, wraz z Wrocławiem, w granicach PRL, ale niemieccy autochtoni mieszkali tu jeszcze do późnych lat pięćdziesiątych. Morze ruin, pozostałość po mieście, było świadkiem niejednej ciemnej sprawki, a samosądy na Niemcach nie należały do rzadkości. Przed wojną Wrocław był zamożny. Ludzie, którzy w nim przebywali, nawet po kapitulacji mogli posiadać rzeczy, które zaginęły w Europie na początku lat czterdziestych dwudziestego wieku. Przez cztery dekady nie było odpowiednich warunków do takich poszukiwań. Ale teraz sytuacja się zmieniła.

Robiło się już późno i słońce zaszło, pozostawiając nagrzane budynki nocy. Było duszno. Wilgoć, ciągnąca od pięciu rzek przecinających okolicę, oblepiała wszystko w okolicy kilkunastu kilometrów.

 - Kończy się dzień, którego nie ma – pomyślał Hunter i podpierając się laską, żwawo ruszył w stronę postoju taksówek. Ostatnia podróż w Alpy okaleczyła go na resztę życia. Sztywne kolano wymagało używania podpory.


*

 

Panowie, nie tak, nie tak! – Rozgorączkowany konserwator zabytków wymachiwał rękami, biegając w kółko po placu przy kościele Świętej Elżbiety. Dochodziło południe              i słońce raziło tak mocno, że nawet duży kapelusz nie pozwalał odpocząć zmęczonym oczom. Konserwator zabytków Antoni Łuczywko nie spał od trzech dni. Jedynie olbrzymie ilości kawy i papierosów, jakimi raczył się przez ostatnie kilkadziesiąt godzin, pozwalały mu jeszcze na jakie takie działanie.

Antoni Łuczywko nie mógł zasnąć, ponieważ wiedział, że nagina prawo. I żeby tylko nagina! Łamie je jak suchy badyl. Jednak w życiu każdego mężczyzny przychodzi taki moment, że należy odsunąć na bok sentymenty i zrobić coś, co nie zawsze jest zgodne z ogólnie przyjętymi zasadami. Tak swą decyzję o wydaniu zgody na remont zabytkowej kamieniczki tłumaczył sobie główny konserwator zabytków. I to wojewódzki. A prawda była taka, że tamci mieli na niego haka. Musiał wybrać: on albo ta stara rudera. I choć była piękna i malowniczo otwierała wejście na plac kościelny, to pan Antoni postanowił, że mały remont jej nie zaszkodzi. Zwłaszcza, jeśli on sam wszystkiego dopilnuje. Nie przypuszczał, że sytuacja wymknie mu się spod kontroli. Gdyby o tym wiedział dwa miesiące wcześniej, gdy pakował neseser na wyjazd do Hradca, raczej położyłby się do łóżka i nie wstał, zanim pomysł podróży służbowej nie wywietrzałby mu z głowy. Ale teraz było za późno. O wiele za późno.

W lutym, czyli zaledwie dziewięć tygodni temu, pan Antoni pojechał do Hradca Kralove w sprawach służbowych. Dzień był zimny, za zimny na zwiedzanie, zresztą miasto znał już wystarczająco. Wolał schronić się w przytulnej kafejce i spędzić wieczór przy kilku kufelkach piwa. Bo do czeskiego piwa pan Antoni miał wielką słabość. Niestety, miał też słabość do pięknych blondynek z biustem w rozmiarze E. Lub większym. No i stało się tak, że tego lutowego wieczoru w jakiejś kafejce w Hradcu, było to chyba U Smetany, ale do końca nie był tego pewien, los zesłał mu Marketę. Marketa pojawiła się w życiu pana Łuczywko z nagła, niczym objawienie, rzec by można. Kobieta owa, przechodząc obok stolika w kafejce U – chyba – Smetany, czego do końca nie był pewien, upuściła torebkę. Pan Antoni oczywiście zerwał się od stolika, aby torebkę podnieść, bo był dżentelmenem. A nie dlatego, że przechodząca właścicielka torebki miała kręcone blond włosy, które opadały jej na plecy i na biust, w rozmiarze co najmniej E lub większym. Właścicielka tych dóbr schyliła się także i zabujała panu Antoniemu tuż przed nosem swymi walorami.

Oczywiście, trochę go to zdeprymowało, ale nie aż tak, żeby nie odpowiedzieć na kilka ciepłych słów, które padły pod jego adresem z ust właścicielki biustu. Przecież nie wypadało nie odpowiedzieć. A potem nie zaprosić jej do stolika. A może i do hotelu? Tego do końca pan Antoni Łuczywko nie był pewien. Kto kogo zaprosił. W każdym razie owa lutowa noc była jedną z najgorętszych, jakie mu się ostatniej zimy przytrafiły. Albo i w ciągu ostatnich dwudziestu zim. Dlatego też jego wyjazd delegacyjny musiał zostać przedłużony o trzy dni. I o trzy noce, rzecz jasna. To, co przeżył na szerokim łożu w hotelu Kralovy Dom, a nawet na kanapce, w łazience i nieomalże w hotelowej windzie, dodało mu wiary w siebie i pozwoliło inaczej spojrzeć na swoje czterdziestoośmioletnie życie.

Pewnym zgrzytem w tej nowej sytuacji był fakt, że pan Antoni Łuczywko w pięknym dolnośląskim mieście Wrocławiu miał żonę, Iwonę. Ale o tym, spoczywając na biuście                   w rozmiarze E w hotelu Kralovy Dom w Hradcu, chwilowo zapomniał.

I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że w marcu do pokoju pana Łuczywko w urzędzie wojewódzkim wszedł listonosz, który przyniósł mu kopertę zaadresowaną na jego nazwisko z intrygującym dopiskiem: do rąk własnych. Koperta ta zawierała bardzo ciekawe fotografie,  i to w kolorze. Trzeba było obiektywnie przyznać, a pan Łuczywko potrafił być obiektywny i znał się na pięknie, że były to bardzo ładne ujęcia. Gorzej, że przedstawiały jego i Marketę. W szerokim łożu hotelu Kralovy Dom, na kanapce, w łazience i nawet w tej hotelowej windzie. A to już był problem, którym panu Antoniemu trudniej było się zachwycić.

Rozejrzawszy się ukradkiem na boki, pan Antoni chyłkiem przemknął się do małego pokoiku z drukarką i niszczarką, po czym szybko zapakował do tej ostatniej zawartość szarej koperty. Samą kopertę, po namyśle, postanowił zachować. (...)

 

Opinia
Treści
takahe Linia koment Trzy miłe mordercze miasta :) miło się czyta
2014-02-05 16:04:54
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów