Oto "Sabat czterdziestek"

«poprzedni     następny»
2016-05-12 10:32:08
news - Oto "Sabat czterdziestek"

Gdy ma się czterdziestkę na karku, a za sobą nieudane małżeństwo, pora na urlop od dotychczasowego życia. Tak decyduje Ewa, a w tym życiowym oddechu towarzyszyć ma jej dawna koleżanka, Kamila, obecnie mieszkająca w Barcelonie. Zanim jednak kobiety wyruszą w podróż dookoła świata, muszą załatwić sprawy spadkowe w małej wiosce, w której w dziecięcych latach spędzały wakacje.

 

Przyjazd w to miejsce uruchomi dawne wspomnienia, spotkania po latach skłonią do porównań i refleksji nad dawnym życiem - wszystko jednak z humorem i spora dozą kąśliwej ironii, bohaterki są bowiem osobami dalekimi od sentymentalizmu. Pojawi się także "ta trzecia" - nielubiana towarzyszką dziecięcych zabaw, konieczna do załatwienia sprawy spadku. Pojawi się w towarzystwie przystojnego mężczyzny w luksusowym samochodzie, wzbudzi zazdrość i zniknie, a to zmusi bohaterki do poszukiwań.

 

Prowadząc prywatne śledztwo wśród barwnych mieszkańców wioski, kobiety uruchomią serię nieoczekiwanych zdarzeń, które wplączą je w prawdziwą intrygę kryminalną. Jak potoczą się ich losy? Warto się o tym przekonać podczas lektury Sabatu czterdziestek - nowej książki Anny Kleiber, autorki Kobiety z pazurem. Powieść poleca Wydawnictwo Bis, a my zapraszamy do udziału w konkursie, poświęconym Sabatowi czterdziestek, a także do przeczytania premierowego fragmentu książki:

 

 Stałam na molo w Zatoce Puckiej i w palcach obracałam obrączkę. Morze było spokojne, w oddali płynął statek, a wokół wydzierały się mewy. Po raz ostatni obejrzałam złoty krążek, pocałowałam go na
pożegnanie, a potem mocno się zamachnęłam. Poszybował wysoko, błysnął w słońcu i z głośnym plumknięciem zanurzył się w wodę.

 

– Ewa! Ewka! – doszło do mnie z brzegu. To była mama. Przez chwilę stała jeszcze i patrzyła w moją stronę, osłaniając oczy przed zachodzącym słońcem. Wiedziałam jednak, że długo tak nie postoi, bo właśnie dotarło do niej, co zrobiłam. I oto, ze zgrozą marszcząc czoło, dreptała po zmurszałych deskach, ciągnąc za sobą plecak.

 

– Widziałam! Wszystko! – sapnęła z zadyszką. – Czyś ty oszalała?! Tak ci się przelewa? Sprzedać trzeba było! Zezłomować! Wziąć trochę grosza, a nie honorowo na pastwę żywiołu rzucać! Zaraz kogoś zawołam, żeby zanurkował i ją odłowił! – Odwróciła się w kierunku brzegu i podniosła rękę, aby przywołać pijących tam wino wyrostków.

 

– Ani się waż! – Mocno złapałam ją za pulchną dłoń. Mama zamilkła, jej oczy zrobiły się dwa razy większe, a usta zmieniły się w wąską kreseczkę. Siedzące na piasku małolaty przerwały popijanie i całą uwagę, którą przed chwilą skupiały na butelkach z winem i głupim rechocie, skierowały ku nam. Zrobiło mi się głupio. Na mać moją osobistą nigdy nie fukałam, ale Bóg mi świadkiem, że musiałam zadziałać szokowo, bo tylko w ten sposób mogłam przełamać przedsięwzięte przez nią postanowienie.

 

– Mamuś! – Objęłam ją, odebrałam plecak i pociągnęłam go w kierunku zejścia na plażę. – Nie chcę tej obrączki.

 

– Obrączki możesz nie chcieć, wcale ci się nie dziwię, ale złota żal… – Truchtała za mną, raz po raz łapiąc głębszy oddech. Odchudzania nigdy pod uwagę nie brała, tak samo jak ostrzeżeń najbliższych, że z taką tuszą tylko cudem jeszcze nie dostała cukrzycy, nie wspominając o zawale lub innych nieciekawych, związanych z otyłością przypadłościach. Jeść lubiła, a że na co dzień doglądała kuchni, zasłaniała się wymówką, że własną gębą wszystkiego musi spróbować, czy aby na pewno gościom pod pysk można podać. Oczywiście w ten sposób mówiła tylko do nas – najbliższej rodziny. Utyskującym na jej wagę lekarzom przedstawiała wersję, w której „gębę” i „pyski” zastępowała „ustami”.

 

– Ponadto – mówiła, nie wiem, czy lekarzom również, ale nam niejednokrotnie – dzięki obecnej figurze mogę nosić stroje w stylu Magdy Gessler.

 

Przy czym umknął jej uwagi fakt, że Magda Gessler w porównaniu z nią wyglądała jak potraktowany herbicydem szczypiorek. A teraz mamusia dreptała za mną w rytmie: mój krok jeden, mamine dwa, powiewając połami narzutki w optymistycznym pomarańczowym kolorze. O kroju à la Gessler oczywiście.

 

– Mamuś! – Przystanęłam na chwilę, aby mogła mnie dogonić. – Jeśli chodzi o tę obrączkę, to mi nie żal – powiedziałam dobitnie. – Z przeszłością nie chcę mieć nic wspólnego. Od jutra zaczynam nowe życie, a to był taki symboliczny gest na dobry początek.

 

– Symboliczny może i tak, ale dlaczego taki kosztowny? – mruknęła. – Ale jak tam sobie chcesz. I załóż wreszcie plecak. Nie masz chyba zamiaru ciągnąć go do samego dworca?

 

Zrobiłam, jak kazała, i szybkim krokiem ruszyłyśmy w stronę Kolejowej. Pociąg odjeżdżał za trzydzieści minut. To niewiele czasu, tym bardziej że było lato, a więc sezon, kiedy ludzie nader chętnie się przemieszczają. Przemknęła mi przez głowę myśl, że jednak trzeba było się zgodzić, aby ktoś mnie podwiózł, lub przynajmniej wziąć taksówkę, ale byłam uparta niczym sentymentalna gówniara i chciałam pożegnać się z morzem, z każdą mijaną ulicą, domem, a i z klombem również.

 

– Dobrze, że masz już bilet – sapnęła mama, otarła pot z czoła, bojowo wystawiła łokcie i rzuciła się w tłum, aby dopchać się do peronu. Kilka minut wcześniej przyjechały dwa pociągi, z których wysypało się mrowie spragnionych nadbałtyckiego klimatu ludzi.


– Usiądź tak, abyś nie była sama – dodała.

– Usiądź? – Rozejrzałam się wokół. – Chyba raczej stań.

– Usiądź, stań… A rób, co chcesz! – Przesadnie siąknęła nosem i z dezaprobatą pokiwała głową. – Ty dobrze wiesz, co o tym sądzę… – Pogroziła placem, co mnie rozśmieszyło. Lata, w których bałam się tego złowróżbnego wymachiwania palcem, minęły dawno i bezpowrotnie.

– Tato się spóźnia… – Rozejrzałam się po tłumach, nie podejmując dyskusji o gap year – wycieczce w daleki świat, mającej dostarczyć nie tylko nowych wrażeń, ale również pełnić funkcję terapii geograficznej. Wybierałam się tak daleko, jak tylko się dało, aby nabrać zdrowego dystansu do przeszłości oraz sił do przeżycia kolejnych czekających mnie lat.

– Jesteś pewna, że żywa wrócisz? A jak cię jakiś Arab złapie i do haremu wsadzi?

– Żaden Arab mi niestraszny, za stara jestem. O, widzę tatę! – Aby wiedział, gdzie ma iść, podskoczyłam, machając przy tym intensywnie ręką. Coś mnie zaniepokoiło.

– Mamo… – mruknęłam z niedowierzaniem i podskoczyłam jeszcze raz, aby potwierdzić fakt ujrzany za pierwszym podskokiem. Niestety, nie pomyliłam się: za ojcem, przejęci moją egzotycznie brzmiącą wyprawą, podążali wujowie i ciotki – bracia oraz siostry moich rodziców.

 

Informując rodziców o tym, że robię sobie w życiu przerwę na wyjazd w najdalsze zakątki świata, kategorycznie zaznaczyłam, iż gremialne rodzinne pożegnanie nie wchodzi w rachubę. Wziąwszy pod uwagę bliskie stosunki łączące moich krewnych, wiedziałam, czego mogę się po nich spodziewać – wielkiego greckiego pożegnania (skoro istnieje wielkie greckie wesele, to i takież pożegnanie można sobie wyobrazić). Jak postanowiłam, tak też i zrobiłam: ugościłam kawą i ciastem trzech moich braci, ich żony oraz gromadkę siostrzeńców, zaznaczając, że na pociąg odprowadzić mogą mnie jedynie rodzice. Ciotki i wujów obdzwoniłam i wyraźnie powiedziałam, że tak ma zostać: rodzice, ja i plecak. A co teraz widziałam? Podnieconą gromadkę cioteczek i wujków, pragnących obdarzyć mnie swym ostatnim, ku tak zwanej przestrodze, słowem, przy czym ten i ów chętnie do owego słowa dołączyłby całkiem porządną przemowę.

 

Bo jak to możliwe, że Ewka, oczko w głowie rodziny, w której od lat rodzili się tylko chłopcy, wypuszczała się w tak daleką podróż? To nic, że Ewka (przypominam, nadal o mnie mowa) była czterdziestoletnią rozwódką, która poznała smak życia szczodrze doprawionego dziegciem, miała więc pełne prawo do zmiany menu i zakosztowania innych smaków, aby nie tylko umilić sobie życie, ale i mieć co wspominać na starość, gdy zasiądzie w fotelu bujanym, a nogi okryje ciepłym kocykiem. Chciałam wyjechać, oderwać się od Pucka i wspomnień związanych z tym miejscem, a potem obejrzeć się za siebie i ocenić, ile z tego, co przeżyłam, warte jest przechowywania w pamięci.

 

– Uparci są jak i  ty – powiedziała mama, patrząc w stronę przepychających się krewniaków. – Ty się zaparłaś, że chcesz jechać na kraj świata, a oni, że chcą cię gremialnie pożegnać. Jedna krew w was płynie.

– Córcia! – Tata uścisnął mnie mocno, poklepał po plecach, znów uścisnął i znów poklepał.

Opinia
Treści
emilly26 Linia koment Kobiecy kryminał napisany z tego co widzę w dobrym stylu.
2016-05-12 16:13:42
martucha180 Linia koment W sam raz dla mnie ;)
2016-05-12 11:57:50
dayna15 Linia koment ciekawy fragment
2016-05-12 10:39:10
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów