Burza
opowiadania >




Widok za oknem nie zachęcał. A dokładniej wyobrażenie tego co jeszcze może się za nim znajdować. Pierwszy plan stanowił bowiem błękit przestworzy, tak czysty i intensywny, iż dodałby optymizmu nawet pierwszego dnia żałoby. Co więcej, był to najsilniejszy znany błękit, którego nigdy nie zakłóca żadna chmura czy choćby ptak zagłuszający śpiewem swoje problemy osobiste. Był to kolor tak mocny, iż ustępował jedynie nocy. Dzieje się tak z bardzo prostego powodu: pięć tysięcy metrów nad poziomem morza, pogoda nie jest zbyt dynamiczna, a już na pewno nie rodzi dylematów w stylu „brać parasol, czy nie?”.


Wszelkie chmury kłębiły się poniżej. Ich burzowy kolor i ogromny rozmiar, jakby samemu niebu chciały pokazać swoją siłę, manifestując wszem i wobec, że są groźne nie tylko na świecie poniżej. Ich układ może wydawać się piękny na zdjęciach i to w innej części świata. Na tym oceanie zawsze zwiastował ogromny sztorm, płacz ukochanych kobiet i wieńce wypuszczane w fale. Chociaż, ta opowieść nie powstałaby gdyby tym razem nie miało być trochę inaczej. A to dzięki postaci, która wpija wzrok w niebo, tak jakby ta przyjemność miała się więcej nie powtórzyć.


Wołali go różnie w zależności od tego, kto wołał. Tutaj w trakcie rozmowy był nazywany po imieniu, lecz gdy tylko się odwrócił słychać było słowa: wariat, szaleniec, stuknięty, idiota, chyba wisi mi piwo. Nikt, nigdy jednak nie powie mu tego wprost. Nie z braku odwagi- komu jak komu, ale tym chłopakom odwagi nie ma prawa brakować. Powodem była mieszanka szacunku, braku zrozumienia i odrobiny litości. A może poprostu strach? Jeżeli już to przed utratą dobrego kolegi. Kolegi, jakby nie patrzeć, z pracy.


Podobno na tym stanowisku nie powinno się zżywać, ale na szczęście nikt o tym nie wiedział. Wszyscy sobie ufali w oparciu o długą znajomość, wręcz przyjaźń. Była to jedna z tych, które potrafią uratować życie i stworzyć je nieznośnym, gdyby przyjaźń się skończyła. A tutaj może się to zdarzyć codziennie, gwałtownie i boleśnie. Zazwyczaj w sposób, który przez długie lata przeszkadza w zaśnięciu osobom, które przy tym były, dlatego o tym także nikt nie myślał. Jest to bardzo przydatna umiejętność dla ludzi, którzy posiadają dosyć inteligencji aby mieć świadomość rzeczy nieuniknionych a tym samym nieprzyjemnych. Wydawałoby się, że bagatelizowanie poważnych stron życia jest oznaką smarkaterii, jednakże bywa pomocne i często jest jedynym sposobem postępowania. To znaczy, zawsze można zwariować, ale pokój z materacami zamiast ścian i karmienie przez słomkę, nie zawsze oznacza wygodne łóżko i trzy posiłki dziennie.


Nikt tutaj nie myślał o najgorszym, ponieważ jest to zawsze tylko jeden z tysięcy scenariuszy, nawet jeśli całkiem możliwy.


Myślenie o przyszłości to tylko gra wyobraźni, która oprócz zbędnych i absurdalnych trosk przynosi zazwyczaj konkluzję w stylu „kto by pomyślał....”. Wydaje nam się często, że jest inaczej, że potrafimy przewidzieć i dokładnie wszystko zaplanować. Przypomina to rozmyślania mrówki na temat konstrukcji i działania batyskafu. Bez sensu i na pewno się nie uda.




Nasz bohater nie myślał. A dokładniej robił wszystko, żeby nie myśleć, co jednak, jest wysiłkiem umysłowym. Nastawiał się na tę chwilę tak jak za każdym razem. Nie myśleć o rozedrganych nogach, nie pić wody co chwilę by choć na moment zwilżyć usta, nie wyobrażać sobie co może się stać, bo najgorszy scenariusz wydaje się w takich momentach jedynym. Wszystko by nie wpaść w panikę, bo wtedy to już koniec. Równie dobrze mógłby położyć się w trumnie i samemu śpiewać sobie pieśni pożegnalne. Jednak mimo wszystko, był tutaj. Uważał, że właśnie tu jest jego miejsce albo tutaj powinno być. Uważał tak, mimo że każda krztyna zdrowego rozsądku krzyczała „leć w góry i hoduj owieczki, tutaj robi się gorąco”. Wiedział, że kiedy postawi stopę na ziemi i między jednym toastem a drugim weźmie spokojny oddech, wszystko znów nabierze sensu, lecz teraz trzeba zrobić swoje. No właśnie, trzeba. Bo tak trzeba. Jak nie dlatego, to po co?


Zaraz skok. Usłyszał komunikat. Miał jeszcze chwilę. Powoli i dokładnie zakładał kominiarkę, kask i gogle. Sprawdził zabezpieczenie sprzętu, ciasno przylegającego do ciała. Poprawił ochraniacze. Dał znak swoim towarzyszom. Uklęknął. Zamrugał szybko parę razy. Po chwili przypomniał sobie po co uklęknął. Zamiast modlitwy wyszeptał krótko „proszę, pomóż mi”. Wstał obserwując światła. Zielone jeden. Zielone dwa. Otwarcie klapy. I wtedy przestał być człowiekiem. Pomyślał „żeby żyć wiecznie”. I skoczył.


Inaczej to nie działa, mimo wszelkich pragnień. Chcesz żyć wiecznie? Skacz! Chcesz żyć wiecznie? Biegnij! Chcesz żyć wiecznie? Walcz! Chcesz żyć wiecznie? Nie uda się, ale jak rzucisz palenie, będziesz trochę bliżej.


Nie można jednak zapominać, że panteon jest bardzo wąski, a wokół niego porozrzucane ambicje i zatracenie. Czasem nie warto próbować. A jak już się musi, to uprzednio trzeba sobie zapewnić możliwość obejrzenia własnego pomnika. Nasz bohater o tym nie wiedział.


Skoczył wraz z innymi, w odpowiednich odstępach by nie wywołać katastrofy przedwcześnie. Było ich dziesięciu, dobrze zbudowanych, z zacięciem wypisanym na twarzach i cichą nadzieją w sercu, że uda im się wrócić do domu.


Lot trwał parę sekund, był bardzo długi. Gdyby nie kombinezony, pęd pozbawiłby ich przytomności. Chwila, w której minęli linię chmur, nagrana byłaby przepiękna. Ze spokojnego, rozświetlonego słońcem błękitu zanurzyli się w gęstej szarości by po chwili wypłynąć po drugiej stronie wprost w szaleństwo i zamęt sztormu.


Chmury były czarne, bombardowały setką piorunów poniższy świat. Zalewały go deszczem i gradem, jakby wypełniając wolę Bożą o ponownym potopie. Fale w swej zazdrości, próbowały swoją wielkością przegonić wszelkie formy znane człowiekowi. Jedynym dźwiękiem był huk. Huk gromu, fal i kontenerowca o nie się obijającego. Ogromny statek przegrał już swoją walkę z oceanem, nie pruł tafli i nie omijał prądów. Był rzucany, pomiatany niczym piłka podawana sobie przez fale w jakiejś ponurej grze ludzkimi życiami. Wypełniony kontenerami i nieliczną załogą, był skazany na zamieszczenie w historycznych książkach jako przykład morskiej katastrofy. Szansą był nasz bohater, człowiek prawie 25.000 razy mniejszy niż statek, który miał uratować. A jedynym ratunkiem była walka, chwila krzyku przeciwko potędze, która rządziła tym światem od początków istnienia. Na szczęście ludzie nie są dobrzy w szacowaniu swoich sił, dzięki temu doszli do bardzo wielu rzeczy.


Akcja w swej niezwykłości i niepowtarzalności

- [1] [2] [3] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
niewnikaj Linia koment
Dodany:2016-05-01 15:43:17, Ocena: 6.0
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów