Świat Ojczysty: Rozdział I Część 2
opowiadania >



justify;"> — Czemu?


— Czemu? — powtórzył za nim. — Powodem było poczucie odrębności. Kiedy udało się nam wprowadzić, jako taki porządek na horyzoncie pojawiły się nowe problemy.


— Jakie?


— Po sukcesie przemiany planety i opanowania sytuacji z emigracją przez pewien czas panował spokój. Narody dostały swoje tereny pod kolonizację, a wielkie korporacje kontrolowane już przez agencje rządowe na dobre zadomowiły się na Czerwonej Planecie. Nastąpił jednak konflikt interesów.


— Konflikt interesów? Z kim?


Człowiek noszący tytuł szlachecki wskazał brodą na ludzi znajdujących się na ulicy.


— Osiedlaliśmy się zgodnie z prawem międzynarodowym, a ekspansja wielkich firm stawała się coraz większa. A przecież od 2104 roku minęły całe dekady. Potomkowie pierwszych kolonistów stopniowo zaczęli odizolowywać się od nas – Ziemian. Z każdym rokiem część z nowo przybyłych się do nich przyłączała. Byli to głównie pracownicy kopalń i innych ogromnych zakładów, którzy czuli się oszukani i wykorzystywani. Mars jawił się im niczym raj, a stali się zwykłą klasą robotniczą, która pracowała za pensie niższe niż na Ziemi.


— Przecież to bezprawie! — oburzył się Green. Właściciel pojazdu spojrzał na niego badawczo.


— Tak. Łamano nasze prawo na każdym kroku. Z czasem przyłączyli się do nich również właściciele farm. Nie mogli sprostać konkurencji z ogromnymi korporacjami. Część z nich zbankrutowała i popadła w biedę. Zasilili i tak spore już grono bezrobotnych i bezdomnych błąkających się po ulicach pierwszych miast.


— To straszne… — wyjąkał dziennikarz.


— Niestety takie są fakty. Mars jest specyficzną kolonią. Jest daleko od Ziemi, więc z kłopotami musiała sobie radzić na bieżąco i…


— … sama — dokończył za ambasadora. Ten przytaknął.


— Zgadza się. I tak błędne koło się zamknęło. Koloniści zrzekali się swoich rodowitych obywatelstw jeden po drugim i przyjmowali marsjańskie. Stali się Marsjanami.


Wciąż jechali, ale zrobiło się już spokojniej. Niepokojeni już przez nikogo zbliżali się do dzielnicy, gdzie znajdowała się Brytyjska Ambasada. Christopher Green zanotował coś w swoim cyfronotesie i wyłączył telefon.


— Dziękuje, panie ambasadorze — uśmiechnął się. — Wyszedł nam chyba jednak mały wywiad.


Smith roześmiał się i spojrzał na zegarek.


— Tak, chyba tak. Za jakieś piętnaście minut będziemy na miejscu.


— Tłum się rozszedł — zauważył Green.


— Jesteśmy już prawie w dzielnicy senackiej. Tutaj znajdują się domy senato-
rów i ambasady. No i co najważniejsze kontrolę tutaj mamy w zupełności my. Teren pilnuje wojsko, a nasi przeciwnicy nie chcą się narazić na otwarty konflikt z prawem.
Sir Walter zakołysał się z zadowoleniem na tylnym siedzeniu samochodu. Widać, że im bliżej był swojego domu, tym czuł się pewniej. Green zaś z krótkiej rozmowy dowiedział się sporo o Marsie i jego sytuacji. Bezwątpienia to miejsce było pod każdym względem inne od tego, co widział do tej pory w swoim życiu. Nie miał wątpliwości, że pobyt tutaj, chociaż krótki zmieni jego światopogląd.


Samochód na chwilę zatrzymał się. Sir Walter Smith rozkazał wsiąść ochronie do drugiego pojazdu jadącego za nimi, stwierdzając, że nie będą oni już dalej potrzebni. Jak tylko czterech mężczyzn wsiadło do środka, ponownie ruszyli. Po dziesięciu minutach dotarli prawie na miejsce.


Oczom Greena ukazał się wysoki na pięć metrów mur. Bramę zaś zagradzał wojskowy transporter opancerzony. Obok niego stało kilku żołnierzy z bronią w ręku. Młody dziennikarz „The Daily Mirror” pierwszy raz widział ją z tak bliska.


Jeden z żołnierzy w szarym mundurze i chełmie pokazał otwartą dłonią, aby się zatrzymali. Kierowca nacisnął hamulce i samochód stanął w miejscu. Dwóch wojskowych podeszło do niego. Prowadzący pojazd opuścił szybę.


— Dokumenty proszę.


Ochroniarz podał odpowiedni dokument. Drugi żołnierz przeskanował go
i oddał z powrotem. Obaj żołnierze skinęli do siebie, po czym jeden z nich podszedł
do drzwi Smitha i zastukał w szybę.


— Co się dzieje? — spytał, kiedy wychylił głowę.


— Przepraszam ambasadorze, ale musi pan pojechać do drugiej bramy — odpowiedział żołnierz. Jego oczy zasłaniały czerwone okulary przeciwsłoneczne.


— Czemu? Jestem pięć minut od celu mojej podróży.


— Przez bramę przedarło się paru intruzów. Musieliśmy interweniować. Na razie ten posterunek jest zamknięty. Przepraszam za trudności. Teren od drugiej bramy jest przez nas zabezpieczony. Powiadomimy tamten posterunek, że jedziecie. Przejedziecie bez kontroli — skończywszy wyprostował się i zasalutował.


— No trudno… — odpowiedział zrezygnowanym głosem Smith. Nie mieli wyjścia. — Jim! Jedź do drugiej bramy.


— Tak jest.


Koła skręciły w prawo, wzniecając tuman kurzu i

- [1] [2] [3] [4] [5] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów