Wiosenny Festiwal
opowiadania >



świat przedstawiony: Rokugan



W zamku panował spokój. W kuchni czereda kuchcików doglądała gotującego się ryżu i kroiła warzywa. Kucharze zajmowali się mięsem. W zamkowym dojo bushi rodziny Doji trenowali z zaangażowaniem pozczególne kata i techniki. Stary sensei Akinan wprawnie doglądał młodzików wykrzykujących z głebi piersi swoje kiai. Nic nie zdawało się mącić harmonii i sprawności ich ruchów. Sensei Akinan skinął z uznaniem głową. Młody Takumi zachwycał go. Pozostali też robili swoje. W skryptorium podlegli władcom zamku i okolicznych ziem historycy zajmowal się swoimi codziennymi kronikarskimi obowiążkami. Świat na zewnątrz zamku kipiał wiosną. Przez otwarte okna wlatywał zapach kwiató sakury i lekki wietrzyk. Na błoniach kawalerzyści rodziny Moto ćwiczyli konie. Rodzina wyklętych dobrze radziła sobie w tym miejscu. Zdawała się doskonale zaakomodować. Jeźdzcy Moto nie czuli się na ziemiach zamku Pięknych Słów i Okrutnych Czynów odrzuceni przez wspólnotę, przeciwnie - byli tu mile widziani. Zazwyczaj. Rodzina Doji nie widziała w nich pariasów a świetnie wyszkolonych najemników, ale zdarzały się i takie sytuacje, kiedy skaza rodziny Moto dalece wykraczała poza szaleństwo. Okresowe znikanie pojedyńczych bushi jednakże lub zabijanie chłopów na gościńcu było na ogół ignorowane. Przyzwyczajono się do tego jak do suszy. Rządzący tymi ziemiami Doji potrzebowali swoich psów łańcuchowych. Moto świetnie się z tego zadania wywiązywali. Ogry tengu rodziny Moto może i byli nacechowani skazą, ale poza tym byli wybitnie waleczni. Tengu Doji byli z nich bardzo zadowoleni. Jedynie najsłabsza spośród nich rodzina Kitsu miała powody by sarkać. To niegdyś były ich ziemie. Doji najechali ich, przywłaszczyli sobie wszystko co do nich należało i zamienili ich w podwładnych, zmuszonych słuchać swoich panów. To nie był dobry czas dla Kitsu.
Niemniej wiosna była wspaniała.



- Za bardzo wysuwasz lewą rękę. Powinieneś ją bardziej przycisnąć do boku - tłumaczył przyjacielowi Ryowotaki. Sashimu poprawił technikę. - Tak, właśnie tak. Tak dobrze.
Przez kilka minut ćwiczyli jeszcze razem, zanim opadli dłońmi na kolana i zaczerpnęli głośno tchu. Sięgnęli po czerpaki na wodę i zachłannie pili.
- Mówi się, że w tym roku Wiosenny Festiwal będzie obfitował w liczne atrakcje. Pani Yura zapewniła akrobatów cienia i sztukmistrzów. Będzie fajnie.
- No, moja mama nie może się doczekać. Ja zresztą też. Mówią, że można będzie się najeść do syta tych specjalnych ryżowych ciasteczek z przyprawami co ostatnio. Wszyscy na nie czekają. Do tego mają wystąpić znani szermierze rodziny Doji i mają być też pokazy jeździeckie Moto: strzelanie do celu z konia w galopie i takie tam.
- Tak - przyznał Ryowotaki. - Będzie fajnie, jak zawsze.
Przyjaciele chwycili swoje ćwiczebne bambusowe miecze i założyli je na ramię idąc w kierunku wioski. - Tego roku Wiosenny Festiwal będzie piękny.



Suwanan Kitsu był w podłym nastroju. Jego rodzina doznała ostatnio paru impertynencji ze strony rządzących. Jak na samurajów Kitsu byłi stanowczo aż nadto spokojni. Samuraj to kontrolowana agresja, tak dobrze przekładająca się na profesję bushi. Agresja poparta siłą i zdolnościami wojownika. Na tym polu Kitsu nie mieli osiągnięć. Byli tylko rodziną historyków i badaczy starożytności. Kopistów i kronikarzy. Wojna była im obca. Tak obca jak sumienie u Doji i zdrowy rozsądek u Moto. Tak obca jak marzenia o zdobyciu chwały i myśli o podboju. Tak obca jak zrozumienie pojęcia honoru u plebsu. Kitsu byli spokojną rodziną. Wszystko czego pragnęli to... przetrwać. Ocalić od zapomnienia okruchy pamięci. Przetrwać. W pamięci innych, na kartach księgi. Przetrwać i ocalić przyszłość. Jak na zatopionych w papierzyskach gryzipiórków byli całkiem praktyczni. Nie pojmowali tego. Wydawało się, że w tych czasach kto nie był bushi, ten nie miał racji bytu. A jednak. Trwali. Byli niczym wotywna skała w ogródku, otoczona falami piasku. Tak poprawna. Tak niezastąpiona. Byli władcami pustych ryz papieru i pełnych kałamarzy. Ale co najważniejsze - trwali.
Suwanan zajrzal przez ramię starszemu referentowi. Ten pisał:

Na najmłodszej kartce
stopniowo, wyrazem
ostatnia litera
wciąż się wciąż powtarza

nieubłagana
w wierze pragmatycznej
to marsz pochwalny
pustego kałamarza


Suwanan westchnął. "Pozostały nam wiersze." Nie lubił się odsłaniać. W tych warunkach, warunkach podboju i niewoli, był skryty. "Wiersze w jakiś sposób nas zdradzają." Wolał prostsze formy. Nieodgadnione haiku. Na przykład takie, w czas wiosny:

liściem sakury
przykrywam mój czajniczek
niech w niebo leci

para co dotąd
przetrwała w okowach
niech w locie cieszy

"Niezbyt klasyczne, ale może być." Cóż mu pozostało. Był stary.


* * *

Wiosenny Festiwal rozpoczął się późnym rankiem. Dzieci biegały dookoła stoisk z ciasteczakmi ryżowymi i słodką fasolą. Pyzy nadziewane słodką pastą fasolową cieszyły się niezmiennym powodzeniem. Było ciepło i bardzo wiosennie. Na głowy przekupniów i sprzedawców, jak i przechodniów sypały się płatki sakury, pełne ich były ulice i dachy domostw. Nadchodziła najbardziej upragniona pora festiwalu - zawody. Konkursy łucznicze zawsze przyciągały mnóstwo spragnionej pokazu publiczności. Podobnie jak pokazy szermiercze - fechmistrzów rodziny Doji uważano w tych stronach za niedoścignionych mistrzów. Na bloniach popisywali się domorośli mistrzowie sumai, pełno tu było szarpiących się i popychających dzieciaków. Wszyscy doskonale się bawili. Humoru nie zwarzyły nawet pojedyncze siniaki i otarcia. Późnym popołudniem błonia opustoszały - zbliżali się Moto. Nadciągala kawaleria.
To był punkt zwrotny festiwalu. Po nim miały się odbyć już tylko zabawy dziecięce i napychanie brzucha. Nie zapominając o wieczornym pokazie fajerwerków. Gapie ciekawie przyglądali się przejeżdzającym jeźdźcom Moto. Przyciągała uwagę ich egzotyczna uroda, uroda plemion barbarzynskich dzikiego zachodu. Moto nie dawali zapomnieć, że byli tu prawie obcy. Przyszywani. Można powiedzieć - adoptowani. Ale tu byli u siebie. Doji ich potrzebowali. Tak jak potrzebowali skrybów Kitsu. Mimo że ciężko dało się przyporządkować Moto pod samurajów - byli jacyś inni, brutalniejsi. Nieokrzesani. I w przeciwieństwie do spoleczeństwa tutejszego, tak wolni. A jednak... Poniekąd tu pasowali. Ze swoimi oryginalnymi, kolorowymi strojami. Ze swoimi smagłymi kobietami. Do nich należały szerokie łąki, na których wypasali swoje olbrzymie konie. Zasymilowali się. I czuli się ważni.



cdn


- [1] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów