Cisza
opowiadania >



Przeraziłam się. Cisza, wszędzie cisza. Czułam ją w każdym zakamarku mojego ciała, pulsowała w skroniach, płynęła w krwioobiegu, dotykała mych dłoni, gładziła twarz. Zamknęłam oczy, żeby czuć ją jeszcze wyraźniej, jeszcze mocniej. W dole tętniło życie, sznury samochodów wykonywały swój taniec w rytm stukotu silników, hałasowały radia, krzyczały dzieci, nawet podmuch wiatru uwięziony w liściach drzew był słyszalny. Tu w górze było całkiem inaczej, jakby kosodrzewina dzieliła dwa światy: ciszy i dźwięku i nie pozwalała się im wzajemnie przenikać. Otworzyłam oczy – było to widać wyraźnie – ogromna przestrzeń otulająca mnie milczeniem kontrastowała z pociemniałymi dolinami. Było mi tak dobrze, szczyty gór szarpały błękitne niebo, ciepłe promienie słońca rozlewały się w dół. A ja trwałam w milczeniu i zachwycie. Nie chciałam wracać, nie chciałam się nawet poruszyć, ale czułam, że tam w dole jest coś, co chce mnie z powrotem. W końcu poddałam się temu dziwnemu uczuciu i zaczęłam stawiać kroki prowadzące mnie ku dolinie.


Nie wiem jak długo szłam, szlak znałam doskonale, w końcu nie jeden raz go przebywałam, ale pochłonięta myślami traciłam poczucie czasu. Rozejrzałam się w około – byłam gdzieś w połowie drogi – przede mną roztaczał się widok na dolinę, na której zostawiłam samochód – ale coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam na tym szlaku, kazało mi się zatrzymać. Jak to możliwe, że przemierzając drogę wielokrotnie nigdy nie zwróciłam uwagi na dom stojący parę metrów od szlaku? Może zasłaniały go liście gęstego lasu, które teraz się przerzedziły? W końcu jest już październik. Pomyślałam, że podejdę bliżej – z czystej ciekawości, gdyż to, co jawiło się przede mną wyglądało na bardzo przytulną chatkę, a że nie wiedziałam o jej istnieniu, nie mogła być schroniskiem, a już na pewno nie schroniskiem, o którym piszą przewodniki.


Zbliżając się do celu, odkryłam coś jeszcze – tuż za chatką, którą wypatrzyłam, wznosiła się wieża kościoła a jeszcze dalej kolejny dom. Zdziwiłam się bardzo, wyglądało to na jakąś osadę, o której – mimo wielu wizyt w tej części gór, nigdy nie słyszałam. Byłam już blisko białego, drewnianego domu – otoczonego białym niskim płotkiem. Wzdłuż płotu rosły różnobarwne kwiaty – te same kwiaty wyłaniały się z szerokich donic ustawionych na parapetach i na brzegach werandy, która otulała wejście do domu. Na werandę prowadziły dwa szerokie schody, a na niej stało krzesło, maleńki stoliczek i fotel bujany. Miałam poczucie jakbym przeniosła się w inną rzeczywistość, a dom wydawał mi się znajomy – jakbym go już kiedyś widziała, w filmie? Na obrazie? Nie mogłam sobie przypomnieć. Zaledwie kilka kroków dzieliło mnie od białej chatki, gdy dostrzegłam słup z białym napisem na zielonym tle: Malownicze. A więc tak nazywa się ta miejscowość – teraz byłam pewna, że jest to niewielkie miasteczko, gdyż kilka dachów mieniło się w oddali – nie dostrzegłam ich od razu, ponieważ droga, którą szłam wyraźnie schodziła ku dołowi a punkt, w którym teraz przebywałam był najwyższy.


Sama nie wiedziałam, czemu tak mnie tu ciągnęło – powinnam już dawno być w samochodzie i wracać do domu – jednak magia tego miejsca zablokowała mi poczucie rzeczywistości. To już drugi raz tego dnia – najpierw tam, w górze, teraz tu – w połowie drogi. Znów poczułam, że mogłabym tu zostać na zawsze, gdyby jeszcze dom, który stoi przede mną mógł okazać się na sprzedaż – uśmiechnęłam się do swoich myśli.


Zbliżyłam się do werandy, pomyślałam, że skoro tu jestem, to zaspokoję swoją ciekawość i dowiem się, kto tu mieszka. Już wyciągnęłam rękę żeby zapukać, gdy drzwi się otworzyły – zaskoczona zrobiłam krok w tył. W drzwiach ukazała się sympatyczna staruszka - nie wiem dlaczego, ale od razu pomyślałam, że mogłaby być moją babcią. Uśmiechnęła się do mnie wąskimi ustami zatopionymi w okrągłej, lekko pomarszczonej twarzy.


- Dzień dobry.


- Dzień dobry, proszę wejść – staruszka otworzyła szeroko drzwi i gestem ręki zaprosiła mnie do środka – zupełnie jakbym była oczekiwanym gościem a nie obcą osobą pałętającą się, nie wiadomo po co, po cudzym podwórku.


- Ja…, bardzo przepraszam za najście, schodziłam szlakiem do doliny i zobaczyłam z daleka pani dom…


- Tak, proszę wejść do kuchni – właśnie upiekłam szarlotkę – lubi pani szarlotkę?


- Tak, bardzo – uśmiechnęłam się szeroko, bo to moje ulubione ciasto, a jego zapach unoszący się w powietrzu już zdążył podrażnić moje nozdrza i wbić się do pustego od dłuższego czasu żołądka.


- Ale nie będę pani przeszkadzać? Ja tylko na chwilkę zboczyłam z trasy – usilnie próbowałam wytłumaczyć moją obecność tutaj.


- Nie przeszkadza pani, a do niespodziewanych wizyt jestem przyzwyczajona – często ktoś do mnie zagląda.


- Naprawdę? Widocznie tylko ja nie wiedziałam o istnieniu tego miasteczka, nie ma go przecież w żadnym przewodniku, a ze szlaku nigdy wcześniej go nie wypatrzyłam.


- To prawda, nigdzie nie piszą o naszym miasteczku - nie jest też widoczne gołym okiem, ale zapewniam panią, że wędrowcy do niego trafiają – herbaty?


- Tak, poproszę.


Usiadłam na wiklinowym fotelu wyłożonym miękką poduszką – jednym z dwóch stojących w obszernej kuchni. Kuchnia widocznie pełniła też rolę

- [1] [2] [3] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów