Deszcz
opowiadania >



Właściwie to nie pamiętał zbyt wiele z poprzedniego dnia. Zapewne padało. Płaszcz przemókł zupełnie tak samo zimnymi kroplami jak i nudą. Bo nie stało się zupełnie nic godnego uwagi zbrojnego. W mijanych wioskach ludzie siedzieli cicho za zamkniętymi okiennicami, na trakcie pozdrawiali go skinieniami spod kapturów tylko strażnicy.

Tak samo jak dziś. Rudej maści klacz unosiła jednostajnie kopyta, morke mlaśnięcia błota wkomponowały się w muzykę deszczu, graną zawzięcie i nieprzerwanie w kałużach. Minął dopiero co wioskę, podobno nazywającą się Listek. Rozpytywał w gospodzie, pokazywał rycinę, wytartą już nieco od ciągłego rozwijania i powrotnego pakowania w skórzaną tubę. Nikt nie widział jegomościa słusznej postury,
o wydatnym brzuchu, z paskudną blizną ciągnącą się po szyi, jakby od podrzynania gardła, nad którą widniała krótka broda.

Właściciel karczmy oferował nocleg – pogoda nie sprzyjała podróżom, mało tego, grafitowe chmury nie wróżyły w najbliższym czasie poprawy aury. Odmówił, choć słońce chyliło się ku zachodowi.

Chłód przenikał jego ciało aż do kości, wewnątrz grzała go żądza zemsty. I to nie takiej, jak powiadają, że jest najlepsza. Nie na zimno, śmiejąc się w twarz temu potworowi, widzieć jego strach. Chciał tego już teraz, za chwilę. Nie koniecznie w uczciwej walce. Strzała posłana zza węgła była dobrym wyjściem, znajdującym się w okolicach początku listy możliwości, ułożonej w myślach przez samotnego mściciela.

Dopiero ocknąwszy się z zadumy poczuł otaczający go chłód. Owinął się szczelniej wełnianym płaszczem, który ciążył mu bardziej, niż osłaniał przed chłodem. Palce zrobiły mu się już sine od trzymania wędzidła, roztarł je więc pospiesznie. Musi dojechać do najbliższej wioski. To niedaleko, tamten staruszek w gospodzie powiedział, że będzie tylko półtorej mili. Wjeżdżał właśnie pod górkę, dookoła pochylały się nad nim gałęzie potężnych drzew, muskając go czasem liśćmi. Las, pomimo szumu deszczu, był nienaturalnie cichy. Tylko w skołatanej bezsennością i pragnieniem wendety głowie rozbrzmiewal krzyk. Przeciągły, wysoki. Upiorny kobiecy wrzask.

Tak jak się spodziewał, widok ze wzniesienia nie był rozległy, dalej ciągnął się zielony dywan drzew, rozcięty pojedyńczą smugą szerokiego traktu. Z resztą, niebo było już ciemnogranatowe, oświetlone pierwszymi tej nocy gwiazdami, przypominając jakąś drogą materię, usłaną błyskotkami, z jakich zwykły nosić suknie damy dworu w Linac.

Stanął w strzemionach, chociaż ciężko było się podnieść z siodła w napęczniałej od wody przeszywanicy. Na strzał z łuku od niego stały jakieś drewniane zabudowania. Popędził klacz. Sprawdził czy miecz dobrze wysuwa się ze skórzanego pokrowca.

Z połowy odległości poczuł już swąd sosnowego dymu unoszącego się z komina. Budynkiem okazała się strażnica, osadzona przy brodzie, który widział już całkiem dobrze. Tylko Karotka, jego ruda klacz, nerwowo potrząsnęła głową, parsknęła. Nie zwolnił tempa. Wyjął miecz.

Zupełnie niepotrzebnie.

Dookoła przeprawy igliwie było usłane ciałami. Większość z nich, tylko w niegdyś białych, teraz pobrudzonych rdzą przeszywanicach musiało być poległymi strażnikami. Na watowanych pancerzach wykwitły krwawe ślady. Dwa inne trupy, sądząc po wysoko podgolonych fryzurach i zniszczonym odzieniu, były ziemskimi skorupami zbójców. Nigdzie nie było nadającej się do użycia broni, tylko kilka połamanych pik
i karygodnej jakości toporków potwierdzało podejrzenia wędrowca. Napad.

Uśmiechnął się paskudnie. To mogło oznaczać, że cel jego wyprawy znajduje się niedaleko. Zeskoczył z wierzchowca, podszedł do jednego z trupów. Dotknął śmiertelnej rany. Czerwona krew, ostygła już, nie skrzepła jeszcze. Wciąż ma szanse. Odwrócił się na pięcie, chciał wrócić do Karotki, puścić się galopem przed siebie, za rzekę. Ale usłyszał za sobą jęk. Zerwał się gwałtownie, wykonując mieczem zapobiegawcze cięcie.

Stal nie napotkała oporu, klinga ze świstem rozdarła powietrze. Tuż przy drzwiach do środka budynku, pod który o dziwo nie podłożono ognia, wpółleżał oparty o ścianę jak szmaciana lalka jeden ze strażników. Nie zauważył go wcześniej, zajęty ogarnięciem potyczki. W kilku błyskawicznych krokach znalazł się przy nim.

Spod misiurki wystawały w nieładzie ciemne włosy, zlepione w strąki, przyklejone do czoła, umazanego krwią. Na znajomych rysach twarzy, pod prawym okiem widniał świerzy krwiak, z dolnej wargi sączyła się czerwona strużka. Oddychał ciężko, charcząc. Wędrowiec opuścił miecz. Z niedowierzaniem bardziej stwierdził niż zapytał. – Dentysta? Co ty tutaj robisz?! – Głos miał niski, mrukliwy. Słowa wypowiadał szybko, przywodziły na myśl uderzenia topora w pień. Tamten odpowiedział niespiesznie, bardzo niewyraźnie. – Siedzę, nie widać? Pomóż mi wstać chociaż... Cholera jasna, uważaj, chyba żebro mam złamane. – Zaszeleściła metalicznie kolczuga, kiedy przybysz próbował postawić go na nogi. Nic z tego, człowiek zwany Dentystą był zbyt słaby, ciągnął dalej. – Zaciągnąłem się, nie wiem sam już po co... Potem ci opowiem, Verik. Musimy stąd wiać. Niedaleko jest wieś... Musimy się tam dostać... Znają mnie tam, pomogą... Weź, weź moją Bijkę... – Po tych słowach głowa opadła mu na pierś. Oddychał, więc żył.


- [1] [2] [3] [4] [5] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów