Linie brzegowe - cz.2
opowiadania >



Energiczna obraca jabłko w dłoniach. Jest dojrzałe, duże i lśniące, ledwo daje się objąć, a palce ślizgają się po skórce. Liczyła na gospodarcze owoce, które nie są wizytówkami hurtowni.

W zwyczajnych malinówkach zdarza się robak, równie żywy, jak człowiek, który zje cząstkę owocu bez obawy o bóle w trzewiach. Kronselki miewają przy ogonkach listek zwinięty w rulonik, albo kawałek sękatej gałązki, a ułożone między trocinami pachną owocowym winem. Z renet wycieka dużo soku, antonówki są wyborne z ryżem na słodko, posypane po wierzchu cynamonem. Albo grusze, polskie, zimowe grusze, które stopniowo dojrzewają w chłodnej komórce, tuż przed Wigilią plamią się na żółto, kuszą, stają się pyszniejsze w oczach. Nie widziała takich co najmniej od dwudziestu lat.

Energiczna też dojrzewa po ludzku do jesiennych przebarwień, ale woli udawać, że nie wiadomo z jakiej przyczyny ma zapotrzebowanie na przywołania z pamięci. Wspomina otrzęsiny w sadzie pełnym wysokich jabłonek z pniami pomalowanymi wapnem. Płachty rozścielane pod śliwami, uderzanie granatowego gradu o napięty materiał, zmęczone kobiety w kaloszach i szarych fartuchach, zgięte w pół przez kilka godzin. Dobierały się w pary i dźwigały ciężkie skrzynki zbite z surowych desek, stawiały na przyczepkę, którą ciągnął za sobą niewielki traktor.

Kierowca pod koniec pracy upijał się pod pierwszym drzewem, śpiewał sprośności i śmiał się za głośno, a potem zasypiał między gnijącymi jabłkami. Otulonego w waciak budził pies stróża. Zwierzęciu nie przeszkadzał smród, ani na zawsze splątana mowa. W czasie pierwszych przymrozków bura psina dogrzewała nietrzeźwego, pewnie dlatego traktorzysta doczekał się emerytury, którą przepijał samotnie wygrażając pięściami dobermanom paniusi z miasta, która w byłym sadzie opala się bezczelnie każdego lata, a jego drzewa pomarniały.

Energiczna wie, że duch czasu musi robić swoje, nikogo i niczego nie pozostawi nietkniętym. Pozytywnie życzy napotykanym ludziom, chciałaby, aby los śpieszył się z dobrami, ułatwiał zmiany. Ale w głębi przechowuje minione, nasycone pracą, od której tak wielu migało się byle przepękać i zaliczyć dniówkę. Majaczą w niej weseli lub wesołkowaci, niepoważni, poważni i z różnych powodów poważani, niezbyt rozsądni i bardzo mądrzy ludzie z przeszłości. Niekiedy śni przeszłość, wtedy wszyscy uwijają się przy taśmie, po której turlają się niewymiarowe, uwalane ziemią owoce lub warzywa. Pamięta uczniów przywożonych do sadów w czasie zbiorów, dym z ogniska i pieczone ziemniaki podrzucane w dłoniach przed obieraniem ze zwęglonych koszulek. Pamięta starszyznę rozprawiającą o froncie, swoich bliskich wyliczających po kolei tych, którzy dla niej byli już legendą, ale siwe kobiety płakały tak prawdziwie, jakby czołgi dudniły wczoraj.

Głębia Energicznej jest zakonserwowana tak dobrze, jak najcenniejsze eksponaty w najbardziej szanujących się muzeach. Wiele razy uwalniała się z tej matni, burzyła, dokładała nowe obrazy z przekonaniem, że zastąpią lwią część starych, że wyprą epizody z piętrzeniem się niemożności, odsuną sceny brutalne, wykasują obłudę, które też była między sadem, a drogą do miasta, matką i ojcem przed rozwodem, nią zbuntowaną, a skrawkami poszarpanych nici, dobrych i nieswoich myśli między swoimi.

Uchowała dużo więcej, niż chce i potrafi przekazać. Mogłaby wyjmować wszystko po kawałeczku i opisywać drobiazgowo, a do każdej opowieści dokładać postrzępione prostokąty starych fotografii, z którymi kiedyś musi zrobić porządek.

Na jednej z karteczek stoi w białych podkolanówkach, większa od włoskiego orzecha posadzonego przed narodzinami młodszego brata. Za plecami ma Syrenkę, którą przyjechali na wieś, a jeszcze dalej okna ganku w pelargoniach.
Lubi to zdjęcie z urwanym rogiem. Lubi dzień, w którym córeczka zrzuciła ją pytaniami, kiedy trafiła na album i szybko odkleiła podobiznę. Ze znaleziskiem przybiegła do kuchni.

- Mama, mama, gdzie tutaj stoję?!
- To zdjęcie zrobił mi dziadek. Wtedy nie było cię jeszcze na świecie.
- A gdzie byłam?
- Nigdzie.
- Kłamiesz. Stałam przy drzewie i byłam duż-sza od drzewa.
- Większa. Mówi się: większa. Powtórz.
- Większa, bo duż-sza od drzewa.
- To moje zdjęcie. Ja jestem tutaj większa od drzewka.
- Kłamiesz.
- Wszystkie mamy są najpierw małymi dziewczynkami. Takimi, jak ty teraz.
- A co jest za tym autem?
- Dom mojego dziadka i babci.
- A za domem?
- Sad.
Mała odwróciła fotografię i nie zobaczyła sadu.
- Kłamiesz. Znowu kłamiesz. Nic już nie ma.

Mogła wówczas wytłumaczyć, że jeszcze jest, ale bardzo inne od tutejszych domów i ogrodów, jakie mijają idąc na spacer do parku. Zaniechała wylewności. Doszła do wniosku, że jej skarb jeszcze nie pojmie na czym polega widoczna oraz subtelna różnica, nie doceni dobrodziejstw skansenu, w którym jej matka patrzyła, jak rośnie włoski orzech, a jej babcia chuchała i dmuchała na słabowitego synka.

Skansen. W przypływach ciepła oznaczał wszelakie dobra, jakie warto ocalać, kiedy rozsądni niezbicie dowiodą, że wygodny, współczesny świat rozkłada się pod górami kup opakowanych w pampersy.
Jej dziadkowie byli z tych, co setki razy lutują garnki, poprawiają korbkę drewnianego młynka, a mikser kupują dopiero wtedy, gdy stłucze się ostatnia makutra. Jak coś popsuło się w domu, czy między ludźmi - musiało iść na warsztat, musiało być naprawione.

Umieszcza duże jabłka w torbie z kółkami. Wierzy sprzedawcy, że będą soczyste. Wierzy sobie, że będą bardzo długo twarde, gruboskórne, niepodobne do owoców zrywanych osobiście w sadach za domami. Dorodna marchew też, a jednak dokłada sobie o kilogram ciężaru i ciągnie pokaźny majdan od stoiska do stoiska. Czasem próbuje podawanych na nożu serów i kiełbas, przytyka do ust skorupki jajek, by wyczuć świeżość nabiału, częstuje się kosteczką chałwy albo "michałkiem" podtykanym pod nos, gdy zatrzymuje się na chwilkę, by złapać solidny oddech.

Najczęściej stara się ominąć tych, którzy wychodzą przed lady, szarpią potencjalnych nabywców za rękawy, zachodzą im drogę, namawiają natrętnie, dwoją się i troją, a kiedy wyczują minimum zainteresowania wpadają w prawdziwy amok wciskania na siłę wszystkiego, co piętrzy się na stołach wylanych po kres chodnika. Tutaj chodzi się po jezdni.

Musi uważać na sznur samochodów, na grupki ludzi stłoczonych przy stoliku z trzema kubkami, na góralki z dziwnym akcentem z nie wiadomo jakich gór. Wyrastają jak spod ziemi z podrabianymi kierpcami z białego filcu. Milczą, gdy ktoś je pyta o Zakopane.

Nie może zderzyć się z żywym kioskiem, a co jakiś czas taki tragarz szybko przemierza prostą, by skręcić w zawiłe uliczki targowiska. Przed sobą pacha jakąś platformę na kołach. Zza piramidy towaru nie widać chudej, żylastej postaci przepasanej szmacianą torbo-kasą. Trzęsą się kolorowe płyny do kąpieli i
- [1] [2] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów