Historie niesamowicie zwyczajne cz. 1
opowiadania >



Popołudnie powoli ulegało transformacji w dojrzałą postać wieczoru a słońce schodziło stopniami ku horyzontowi tworząc wraz z nielicznymi postrzępionymi obłokami czerwono-niebieską poświatę. Kwietniowy dzień nie różnił się zbytnio od swojego poprzednika, nie padało, nie wiało, było w miarę ciepło i przyjemnie, jak to w kwietniu bywa.
Miałem taki zwyczaj siadywania w oknie z walkmanem na uszach - to był taki mój pomysł na wprowadzenie się w refleksyjny nastrój- siadałem do okna i dla wzmocnienia wrażeń wzrokowych puszczałem sobie z walkmana nastrojową muzykę, aby wrażenia wzrokowe w połączeniu z wrażeniami słuchowymi pozwoliły mi oddać się zamyśleniu a być może nawet odpłynąć w 'rajską dziedzinę ułudy'. Tak było i wtedy, tego kwietniowego podwieczorka- siedziałem w oknie sam, z walkmana snuła się melodia 'Carribean blue' Enyi a ja wodziłem wzrokiem wzdłuż koron drzew na cmentarzu i dalej przez drogę poprzez miasteczko garaży-blaszaków aż po ścieżki osiedlowe i trawniki pełne psów i ich właścicieli. Niewątpliwie, należało poważnie podpierać się nastrojową muzyką, aby z doświadczanych wrażeń wzrokowych dało się wysnuć jakąś sentymentalną nutkę zadumy. Nie oznacza to jednak, że wzdragały mną widoki, jakie miałem przed oknem- przeciwnie, jestem z natury człowiekiem sentymentalnym i wędrując wzrokiem po tych ścieżkach i trawnikach, po tej drodze, która miała być poważną drogą przelotową do Sosnowca a teraz niemal kończyła się na ścianie lasu i po tej łące tuż przed osiedlem Warpie, gdzie za młodu grywałem w piłkę bez sukcesów- tak, to wszystko widziałem na co dzień i to wszystko było mi bliskie. Można nawet powiedzieć, że obszar ten zdołał w ciągu dwudziestu lat mojej bytności ulec przeobrażeniom- mała górka na której zjeżdżaliśmy na mini nartach zupełnie podupadła rozjechana niemal na płask przez samochody z miasteczka garaży- blaszaków i nie było już stawu, przy którym zdarzało się raz czy dwa leżeć na kocu i moczyć nogi, nie było też sąsiadującej ze stawem gruszy, której owoce spożywaliśmy zanim zdołały zmięknąć, nie było już nawet dołów wykopanych na czas prac wodociągowych, a w których to jako kierownik podwórkowego hotelu umieszczałem gości jak w pokojach hotelowych. No i ludzie byli już trochę inni, dla tych dzieci co kopały teraz piłkę lub jeździły na zbyt dużych dla nich 'góralach' szczyty marzeń były już zupełnie innym szczytami od naszych. Dla mojego pokolenia końca lat siedemdziesiątych podstawowym prezentem na komunię był zegarek elektroniczny, który miał być sprezentowany przez kogoś z chrzestnych, obecnie jest to rower górski lub aparat cyfrowy o pierwszej komórce nie wspominając. Poza tym, wiadomo, inaczej wyglądaliśmy- nie mówię tu już o samych ubraniach czy o sprzęcie szkolnym (sam miałem klasyczny tornister z pojazdem wyścigowym marki Lotus), co nawet o sposobie uczesania (włosy długie, czasem z przedziałkiem lub zaczesane na bok)- byliśmy inni, innymi torami myślenia biegły lub wlokły się nasze myśli, inaczej mówiliśmy, inne słowa i powiedzonka były modne i mieliśmy inne marzenia. Pamiętam dokładnie, jaki boom był w mojej podstawówce, gdy pojawiły się radzieckie gry elektroniczne z kucharzem żonglującym naleśnikami lub z wilkiem chwytającym jajka- to było coś!- sam nie chcąc być gorszym od innych, czy być zmuszonym do proszenia o jedną grę, zażyczyłem sobie coś takiego na imieniny i wkrótce stałem się podmiotem próśb o wydanie pozwolenia na skorzystanie z mego cuda radzieckiej techniki. Pamiętam, że za czasów mojej podstawówki chodziło się jeszcze w niebieskich fartuchach z nieskazitelnie białym kołnierzykiem, a w modzie było zamontować sobie na tym fartuchu kilka tzw. 'dżetów', najlepiej rzecz jasna pod odznaką 'wzorowy uczeń'. Ja sam, niestety, nie miałem okazji zakosztować swego rodzaju dumy z noszenia takiej plakietki, ale zamiast tego (a raczej w formie pewnego substytutu), co poniektórzy z nas mogli zasłużyć sobie i nosić odznaki typu 'dobrze czytam' lub 'dobrze piszę'- i ja właśnie miałem możliwość pewnego nasycenia swoich ambicji poprzez godne noszenie plakietki 'dobrze czytam'. Takie to właśnie wspomnienia i refleksje dotykały mnie w czasie tych 'sesji okiennych z walkmanem', a było tych wspomnień dużo, bo jak się okazywało, własna pamięć była najlepszym pamiętnikiem.
Kolejna taka sesja właśnie dobiegała zasłużonego końca, dzień zaczął wykazywać tendencję do przegonienia mnie z okna, gdyż pogoda stawała się coraz mniej sympatyczna- wiatr zaczął się wzmagać i chłód przebiegł mi po plecach. Przypatrywałem się właśnie dwóm właścicielom jamników, którzy przystanęli na ścieżce i prowadzili jakieś dysputy w czasie gdy ich pupile ganiały za sobą po świeżej kwietniowej trawie. Nie mam pojęcia o czym rozmawiali, może o swoich psach, może o pogodzie a może o tym jaki film będą oglądać dziś w telewizji- i tak zaraz mieli zamiar przywołać swoje pieski i podążyć pewnym krokiem w kierunku swoich klatek schodowych. Tak, piesek to był dobry pretekst a raczej obowiązek, aby zabrać swoją powłokę cielesną z domu, można było odetchnąć świeżym powietrzem (choć w zimę nie musiałoby to już być przyjemnością) a jak ktoś był prześladowany w domu za nałóg tytoniowy, mógł zawsze wziąć psa na spacer i spokojnie wypalić po drodze nawet pół paczki. Ja sam niestety psa nie posiadałem i papierosów nigdy nie paliłem, więc nie było żadnej siły, która mogłaby mnie, konserwatywnego domatora wygnać z domu wieczorem. Były rzecz jasna w naszym domu rozliczne próby zaadaptowania psa, które jednak kończyły się dość szybkim i przewidywalnym niepowodzeniem. Temat posiadania psów nikogo w domu specjalnie nie poruszał, a jedynym spiritus movens całego zamieszania była moja siostra, która nie wiadomo czemu pałała wielką namiętnością do tych zwierząt. Pierwszym pieskiem w naszym domu, był rasowy Joker- pies furiat- zupełnie niepoukładany, jego temperament przerastał dalece mój temperament a nawet, co gorsza mojej siostry, która legitymuje się dużo większym temperamentem ode mnie. Jego dokonania i wyczyny giną już w pomroce mojej pamięci, gdyż jego pobyt w naszym domu miał charakter wybitnie incydentalny. Po doświadczeniach z nadzwyczaj żywym Jokerem (chyba miał coś wspólnego z tym Jokerem z Batmana) nastąpił długi okres czasu, gdy wszelkie prośby o psa mojej siostry były zbywane przez rodziców milczeniem, a miast niego nieprzeparta szalona żądza mojej siostry była tymczasowo zaspokajana wszelkiego rodzaju substytutami psa- i tak pierwszym była duża poduszka z wyszytym na niej psem, a później ówczesny krzyk mody 'pies elektroniczny', który zawędrował do nas z Japonii, czyli Tamagochi. Taka postać psa była jak najbardziej do zaakceptowania, wszystko,
- [1] [2] [3] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów