Fallout, rozdział 5: Złomowo - część 1 - partia b
opowiadania >



- Nie mam pojęcia, gdzieś dorwał to kopyto, Ochłap, ale jak ktokolwiek dowie się, że to twoja sprawka, poszczują nas widłami i tyle będzie z mojej forsy…


/ Spoko, nie martw się! – pomyślał pies wciąż pałaszując, co lepsze fragmenty mięsa na odgryzionej w stawie biodrowym krowiej nodze – Nikt się niczego nie dowie! Właściwie, to gdybym ci powiedział, skąd wytrzasnąłem ten smakołyk, pewnie wyrzuciłbyś mnie na deszcz, jak ten okropny facet w barze… /


- Upewniłeś się przynajmniej, że nikt cię nie zobaczy? Miałem wystarczająco problemów, żeby przemycić ci tego gnata pod bacznym spojrzeniem Marcelles. Wygląda na to, że w tym mieście nikt nie lubi psów. Dasz wiarę, że twoja obecność tutaj i uczta kosztowały mnie pięć kapsli więcej?


/ Wielkie mi rzeczy, jakieś bezużyteczne kapsle. Nawet nie da się ich zjeść. A to? To tutaj? Smakowity kawałek kości i mięska. Jak dobrze mi pójdzie, ogryzę ją po całości, a potem rozłupię na pół i dobiorę się do szpiku. Żebyś ty wiedział, jakie to jest dobre. Łapy lizać! I pomyśleć, że taki rarytas leżał na stercie śmieci i odpadków na tyłach rzeźni… /


Wynajęty za dwadzieścia pięć kapsli (plus dodatkowa piątka za Ochłapa) pokój w Noclegowni na dłuższy czas spowiła cisza. Do uszu Blaine’a dobiegały, co prawda systematyczne i powtarzalne odgłosy ześlizgujących się po kości psich zębów jak również mlaśnięcia, fuknięcia i dobiegające zewsząd uderzenia eksplodujących o blaszaną powierzchnię dachu burzowych kropel.


Pokój numer jeden był jedynym pokojem w całej Noclegowni, gdzie przed światem zewnętrznym chroniło coś więcej, niż zbutwiałe, niekiedy nierówno ułożone deski. Blaine był prawdziwym szczęściarzem i po raz pierwszy od dwudziestu ośmiu dni zażywał luksusów normalnego życia. Wyciągnął się na szerokim, małżeńskim łóżku. Ręce ułożył pod potylicą, a stopy splótł na wysokości kostek. Nakrywająca go kołdra była, o dziwo, czysta i bardzo przyjemna. Chłonął każdą chwilę nasłuchując deszczu, psa i własnych myśli.


Musiał przyznać sam przed sobą, że sytuacja zaczynała się robić poważna. Jasne, jego wyprawa po hydroprocesor i chwilowa „banicja” (tak, nie bójmy się użyć tego słowa) były priorytetami numer jeden i praktycznie przez cztery ostatnie tygodnie spędzały Blaine’owi sen z powiek. Teraz jednak kolejne problemy i zmartwienia rozrastały się przed nim niczym zaczarowane grzyby po deszczu. Cieniste Piaski ze swoimi problemami jawiły mu się jak mało poważna prowincja, gdzie kilku oszalałych i znudzonych życiem i biedą chłopków wyszukuje sobie problemy, byle tylko coś się działo. Tutaj wszystko było zupełnie inne. Bardziej światowe, wyszukane na swój sposób i niebezpieczne. Gizmo rozgrywał poważny interes, a po drugiej stronie stał Killian. Jeden i drugi stanowili dla siebie śmiertelne zagrożenie i nie było najmniejszej szansy by załatwić tę sprawę polubownie. Nie po tym jak oszalały kozi murzyn o wyłupiastych gałach wparował do składu Killiana z obnażonym Remingtonem i wykrzykując litanię grozy zaczął walić do dachu jak do stada tłustych kaczek.


A przynajmniej próbował.


- Dałem się wpuścić w niezłą kabałę, Ochłap.


Ochłap nie reagował pochłonięty zaspokajaniem jednego ze swoich dwóch najistotniejszych życiowych instynktów.


No właśnie, dałem się wpuścić w niezłą kabałę, pomyślał Blaine i przeciągnął się dobitnie przy tym ziewając. A do tego, kontynuował, są przecież jeszcze Czachy i Neal…


Czachy mocno przypominały Blaine’owi Chanów. Tyle, że tamci byli jak krwiożercze pantery, a ci tutaj to zaledwie mało groźne hieny, które rzucają się na swoje ofiary tylko w sytuacji, kiedy mają liczebną przewagę co najmniej dwudziestu do jednego.


- Można by ich odwiedzić, jak myślisz, Ochłap?


/ Rany, jakie ty masz problemy! Wiecznie coś analizujesz. Ciesz się chwilą. Jadłeś kolację? /


W sumie pomysł był całkiem realny. Zważywszy, że ich baza wypadowa znajdowała się na tyłach Noclegowni, Blaine mógłby po dobrze przespanej nocy i obfitym śniadaniu, udać się rekreacyjnym spacerkiem przez główny hol i pogwizdując przy tym jowialnie pogadać z kimś, kto umożliwiłby mu rozmówienie się z hersztem tego lokalnego motłochu.


- A wtedy, Ochłap…


Wtedy można by zemścić się na Nealu. Ten stary, prowincjonalny kmiot zamieszkałby w złotym naczyniu i dołączył do ukochanej żony. Oboje staliby pyszniąc się dumnie na barowym kontuarze, a Czachy miałyby w końcu miejsce dla siebie. Miejsce, gdzie mogliby się łajdaczyć, pić, ćpać, prześladować klientelę i uprawiać sodomię do woli.


- Myślisz, Ochłapku, że ten barowy ćwok podpisał na siebie wyrok śmierci z chwilą, kiedy kazał ci zwijać ogon pod siebie i wynosić się gdzie pieprz rośnie?


Albo lepiej, gdzie zimna, lodowata i odpychająca woda leje się z nieba. Gdyby udało się podwędzić mu tę cenną urnę, można by sprowokować jego i Czachy do konfrontacji. Gdyby jeszcze dowiedział się o tym Gizmo, Gizmo mający wielką ochotę na przejęcie jedynego w Złomowie baru, pewnie byłby zachwycony wiedząc, że może sobie okręcić Czachy wokół małego palca, albo swojego równie małego fiuta, i manipulując nimi czerpać korzyści praktycznie ze wszystkiego, co znajduje się na północy miasta.


Naturalnie w oczach tego „tłustego skurwiela”

Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów