Podróż dwudziesta szósta Liona Gromkiego
opowiadania >



Planeta wyglądała tak apetycznie jak świeżo usmażony naleśnik, posypany gdzieniegdzie cukrem pudrem, wyzłocony bursztynowymi polami marmolady morelowej, tylko przepasany nie wiedzieć czemu, zagonami chmielu, niczym zieloną wstęgą. Jednak to właśnie ten chmiel mnie przekonał i postanowiłem wylądować pomimo braku informacji na temat tej planety w moim pokładowym mózgu. Właz, jak zwykle, zatarł się, rozgrzany do czerwoności w trakcie lądowania, musiałem więc trochę odczekać, aż ostygnie. Wystawiłem rękę przez okno. Nie padało, pogoda była piękna.


Ledwom wysiadł z rakiety, otoczył mnie rubinowo połyskujący, długi na pół kilometra tubylec i z okrzykiem: „Stać! Straż Miejska Omelety!” zakuł mnie w przenośne dyby i zawlókł na posterunek.


Okazało się, że nieroztropnie wylądowałem na Omelecie, planecie, której omijanie szerokim łukiem zalecają wszelkie możliwe przewodniki: od „Autostopem przez próżnię” do „Żeglugi międzygalaktycznej w jeden weekend”. Muszę jednak oddać mój mózg na złom, bo coraz częściej mnie zawodzi. Mózg pokładowy, oczywiście. Powinien mnie ostrzec, rzęch jeden, jeszcze zanim doleciałem w pobliże układu słonecznego, w którym znajdowała się ta nieprzyjazna ludziom planeta, a on tymczasem, jak gdyby nigdy nic liczył sobie dla rozrywki całki!


Tymczasem Omelecianin wlókł mnie i wlókł zakutego w owe dyby przez godzinę albo i dwie, a zatem miałem okazję przyjrzeć się dokładnie owej niegościnnej planecie. To, co z góry wyglądało jak cukier puder, okazało się być złożami saletry potasowej, marmolada morelowa była w istocie polami kwitnącego rzepaku, a to co wziąłem za łany chmielu, było – wyobraźcie sobie moje przerażenie – szpinakiem! Gdybym wiedział, że jest to to ohydne zielsko, którym byłem przymusowo karmiony w przedszkolu, nigdy bym na tej planecie nie wylądował! Bo już po samym tylko wleczeniu po kamienistym gruncie Omelety, surdut mój przetarł się na łokciach, a buciki stanowczo domagały się podzelowania. A najgorsze, tegom się słusznie obawiał, miało dopiero nastąpić.


Posterunek wyglądał tak, jak wszystkie posterunki Straży Miejskiej we wszechświecie, z tą różnicą że był ogromny, a pod ścianą stała pokaźnych rozmiarów wyżymaczka. Sprawiała wrażenie jakby ją żywcem wyrwano z pralki „Frani”, tylko była z dziesięć razy większa. Na sięgających sufitu regałach piętrzyły się stosy zakurzonych i okrytych pajęczyną akt. Posadzono mnie na czymś w rodzaju krzesła, a właściwie huśtawki, gdyż przyczepione było do sufitu przy pomocy czterech łańcuchów. W twarz skierowano światło mocnego reflektora.


Starszy funkcjonariusz wisiał swobodnie, jak sflaczały balon, na wolframowym hakotrzymaku, zaczepiony małym palcem od nogi, młodszy dyndał niedbale na żyrandolu. W powietrzu unosił się dym z papierosów. W kącie wisiała siekiera.


- Imię i nazwisko! – powiedział ten młodszy.


- Lio Gromkij.


- Żona, konkubina, makolągwa? – zapytał.


- Maaa?... – zająknąłem się, gdyż zwyczaje panujące na tej planecie były mi całkowicie obce. Nie bardzo wyobrażałem sobie bowiem intymny związek z makolągwą, choć ptaszek w zasadzie jest sympatyczny. Zbyt pochopnie jednak stwierdziłem, że lepiej się nie przyznawać do całkowitego braku znajomości obyczajów panujących na tej planecie, co wszakże nie wyszło mi na dobre.


- Jak to ma? Zaczynamy od kłamstwa panie Gromkij – powiedział młodzieniec. – Nie ma. Sprawdziliśmy. Wolny jak elektron. Ściśle przestrzega reguły Hunda.


- To jakiś nowy zakon? – zapytał jego przełożony. – Nie słyszałem nigdy o hundystach.


- To taki żarcik – powiedziałem. – Elektrony dopóki nie muszą, dopóty nie tworzą par.


- Młody Omelecianin spojrzał na mnie przeciągle. W jego beznamiętnych dotąd czułkopatrzałkach zatlił się jakiś błysk sympatii. Jakieś nikłe światełko porozumienia między osobnikami, którzy mimo tego, że są z innych planet, a nawet galaktyk, to jednak wiedzą o pewnych rzeczach oczywistych.


- Imię ojca?


- Gromisław „Piorun” Gromkij.


- Imię matki?


- Z naszych danych wynika – wtrącił młodszy, przestając wreszcie bujać się na lampie – że jest on klonem, aczkolwiek zupełnie nieudanym, niejakiego LEM-a, czyli Legendarnego Erudyty Międzygalaktycznego, adoptowanym przez rzeczonego Gromkiego.


- Z wrażenia aż mnie zamurowało. To dopiero nowina! Tylko dlaczego nieudanym? W takim układzie poszukiwania mamusi musiały zakończyć się fiaskiem. Pociągnąłem żałośnie nosem. I pomyśleć tylko, że przez całe życie nikt mnie nie przytulał!


- Miejsce urodzenia?


- Ziemia.


- A, tak, tak, słyszałem, Zemeja. A najsłynniejszym Ziemianinem jest Harry Potter. Nawet tutaj o nim słyszeliśmy. Zna go pan osobiście? – zapytał starszy.


- Eee... Jakby to powiedzieć...


- Unika odpowiedzi. Zanotować. Ale czemuż to Ziemianie na miejsce bytowania nie wybrali Wenus? Ta życiodajna temperatura powyżej czterystu stopni! Pojechałbym tam na urlop.


- Oni są z białka – podpowiedział młody.


- A wiem. Ale nie wszyscy. Te, jak im tam, Chińczyki są z żółtka. A z czego są Murzyny? Tego nie wiem, ale wiem, że najbardziej rozpowszechnione wciornastki na Ziemi to wągiel, tlen i gazot. Czytało się to i owo – dorzucił z fałszywą skromnością, strzepując nonszalancko z rękawa coś, co wyglądało jak łupież.


- Spojrzałem ze zdumieniem na młodszego. Nucił pod nosem melodię znanego i na Ziemi przeboju: „Mendelejew, mówię tobie, chyba się przewraca w grobie.” Czyżby Mendelejew był drugim, po Harrym Potterze, Ziemianinem znanym na Omelecie? A ja? Który byłem w kolejności? Ostatecznie mieli informacje również o mnie!


- Lio Gromkij jest laureatem Nagrody Skobla – powiedział młodzieniec i nie czekając na kolejne, kompromitujące pytanie swego zwierzchnika wyrecytował: – Skobel, Albert – wynalazca dynama. Dzięki temu wynalazkowi rowerzyści jeżdżący po obrzeżach czarnych dziur mogli oświetlać sobie drogę. Jednak pewnego dżdżystego popołudnia dziura się wściekła, najpierw wciągnęła nieszczęsnych cyklistów, a potem wypluła ich na wpół strawione szczątki, na dodatek oblepione jakąś glutowatą mazią. Po dynamie ślad zaginął. Wtedy Skobel, nękany wyrzutami sumienia ufundował Nagrodę Skobla.


- A Gromkij ją dostał – zauważył – jakże błyskotliwie! – starszy rangą. – Zaraz, zaraz... mówiliście, że jest zbudowany z białka. On na pewno, bo biały jest. - zaczął gorączkowo wertować jakąś grubą księgę.


- Ha! – wykrzyknął triumfalnie. – A zatem jesteś prawoskrętny! A my tu takich nie lubimy. Przyjechałeś tu podburzać spokojny lud!


- Ale białka występujące na Ziemi... – zaczął młodszy, jednak jego przełożony kompletnie go zignorował.


- Nie pomogły żadne tłumaczenia. Że białka budujące wszystkie żywe organizmy na Ziemi, są lewoskrętne. Bo lewoskrętne są aminokwasy. Że ziemscy naukowcy wprawdzie nie wiedzą dlaczego życie na Ziemi preferuje lewoskrętność, ale jedna z hipotez mówi, że wpływ na to mogło mieć promieniowanie ultrafioletowe Słońca na wczesnym etapie ewolucji. Nie pomogło nawet, że młody Omelecianin sfioletowiał ze wstydu na taką ignorancję swojego przełożonego. Facet najwyraźniej nie odróżniał ręki prawej od lewej! To znaczy macki.


- W trybie natychmiastowym zwołano

- [1] [2] [3] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
Pilar Linia koment
Dodany:2012-10-15 14:55:05, Ocena: 6.0
Przyjemne i poprawne opowiadanie:) Miło było towarzyszyć panu Gromkiemu podczas jego podróży:)

Ocenił/a na: 6
immanuela Linia koment
Dodany:2012-10-16 20:44:41, Ocena: 6.0
bardzo mi miło, Pilar, dziękuję :-)
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów