Poranek w Warszawie
opowiadania >



wytrzymałem, za telefon, po straż miejską. Przyjechali. I spisali gościa z ratlerkiem, co to go bez smyczy na polance puścił, żeby sobie malec pobiegał. Pies powinien być wyprowadzany na smyczy, najlepiej w kagańcu. Sąsiad się wściekł i teraz za każdym razem, gdy widzi babę z bysiorem, dzwoni po straż miejską. Jakoś jej dopaść chłopaki nie mogą. Za szybka babka dla nich. Ale wytropili już chyba wszystkich z małymi psami – liczy się sukces, czyli ilość.

Podobnie, idzie dziewczyna z jakimś małym pudlem na smyczy. Mijają ją dwaj potężnie zbudowani mężczyźni, a za nimi leci… wielkie bydlę (pitbull). I dalej na dziewczynę szczekać, warczeć. Tamci zadowoleni, świetny kawał, hahahaha. Naprzeciwko stał radiowóz, dwóch funkcjonariuszy w środku. Dziewczyna podchodzi do radiowozu i pyta, czy mogliby panowie coś z tą sytuacją zrobić. Oni twierdzą, że nic nie widzieli. Dwaj z psem jakieś trzy metry od radiowozu. Policjanci nie widzą niebezpiecznego psa. Dziewczyna nie w ciemię bita, ryknęła na nich, ile sił w płucach, że złoży skargę. Policjant wychodzi i zaczyna jej palcem grozić. Ogląda się ostentacyjnie i stwierdza, że nie widzi ani psa, ani właścicieli. Dziewczyna pod adresem policjanta użyła słów nieparlamentarnych a ten… Wyciąga druczek i chce ją spisywać. Podszedłem i mówię, że jestem świadkiem całej sytuacji i również złożę na nich skargę, pytam o nazwiska. Zaczyna się seria tłumaczeń, przeprosin, bloczek znikł w kieszeni munduru. Sprawy nie ma, przepraszamy, nie zauważyliśmy. Sugeruję, że może od czasu do czasu panowie powinni wyjść z samochodu, mogli by mieć lepszą perspektywę, mogliby coś zobaczyć. Patrzą na mnie spode łba. Koniec sprawy.

Kobieta od natapirowanego mózgu ładuje się do autobusu, siatami torując sobie drogę. Ktoś na głowie kręci palcem kółko.

Zawracam. Mój but utknął w torebce po jakimś tanim żarciu. Może nie tanim, ale śmieciowym. Nie wrócił swój do swego, czyli do śmietnika, niestety. Na bucie mam keczup. Super. Mniam.

Szukam toalety, żeby but do porządku doprowadzić. O! Jest. Wchodzę i słyszę:

- Pisuar, czy toaleta?

- Słucham?
- No, pytam, z czego pan będzie korzystał. Bo jak z toalety to drożej.
- Nie, ja tylko z umywalki będę korzystał.

- A z toalety pan nie może?

- W toalecie rąk nie będę mył, przecież.

- No tak, ale to najpierw się korzysta z toalety a potem z umywalki.

- Dobrze, niech będzie, ile toaleta?
- Złoty pięćdziesiąt. Bo jak pisuar to złotówka.

Daję dwa złote. Dostaję kawałek papieru toaletowego. Rany! Kiedyś oglądałem kronikę PRL, gdzie pokazywali cennik w toalecie publicznej. Myślałem, że czas minął. No tak, czas tak, ale chore sytuacje nie.

Za dwadzieścia minut mam pociąg. Mijam kolejne butiki w przejściu podziemnym. Pasażer może się w nich zaopatrzyć we wszystko, łącznie z akcesoriami do zabawy dla dorosłych. Niemalże wpadam na klienta owego zasłoniętego szczelnie przybytku. Ten, onieśmielony nagłym kontaktem wzrokowym wstydliwie chowa pakunek za siebie i z miną winowajcy rusza w swoją drogę. Ginę w tłumie innych, spieszących się bliźnich. Kieruję się na peron. Tłoczno tu, duszno. Większość z plecakami, walizami, gazetami. Szum rozmów, dźwięczą śmiechy dziewcząt. Wakacje! Jakoś mi się smutno i żal zrobiło. No, bo ja do pracy. Z teczką pełną papierów. Jakbym sobie pojechał nad morze! I już widzę siebie, leżącego na plaży, w słońcu. Cholera, z tą teczką! No bo ja widzę siebie na plaży, w ciepłym piasku, pachnie wodą, napawam się jodem, ale w garniturze, z teczką w ręku. I mam jakieś odjazdowe okulary muchy. Ale jestem szczęśliwy, uśmiecham się do słońca.

Pociąg zawył, zgrzytnął i przeturlał się przez peron.

Wsiadam do pustego, jak na razie, przedziału. Mam miejscówkę przy oknie. Jak dobrze. Nie będę czuł tego smrodu pociągowego. Zamykam oczy. Szuranie, dzień dobry, dzień dobry. Otwieram oczy. Przedział pełny. Koleś przede mną zdejmuje buty, o nie! Proszę, tylko nie to! Panienka przy drzwiach wyjmuje kanapkę. Dwie kobiety naprzeciwko siebie siedzące trajkoczą i trajkoczą. Ruszamy. Trochę powietrza. Dużo powietrza. Zimno! Przymykam okno, mimo protestów innych pasażerów. Otwieramy więc drzwi. Cuchnie. Głośno. Głosy. Dzwoni telefon. Koleś odbiera. I ględzi na cały regulator. Bleblebleble. Pan spod okna, po zakończeniu przez tego rozmowy, zwraca mu uwagę, że może by następnym razem oszczędził współtowarzyszom podróży szczegółów jego życia prywatnego. Na to odpowiedź w polskim stylu – Jak się panu nie podoba, to se pan wyjdzie.

Nie mogę się już doczekać, kiedy se wyjdę i ja!


- [1] [2] [3] [4] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów