Abstrakcja
opowiadania >



Wyraźnie widząc wartość swych prac, gardził ślepym losem i wbrew wszelkim znakom życia, upierał się, że ma talent, że za jego pomocą zbuduje fundament bezczelnej fortuny i sławy. Naiwna wiara w lepsze jutro oraz pieniądze, które niczym pijawka wysysał od biednej matki, sprawiły, że początkowo nie odczuwał bólu istnienia, na jaki już wtedy zasługiwał. Ugotował w swojej głowie zupę przyszłego sukcesu
i podgrzewał ją ogniem nieustannych pomysłów – abstrakcyjnych wizji, przenoszonych na płótno tylko wtedy, gdy pieniądze zniknęły gdzieś w rozpustnej studni hulanek, a matka zamykała wiecznie pełną portmonetę szczęścia mówiąc: „Dość synu, bierz się za robotę”. Brał się więc za nią;­­­­­ za robotę dość osobliwą i marnie płatną, bo za jego dzieła nie chciał płacić nikt. „To jest burdel nie obraz – mówili znawcy krowich wymion – potentaci rolni, których właściwie było stać na zdobienie ścian swoich domów – ale nie tym ścierwem proszę pana; nie bazgrołami jakiegoś młokosa”.


Na przekór wsiowym prześmiewcom, szukał szansy w mieście. Błąkał się wąskimi uliczkami, pogubiony w lesie latarni, stukocie powozów i automobilów, w środowisku zgoła innym niż przejrzyste pola po sianokosach. Dryfował w rzece garniturów i futurystycznych kreacji, milczącej elegancji, rozbieganej jak stado owiec z rozwolnieniem. Chciał tam spotkać prawdziwych znawców; takich artystów zawodowych, służących wskazówką i dobrym słowem, bujających w podobnych obłokach piękna, splątanych ze sobą szlachetną pajęczyną, łapiącą tylko wybranych. Wyobrażał ich sobie w smugach dymu i morzu alkoholu, że z nimi rozmawia, a oni go rozumieją, wciągają w ten wir, w tą miejską bohemę wybranych i razem smakują ulotnej abstrakcji jego obrazów. Wierzył, że może któryś z nich, widząc w nim obiecującego malarza, przygarnie go pod swoje skrzydła; i znalazł ich późnym wieczorem, kiedy ktoś pokazał mu: „O tam, widzi pan? Tam ktoś na nie spojrzy, tam są ci wyklęci”.


Pod szyldem „Zadymiony Łoś” wygrawerowanym od niechcenia; w tym barze; w tej spelunie śmierdzącej; z włosami długimi, łysymi, rozczochranymi i poklejonymi; z brodami wytwornymi, ale i też dziadowskimi, siedzieli oni – artyści.


–Niech pan spojrzy, może ten? – pytał załamany obojętną miną milczącego artysty.


– To może ten albo ten; o tym pan coś musi powiedzieć! – Przekładał nerwowo swoje dzieła.


– Gówno… – rzekł artysta nie patrząc nawet.


– To może niech pan spojrzy jeszcze na ten; ostatni, jedyny! – błagał. – Maluje pan gówna – stwierdził dwuzębny mistrz przechylając kieliszek.


„Mamo tylko ty mnie rozumiesz” – szlochał, po kolejnym powrocie, z kolejnego miasta, gdzie znowu pokazał swoje obrazy zawodowym artystom, a oni znowu go zrugali, zmieszali z błotem
i pożegnali kopniakami: „więcej tu nie przyłaź partaczu”. Skopany jak nędzny pies, obszarpany jak szlachetny kot, pozostawiony na pastwę losu w księżycową, wiosenną noc, płakał nad swym ślepym losem, ale wciąż wierzył, że ma wielki talent. „Przecież tyle było niedocenionych mistrzów pędzla, słowa, dźwięku, docenionych w końcu pośmiertnie – mówił matce, a ona piorąc jego ubrania, zszywając rozszarpania, odpowiadała – ciebie też docenią synku, tylko musisz być cierpliwy”. Jak on wierzył w jej słowa, gdy otwierała portmonetę szczęścia mówiąc: „idź do Gienka i kup bimbru, Musisz odpocząć,
a potem znowu namalujesz coś mamusi, prawda?” – prawda mamo. Szedł więc po bimber, raz, drugi, trzeci i tak już mu zostało. „Weź się za robotę chłopie, normalną, uczciwą, a nie od matki ssiesz portmonetę szczęścia” – karcili go wszyscy znajomi, których miał coraz mniej, bo we wsi trudno przyznać się do takiego kogoś, kto jeszcze śpi kiedy uczciwi ludzie już obiad po ciężkiej pracy jedzą, a śniadanie zaczyna w porze kolacji, potem chodzi po wsi i krzyczy kim on to nie jest, wyzywając przy tym tych co próbują spać; tych utrzymujących rodziny własną trzodą, lichym polem, marnym zbiorem. „Niewolnicy świń!”– budził wieś.


Jak każdy człowiek bez zajęcia, szybko zapomniał o co mu właściwie chodziło. Jego dziwne obrazy, ich pogryzione kolory tanich farb, będące od początku chytrym kluczem do portmonety szczęścia matki, niespodziewanie stały się kluczem niepasującym, gdyż jego trzęsąca się ręka nie potrafiła już władać pędzlem. W końcu jedyną rzeczą, jaką był w stanie utrzymać w dłoni, pozostała smutna butelka bimbru, a kobieta widząc co się dzieje, rzekła niespodziewanie: „Precz nierobie!”.


Nie wiedzieć kiedy, stał się najmarniejszym robakiem i z uśmiechem pajaca, któremu już wszystko jedno, zwiedzał okoliczne rowy. „Było, nie było wszystko zaczęło się od sztuki” – rozważał leżąc na wznak; bo te wszystkie sianokosy i

- [1] [2] [3] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
martellina Linia koment
Dodany:2014-03-12 21:36:55, Ocena: 6.0
Bardzo przyjemna i ciekawa historyjka. Aż mi się przypomniały stare bajki z morałami , całość napisana bogatym językiem, jedyne co mi niezbyt leży, to to, że się trochę gubiłam w tym co i kto mówi, :D
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów