Złota Klepsydra
opowiadania >



mówił plakaciarz wypuszczając kłęby dymu –od początku był artystą. Znał doskonale każdy korytarz w labiryncie dźwięków, ale w życiu nie potrafił się odnaleźć. Spotykaliśmy się często, razem muzykując; całkiem nieźle gram na gitarze. Myślałem, że mam w nim przyjaciela, ale się myliłem. Potrafił unikać ludzi będąc w centrum zainteresowania. Nie dało się z nim rozmawiać, za to bez przerwy błaznował; oczywiście w chwilach, gdy nie miał w ręku instrumentu; bo tak… miłość to on miał – muzykę i basta. Najlepsze jest to, że nigdy by stąd nie wyjechał, nikt by o nim nie usłyszał, gdyby nie kobiety… Bo widzi pan, on je hipnotyzował tą swoją osobliwą aurą. Robiły wszystko czego zapragnął, przybiegały na każde jego zawołanie. Były to panie najczęściej zamężne, znudzone, takie lubił. Opowiadał im bajki o miłości, wymyślał najróżniejsze bzdury, a potem odchodził. Hop, hop! – Plakaciarz podskoczył na fotelu. – Z kwiatka na kwiatek jak trzmiel proszę pana... Słowem krzywdził je, mężów i całe rodziny. Rzecz śmieszna; nigdy nie było tu przedszkola, matki radziły sobie same, aż tu nagle, niespodziewanie wszystkim ładniejszym damom porosły brzuchy i naraz w Wilgotnicach zawitała fala przepięknych dzieciaczków, nad którymi nie sposób było zapanować. Sam Burak ufundował przedszkole, bo jemu też urodził się synek; w założeniu miał być to dziedzic, ale nic już nie odziedziczy, bo posiada znamię charakterystyczne dla chłopców i dziewczynek wówczas powitych: malutki księżyc w fazie banana nad lewym okiem – nie mające oczywiście z rodem bananowych Buraków nic wspólnego – drwił Plakaciarz. – Ktoś w końcu spostrzegł, że Bułka też posiada takiego banana, a ktoś inny zrozumiał, że przecież urodził się już dawno! – plakaciarz roześmiał się i odpalił kolejnego papierosa. – Koniec końców był taki, że Wilgotniccy rogacze z królem bananów na czele zatargali go pewnej nocy do lasu i włożyli pętlę na szyję. Już go podciągali, gdy z chaszczy wyskoczył jego anioł stróż z kijem! Po ciemku okładałem drani, co to żon rozpustność, linczem koronowali. Tak… byłem swego czasu zawadiaką, ale w szujostwie Bułki nie przebije; nawet mi nie podziękował; uciekł bez słowa. Zobaczyłem go potem w gazecie – dżentelmen pierwsza klasa… Niech spoczywa w spokoju. – Starzec machną ręką z pogardą.


Wilgotnicki dzień się skończył. Maksymilian Piórko, siedząc w wynajętym u Francesca pokoju, w świetle lampy wertował notatki. Niby skąpy pliczek, dla człowieka mającego się za przyjaciela Jana Bułki, dla szanowanego wielkomiejskiego dziennikarza, był znacznie za duży. Wcześniej, zupełnie pewien swojego obowiązku – hołdu dla przyjaźni w postaci pięknych kart w Złotej Klepsydrze, gdzie żegnano najwybitniejszych, teraz przygnieciony faktem spłodzonego przez Bułkę wilgotnickiego pokolenia, miał ochotę się wymigać. Rano odjeżdżał pociąg do stolicy.


Od autora:


Zbierając materiał do tego pożegnania; uświadomiłem sobie, że jeden człowiek wcale nie jest jednym; że zamieszkuje go kilka różnych istot i każda z nich wybiera sobie ulubione warunki, by się ujawnić; zmieniając się niby kameleon. Ta dość parszywa cecha człowiecza, balansująca na granicy prawdy i fałszu, gdzie rodzą się lub giną przyjaźnie i miłości, nazywa się niezgodnością duszy. Dla artysty jest demonem – wieczną wojną wewnętrzną, zbierającą różne żniwa, sztormem wyrzucającym go prosto pod sąd. Jednak osoba tworząca coś tak pięknego, że aż nadludzkiego; nieważne czy obraz, czy utwór muzyczny, nie może być sądzona naszym śmiertelnym poczuciem sprawiedliwości. Wojna jest z natury dzika, artysta noszący ją w sobie też jest taki, jego czyny i decyzje nie mogą być w żaden sposób oceniane, bowiem działa tak samo impulsywnie, jak podczas tworzenia, a przecież podziwiamy jego dzieła. Całą zuchwałość, zło, zakłamanie artysty nazywam dzisiaj jego przywilejem. Przywilej artysty to dobre określenie, bo to co w zamian zostawia światu rekompensuje… – Maksymilian Piórko wyprostował się nagle, by spokojnie pooddychać, a skórzany fotel zaskrzypiał swojsko. „Czy ja nie oszalałem?” – zamyślił się zawieszając wzrok na swoim pięcioletnim Hieronimku, który widząc, że ojciec oderwał się od pracy zapytał: „Tato skończyłeś już pamiątkę po wujku Janie”. Widok bawiącego się synka był zawsze kojący; te anielskie włoski, przyjazny nosek, wielkie niebieskie oczy, a nad lewym ładny… „Pamiątkę po wujku Janie” – zadźwięczało coś głucho i gdy Maksymilian poprosił synka by podszedł bliżej i kiedy ten grzecznie usłuchał, ujrzał to na co nigdy wcześniej nie zwrócił uwagi: pieprzyk w fazie banana. Automatycznie ruszył do barku, wyciągnął co było trzeba i czekając na żonę, bez przerwy zadawał sobie pytanie, które potem zadał jej: „Dlaczego widząc słońce w zenicie, może jednocześnie podziwiać księżyc”.



- [1] [2] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów