Zegarmistrz
opowiadania >



Londyn, rok 2124


Lil Bracket, zwana pieszczotliwie „Stalowym Gorsetem”, zgrabnie przeskoczyła kałużę. Parasolka z podwójnej warstwy jedwabiu chroniła przed uporczywą mżawką, ale trudno było z nią lawirować w zatłoczonych uliczkach. Szła ostrożnie, podnosząc od czasu do czasu tren sukni.


Pomimo późnej pory, ulice tętniły życiem: ludzie mijali ją z lewej i prawej, tocząc szaroburą, obojętną masę ku sobie tylko znanym celom. Lil zauważyła, że byli to
w większości kończący zmianę robotnicy z fabryk i hut. Od kiedy Ustawa o Czasie Pracy
z 2089 roku wprowadziła nieprzekraczalną, ośmiogodzinną dniówkę, robotników można było spotkać na ulicach przez całą dobę. Wywodzący się z najniższych warstw społecznych
i najczęściej niepiśmienni, wyróżniali się jednolitymi workowatymi strojami i wiecznie okopconymi obliczami. Mijani, najczęściej nie podnosili wzroku; przygarbieni, powłóczący nogami, beznadziejnie sterani życiem zombie. Lil starała się bardzo, aby któryś z nich nie otarł się przypadkiem o jej wieczorową suknię w kolorze ciemnej zieleni. Osobiście nic nie miała do wyrobników – nie była aż tak głupia, żeby nie zdawać sobie sprawy, iż bez nich obecny świat upadnie w przeciągu kilku tygodni – nie chciała po prostu, aby któryś poznaczył sadzą jedną z jej najlepszych kreacji.


Powoli zbliżała się do rzeki. Czuła to: nieporównywalny z niczym innym, wilgotny, wionący przykrym chłodem, stęchły zapach gnijącej Tamizy. Rzeka była tak zanieczyszczona, że nieszczęśnik, który znalazł się w jej brunatnych odmętach ginął w kilkanaście minut i to wcale nie dlatego, że nie umiał pływać. Lil wzdrygnęła się mimowolnie. Nie rozumiała zupełnie, dlaczego jej informator na miejsce spotkań wybierał zawsze tawerny, podczas kiedy
w mieście było tyle miejsc nie tylko suchszych, ale o znacznie przyjemniejszej atmosferze. Na szczęście była prawie na miejscu: oświetlony rzęsiście przez lampy gazowe, budynek
z daleka rozbrzmiewał lejącą się z tuby fonografu przytłumioną muzyką.


Już w progu, Lil zamknęła i otrzepała parasolkę, sprawdzając jednocześnie, czy trzewiki na obcasikach nie są zabrudzone. Jej elegancka suknia, z tyłu długa i falbaniasta,
z przodu ledwie zasłaniająca kolana, eksponowała spory fragment bajecznie zgrabnych nóg opiętych siatkowymi pończochami. Uznając, że jej wygląd pomimo spaceru w deszczu nie budzi zastrzeżeń, pchnęła wahadłowe drzwi i weszła do środka.


Natychmiast otoczył ją ciężki aromat wietrzejącego piwa i palonych w nadmiarze cygar. Tawerna „Pod Złotą Rybką” cieszyła się powodzeniem nawet wśród przedstawicieli wyższej klasy niepracującej, ponieważ oferowała (oprócz dań z wątpliwie jadalnych ryb) jedyne w swoim rodzaju występy młodych, skąpo odzianych panienek. Lil trafiła na taki właśnie moment: na prowizorycznym podwyższeniu piątka dziewcząt ubranych jedynie
w jedwabne majteczki i ogony ze strusich piór, tańczyła coś w rodzaju kankana. Lokal był pełen mężczyzn o różnym statusie i wieku: na jej widok część z nich oderwała na chwilę wzrok od widowiska, aby bez większego zainteresowania prześliznąć się nim po jej postaci, po czym z lekkim wzruszeniem ramion na powrót zwrócić go na niewinny kwiat młodości na scenie. Lil z wściekłością wcisnęła parasolkę do stojaka i odszukała wzrokiem sylwetkę zapatrzonego (a jakże!) w występ Alexandra.


Dziarskim krokiem podeszła do stolika. Alexander siedział pochylony do przodu,
z brodą opartą na splecionych dłoniach i wyrazem cielęcego zachwytu w szeroko otwartych oczach. Nawet nie zauważył, że weszła: na jego ustach błąkał się rozmarzony, nieobecny półuśmiech, kiedy pożerał wzrokiem najjędrniejsze i najbardziej białe piersi w całym Londynie. Lil zdjęła z głowy ozdobiony atlasową różą cylinder i trzasnęła rondem o brzeg stołu. Alexander podskoczył i skierował na nią przerażony wzrok. Wyglądał jak ktoś siłą wyrwany z pięknego i głębokiego snu.


- A, to ty, Lil. Nie widziałem, że weszłaś – odezwał się niskim, zmysłowym głosem zawodowego uwodziciela.


Lil pomyślała, że mógłby być nawet przystojny, gdyby nie rys zniewieściałości znaczący jego delikatną twarz. Ubrany jak zwykle nienagannie w surdut i śnieżnobiałą koszulę, z długimi kasztanowymi włosami opadającymi na ramiona, za to bez najmniejszego śladu zarostu na brodzie, wyglądał trochę jak dziewczyna w męskim przebraniu. Jego ciemnoniebieskie oczy patrzyły zawsze trochę sennie spod idealnie zarysowanych brwi. Położył na stoliku dłonie w rękawiczkach z delikatnej skórki. Nigdy ich nie zdejmował.


„Ciekawe, czy w łóżku także?” – pomyślała Lil, nie bez zainteresowania. Ciekawe, czy gdyby on spojrzał na nią tak jak teraz: ospale i przeciągle, a potem oparł dłoń w skórzanej rękawiczce na jej nagim biodrze – czy to zdołałoby ogrzać jej krew? Poczuła, że kręci jej się w głowie. Z hałasem opadła na krzesło, zsuwając jednocześnie z ramion krótką pelerynkę.


- Nie dziwię się! – warknęła, zwracając wzrok na scenę, z której schodziły właśnie gnące się w ukłonach półnagie piękności.


- Ach, moja droga! – zawołał Alexander, rozkładając ramiona w starannie wystudiowanym geście bezradności – Nie bądź taka surowa dla naszego upadłego gatunku. Sama musisz przyznać, że te Angielskie Różyczki są jedyne w swoim rodzaju…


Mrugnął porozumiewawczo. Lil zmarszczyła brwi, ale nie odpowiedziała w żaden sposób na zaczepkę. Wiedziała dobrze, co się o niej mówi: Stalowy Gorset. Ponieważ unikała jak ognia niezwykle modnych, lecz przelotnych romansów, w otoczeniu uchodziła za nieprzystępną heterę, jeśli nie lesbijkę. Nic sobie z tego nie robiła i nigdy nie dementowała pogłosek. Łatka homoseksualizmu dawała jej pewien rodzaj kamuflażu, a także ochrony przed jakże szarmanckimi kolegami po fachu.


- Czego się napijesz, moja zimna królowo? – spytał Alexander bez szczególnej złośliwości.


- Skończ z tym! – burknęła, zrywając z rąk rękawiczki – Mało ci tej maskarady? Musisz jeszcze silić się na te swoje niewybredne żarty?


- Już dobrze… - westchnął w odpowiedzi – To czego się napijesz, Lilith?


- Piwa! – odparła – Albo nie… Do diabła, nie mogę pić piwa w takim stroju! Niech będzie cydr… I nie mów tak do mnie!


- Jaka ty jesteś dzisiaj drażliwa! – stwierdził Alexander, kiedy usługująca dziewczyna postawiła przed nimi dwie szklanki.


- Bo nie mogę zrozumieć, po co ten cały cyrk! – jednym haustem wychyliła trunek
i skrzywiła się lekko – To smakuje jak siuśki…


Alexander aż się zakrztusił.


- Siuśki..? Moja droga, w twoich ustach takie słowa?! Jak w ogóle możesz je znać?


Lil parsknęła śmiechem.


- Zdziwiłbyś się… - powiedziała, pochylając się lekko do przodu – Zrozum wreszcie: jestem policjantką. Jedyną w Londynie, ale to nie zmienia faktu. Możesz kazać udawać mi damę, ale tak naprawdę nigdy nią nie byłam, ani nie będę…


- Och, ja wszystko

Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów