Suita na piłę
opowiadania >



I. Prelude


Cisza jest moim przyjacielem. Wierzysz mi? Tak? To dobrze. Usiądź teraz wygodnie i posłuchaj. Ja, niestety, nie mogę. To zaczęło się, gdy świat, mój wielki świat zaczynał wkraczać w swój osobisty zmierzch. Nasza chałupa na wzgórzu skarżyła się, trzeszcząc donośnie każdą deską. Czasem do tej arii żałości dołączała się zbłąkana dzika kaczka, chcąca przed odlotem odpocząć w naszym stawie. Nigdy żadna tego stawu nie opuściła. Modliłem się za każde żywe stworzenie, któremu nie dane było uniknąć przeznaczenia na Wzgórzu Eliasza. Siadywałem co wieczór przy ścieżce, obserwując ojca. Kiedy wyruszał do lasu, zawsze zabierał Małego Snakea, żeby pomagał mu odnajdywać pochowane po norkach zające. Duży Snake nie mógł już chodzić i był z pewnością wyjątkowy, bo jeszcze żył. Nie był ojcu już do niczego potrzebny, zaćma prawie strawiła jego bystre kiedyś oczy, polipy opanowały gardło, a w łapach zagnieździł się podstępny reumatyzm. Chodziłem do niego i dokarmiałem psinę. Mogę się założyć, że świetnie potrafiliśmy się dogadać. Duży Snake był na zasłużonej emeryturze, a ja, nędzny smarkacz, też na swój sposób byłem darmozjadem zdanym na łaskę ojca. Nie miałem z kim się bawić. W zasadzie słowo zabawa nie było mi wtedy w ogóle znane. Poczekaj chwilę, drogi odbiorco, kimkolwiek jesteś. Molly musi mi wytrzeć nos. Już dobrze, mogę wrócić do opowieści. Dziękuję, Molly, mój aniele. Ludzie oznaczali niebezpieczeństwo. Tak było zawsze, odkąd wkroczyłem na drogę świadomości. Odbyło się to dosyć boleśnie. Zacznę od tego, że najpierw nauczyłem się chodzić, a potem... mówić? W sumie nigdy nie wydałem z siebie ani jednego słowa, nie miałem do kogo się odezwać, ale tak pokrótce mogę to nakreślić. Kiedy więc tylko byłem w stanie sam się przemieszczać, rozkoszowałem się tym, moje pulchne stópki radośnie całowały pylistą Matkę Ziemię, a ja zapuszczałem się w coraz to dalsze nie odkryte rewiry. Pewnego dnia, ze swojej nowo odkrytej enklawy, moich uszu dobiegł dziki wrzask matki. Siedziałem pod krzakiem jałowca, sparaliżowany, lecz jednocześnie zafascynowany w jakiś złowrogi sposób. Kryjówka moja mieściła się niedaleko ścieżki prowadzącej z naszej zagrody do miasteczka. Dzień był, jak to często w moim świecie, jaskrawo- złowrogi. Nosił wszelkie znamiona niepokoju, od kiedy tylko Słońce wychynęło triumfalnie na spragniony nieboskłon. W takim dniu po prostu musiały się rozstrzygnąć losy mojego małego świata. Ojciec, jak zwykle od świtu na polowaniu, wtedy jeszcze z Dużym Snakem. Dwoje rosłych mężczyzn odzianych w białe kombinezony wyrywało właśnie brutalnie matkę, zupełnie jakby była młodym drzewem, z urodzajnej gleby chałupy. Wierzgała i darła się w niebogłosy. Bóg mi świadkiem, nienawidziłem jej w tamtej chwili bezgranicznie. Obserwowałem tych dwóch siłaczy, jak ładuje matkę do dziwnie oznakowanej furgonetki. Furgonetka zapewne niegdyś była biała, obecnie została naznaczona przez charakterystyczne dla okolicy drogi i niepogodę. Ludzie coś między sobą mruczeli, tam na progu, próbując zawinąć matkę w śmieszny worek z całą masą troczków. Z zapałem trzylatka starałem się chłonąć jak najwięcej z tego niecodziennego przedstawienia. Przez jeden, jedyny moment, byłem święcie przekonany, że matka patrzy wprost na mnie. Nagle jej wrzask przerodził się w niepohamowaną kaskadę śmiechu. Śmiała się, nie biorąc pod uwagę, że trzeba zaczerpnąć powietrza, że głos staje się groteskowo chrypliwy, że ślina zasycha jej prawie na całej brodzie, tworząc swoiste ornamenty. Od tamtej pory wiedziałem, że cisza jest moim najlepszym przyjacielem. Moja własna matka zupełnie bez wyczucia tę ciszę skalała. Nienawidziłem jej właśnie za to.
Przez następnych parę lat pielęgnowałem moją miłość do ciszy. Czułem całym sercem, że jest to miłość odwzajemniona. Oczywiście zwierzęta muszą jakoś się porozumiewać, przekazywać sobie nawzajem sekretne sygnały. I wycie wiatru w koronach drzew, szum opadającej na skały wody... to wszystko jest jak najbardziej dopuszczalne. To są święte prawa przyrody. Stałem się jednak zagorzałym wrogiem ludzkiej agresji dokonywanej na świętej ciszy i harmonii. Mój ojciec usuwał mi się z pola widzenia już wczesnym rankiem, a, jestem przekonany, że on w lesie niósł śmierć milczącą, jak drapieżnik. Nie usprawiedliwiałem go do końca, ale na obserwację jego przypadku postanowiłem dać sobie więcej czasu. Każdego dnia toczyłem więc ze sobą nieustające spory, czy i w jakim stopniu można uznać ojca za naturalną część ekosystemu na Wzgórzu Eliasza. Wydawał mi się on kimś odwiecznym, strażnikiem, który pilnuje, aby nieporządek nie zakradł się do norek w lesie nas otaczającym. Ale tak uważała jednak ciągle tylko połowa mnie...


II. Allemande

Boże, proszę, wybacz. Wygląda na to, że nie potrafię o wszystkich Twoich stworzeniach myśleć jednakowo.. Starałem się pokochać gołębie, ale nie potrafię. Są tak beznadziejnie głupie, wszystko mnie w nich denerwuje. Obrałeś je na symbol pokoju. Tłumaczę sobie co rano, że to się tyczy tylko białych gołębic, więc czuję się usprawiedliwiony, gdy sypię im kosmiczne ilości okruchów i z pierwotną radością zarzucam na nie sieci, gdy wydziobują swój ostatni posiłek. Nigdy nie widziałem w okolicy żadnej zbłąkanej białej gołębicy. Gdy tylko taką upatrzę, przysięgam, nie zrobię jej nic złego. Chociaż, wiesz, Boże, tak zupełnie z drugiej strony, czyż to nie najszlachetniejszy sposób pożegnania się ze światem? Zostać niejako złożonym w ofierze Tobie? Rozmyślam sobie tak często, za każdym niemal razem, jak tylko przygotowuję codzienną zasadzkę na gołębie. Ojcu staram się schodzić z drogi. Dostrzegam w jego oczach niebezpieczną zapowiedź szaleństwa. A szaleńcy brutalnie gwałcą moją najlepszą przyjaciółkę- ciszę.
W starej, popłakującej wraz z wiatrem szopie, znalazłem schowaną w kącie piłę. Biedactwo, taka była smutna; podła rdza trawiła ją przez lata, wszyscy o niej zapomnieli. To zupełnie jak o mnie i o Dużym Snakeu. Od razu poczułem niesamowite braterstwo dusz z tym narzędziem, nie śmiejącym nawet pisnąć o swym podłym losie. Gdy gładziłem ją w kącie i przemawiałem doń czule, poczułem pod palcami jej pełne niedowierzania łzy. Tak, zaklinam się, że to prawda. Wilgoć nie odstępowała jej ani na chwilę, co dało zaprawdę wiarygodny efekt płaczu. Obiecałem mojej nowej siostrze w niedoli, że otrzyma należytą opiekę. Już następnego dnia rozpocząłem mozolną, czasami ryzykowną, zbiórkę złomu. Przeważnie puszki. Mam zamiar kupić specjalny preparat regenerujący dla mojej nowej przyjaciółki. Znalazłem puszkę po czymś takim w drugim końcu szopy. Będę walczył z rdzą, tak mi dopomóż Bóg.
Coś chyba wydarzyło

Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
Alis17 Linia koment
Dodany:2010-12-26 18:46:54, Ocena: 3.8
ciekawe opowiadanie, pozdrawiam.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów