Żydek
opowiadania >



Takie listy pisze się tylko raz w życiu. I tylko dla siebie. No, może nie do końca. Zamknę go w metalowej kasetce i zamuruję w tej samej kuchni kaflowej, w której znalazłem list Mosze. I w tym samym pojemniku. Wygląda zrozumiałem przekaz bo Mosze, bo był on obok porządnie i długowiecznie. Kiedyś, prawdopodobnie ktoś go znajdzie i przeczyta, ale niewiele zrozumie. Ja zrozumiałem, bo był ze mną Mosze. Po roku zażywania przeróżnych tabletek i sześciotygodniowym pobycie w szpitalu, mogę powiedzieć wszystko... ale tylko tej kartce.


To się wydarzyło naprawdę.


Gdybym opowiedział tę historię głośno, czekałby mnie znowu korowód lekarzy i leków. Po raz kolejny przechodziłbym przez wielogodzinne rozmowy z terapeutami, każącymi opowiadać z najdrobniejszymi szczegółami każdą chwilę tygodniowego życia z kieleckim żydkiem. I starannie maskowane, ironiczno–współczujące uśmieszki, przykrywające oszustwo zainteresowania tą historią. Znów czekały by leki powalające byka i robiące ze mnie rachityczną roślinę, ledwie asymilującą rzeczywistość.


Dość. Dla nich będę wyleczony. A zamkniętą opowieść zamuruję dla kogoś nieznajomego... kogoś, kto nie obdarzy jej pobłażliwym uśmieszkiem.


*


Nowe ogrodzenie zakładu powstawało w ramach oddolnej inicjatywy pracowniczej, wyrażonej stanowczo przez prezesa naszej spółki. Możliwości negocjacji z kierownictwem innej formy zaangażowania w życie firmy; minus jeden - depresja żuławska. Kopaliśmy więc w trzydzieści osób, sycząc „kurwa” przez zęby, rowek pod podmurówkę. Po drugiej stronie był kirkut, kiedyś całkowicie zdewastowany i zarośnięty. Macewy walały się po całym terenie. Z ich części wybrukowana była nawet droga wewnętrzna na terenie zakładu. Jakaś fundacja z Izraela dokonała cudu za pomocą zielonych banknotów. Teren był teraz wykarczowany i ogrodzony stylowym ogrodzeniem z kutych prętów ze zwieńczającymi je gwiazdami Dawida. Żwirowe alejki i centralnie postawiony betonowy mur, na którym umieszczono uratowane i posklejane tablice nagrobne. Tylko od strony naszej firmy straszył jeszcze drewniany, połamany płot. Wizyta przedstawicieli fundacji Rosenblaumów u naszego prezesa, diametralnie zmieniła jego podejście do tego straszydła ogrodzeniowego. Zapewne nie bez wpływu było tu podpisanie kontraktu na export naszych zabawek dla żydowskich Icusiów w Izraelu.


Łopata uderzyła głucho. Poprawiłem lekko jeszcze raz. To samo. Jakiś kamień? Odgrzebałem rękami ziemię i wyciągnąłem... czaszkę. Pożółkłą, bez paru zębów i z dziurką w potylicy. Kirkut kiedyś był większy i na części jego terenu komuna zlokalizowała nasz zakład. Niemcy dokonywali tu masowych rozstrzeliwań przy likwidacji getta.


Obracałem ją przez chwilę w dłoni, palcami wygrzebując ziemię z oczodołów i dłonią usuwając resztki trawy i korzeni. Kierowany niewytłumaczalnym impulsem, zapakowałem ją do plecaka i wziąłem się dalej do roboty.


*


Z odrazą, ale i dziwną przyjemnością umyłem ją w domu pod bieżącą wodą. Kolor pozostał żółtawy z sinymi przebarwieniami na czerepie i kości jarzmowej, ale teraz matowo błyszczała i w ogóle prezentowała się nieźle. Gdzie postawić? Czułem, że muszę ją widzieć, w jakiś sposób mieć w zasięgu wzroku. Coś mnie do niej przyciągało.


Nie na półce - nie widzę z kuchni, regał też odpada – nie ma miejsca, same

Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów