Buraczany ogródek
opowiadania >



do przodu i posiedzieć spokojnie na jednym miejscu? - próbowałam przywołać racjonalne argumenty. - Louis, spójrzmy prawdzie w oczy. Żyjesz po cygańsku. Jedna koszula na grzbiecie i sterta papierów dookoła. Zdrowie szwankuje. Ile jeszcze pociągniesz w ten sposób? Dziesięć lat? Dwadzieścia? A potem co? Do brata pójdziesz?


- Ależ ty się o mnie martwisz, Eliza... - warknął, choć wyczułam, że kombinuje. - Do kochanych braciszków nie pójdę na pewno. Ten, który miał trochę oleju w głowie, już powędrował przede mną na drugą stronę, a mój pan od posiadłości... daj spokój. Suszyłby mi głowę dzień w dzień, dlaczego jeszcze się nie dorobiłem. W przeciwieństwie do niego dorobiłem się mózgu... cóż, on myśli po swojemu.


Ach.


- Mózg dobra rzecz, ale nie będzie funkcjonował w oderwaniu od reszty ciebie, Louis. I ta reszta cierpliwie czeka, aż raczysz ją zauważyć.


- Uuu... reszta przypomina o sobie dosyć brutalnie, Eliza. Nie jestem pewien, czy mam ochotę słuchać non stop, co mówi - odpowiedział dziwnie poważnie. - Zaraza na lekarzy... tfu! Nie, zdecydowanie, dajmy sobie z tym spokój. Mogę opowiadać obszernie, ale wtedy z całą pewnością uznasz mnie za starego, rozsypującego się piernika. A tego bym nie chciał. Do licha, wiesz, że jesteś jedną z nielicznych osób, z którymi wytrzymuję tak długo na własnych śmieciach... - machnął ręką w stronę pokoju - dosłownie i w przenośni. Może zostałabyś ze mną ciut dłużej... dowiedzielibyśmy się, co czeka każde z nas za te magiczne dwadzieścia lat? No, nie patrz tak na mnie, dziewczyno. Serio. Oszczędziłabyś trochę podeszwy.


Stary wariat - podsumowała moja świadomość. Ale... Jeśli to oznacza to, co myślę, że oznacza... to spuścił z tonu. Hrabiny chodziły po głowie, światowe damy, a teraz wzdycha do panny Elizy. Czyli w sumie idzie w dobrą stronę. Zaczyna myśleć realistycznie. Takiego gołodupca bez wdzięku lwa salonowego żadna hrabina nie zechce. Ja też raczej na księcia szans nie mam...


- No i co powiesz, Elizo? Wydusiłem z siebie wreszcie, chociaż wydawało się to dziwne.


- Masz przynajmniej jakiś kwiatek dla mnie? - uśmiechnęłam się.


- Mam doskonałą wędzoną rybę.


- Niech będzie. Zgłodniałam trochę...


A więc… Bycie panią Beethovenową to nie róże i bratki. Buraczany ogródek raczej, zgodnie z nazwą. Ale jakoś ten ogródek uprawiamy. Louis nauczył się rozmawiać o bilardzie, zamiast obalać obecną władzę - i kupił sobie porządne buty. Ja nauczyłam się nie dziwić, gdy w środku deseru zaczyna mamrotać, a potem pisać po obrusie hieroglify, których nie potrafię ani rozczytać, ani doprać. Największe marzenie? Żebyśmy kiedyś zatańczyli razem takiego bezwstydnego walca, który unosi w siódme niebo. Louis ma dwie lewe nogi do tańca - dziwne, zważywszy na jego robotę, ale prawdziwe. A szczególnie szarpie się przy walcu właśnie. Za energiczny chyba jest. Zobaczymy.




- [1] [2] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
ManicPixieDreamG Linia koment
Dodany:2014-04-23 19:09:13, Ocena: Brak oceny
Dobry warsztat, przyciąga uwagę.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów