Siedem ogrodów - antologia miłości niechcianej
opowiadania >



knajpka w cen­trum – wyjaśnił mi Rafał.


Spodobał mi się ten pomysł i ochoczo na niego przystałem. Ma­rek wymienił się numerami telefonów z Rawiczem i pożegnał się z nami.


Rafał stał obok mnie bez słowa przez dłuższą chwile, po czym wypalił niespodziewanie.


Spotkałeś się wczoraj z moją siostrą?


Zerknąłem na niego i skinąłem głową. Nie chciałem wdawać się z nim w dyskusję na ten temat. Na jego twarzy malował się za­cięty grymas. Podał mi potrzebny klucz i oparł się o maskę.


Wróciła wściekła – oznajmił.


Uwierz mi, że ja też nie w różowych obłoczkach – sarknąłem.


Różnica pokoleń i poglądów nie do przeskoczenia.


Ja tam nie wiem, ale ostatnio jest jakaś dziwna.


Może ma okres – burknąłem niezbyt miło.


Wspomnienie wczorajszego popołudnia boleśnie mnie uwierało. Szarpało i odzierało moje motylki ze skrzydełek, po malutkim kawałeczku.


Znawca kobiet – parsknął, a ja udałem, że nie słyszę cierpkie­go tonu w jego głosie. Zastanawiałem się, ile powiedziała mu Weronika. Zapytać, nie miałem odwagi.


Szykowałem się do wyjścia, kiedy w drzwiach dogonił mnie Heniek.


Jakie masz plany na sobotę? – spytał lekko zdyszany.


Zastanowiłem się chwilkę.


Właściwie to żadne, a co? Masz jakąś propozycję?


Ognisko u mnie na działce. W swojskim gronie – wskazał gło­wą na warsztat.


Jak bez Skrzydlewskiego to się piszę. Przyda mi się mała roz­rywka – uśmiechnąłem się.


Dogadamy szczegóły.


Rozradowany wizją imprezy pobiegł do szatni.


Przez odcinek od warsztatu do głównej ulicy jechałem bardzo powoli, aż jadący za mną srebrnym Passatem gość zatrąbił na mnie ze złością. Przepuściłem go, zjeżdżając na bok. Nie spie­szyłem się. Liczyłem na to, że ją zobaczę, ale los mi jakoś nie sprzyjał.


Marek siedział w kuchni, obierając ziemniaki. Jego mina, nie wróżyła nic dobrego.


Dalej się wściekasz? – usiadłem i sięgnąłem po drugi nóż.


A co? Sądzisz, że nie mam powodu? Jedno ci powiem, że ra­chunek za moją komórkę w tym miesiącu ty zapłacisz. Bo nie wiem, ile przetraciłem, wydzwaniając do szpitali i na policję. Ta noc będzie cię kosztowała jak za luksusową dziwkę.


Zjeżyłem się po tych słowach, bo jakoś dotknęły mnie jego sło­wa w zestawieniu z osobą Grażyny, ale nie chciałem dolewać oliwy do ognia. Kończyliśmy jeść obiad, gdy rozdzwonił się mój telefon. Zniecierpliwiony sięgnąłem po komórkę. To był Ju­rek. Ucieszyłem się z jego telefonu, bo bałem się, że po tych atrakcjach, jakie mu zafundowałem, będzie na mnie zły.


No co tam Jureczku? – powiedziałem na dzień dobry.


Cześć Jędrek, masz chwilę?


No, dla ciebie zawsze – odparłem.


Jestem blisko ciebie, wyjdziesz na szybkie piwko do „Jabłusz­ka”.


Jasne, będę za dziesięć minut – przytaknąłem i wstałem od stołu, szybko myjąc po sobie talerz. Marek widząc, że zbieram się do wyjścia, krzyknął za mną do korytarza.


Idziesz z nami dzisiaj na piwo, czy znowu przepadniesz? Umówiłem się z Rafałem na dziewiętnastą.


Idę z Jurkiem do Zbyszka, wrócę za godzinę – odparłem.


Jabłuszko” była to maleńka osiedlowa, sezonowa knajp­ka w parku, prowadzona przez naszego wspólnego kolegę. Wła­ściwie był to przerobiony drewniany domek kempingowy, oto­czony sympatycznym drewnianym płotkiem i mieszczący na swojej małej posesji pięć stoliczków z ławeczkami. Wpadaliśmy tam czasami na małe piwko i pogaduchy. Jurek siedział już pod parasolem przy drewnianym, składanym stoliku, a w ręku trzy­mał plastikowy kubek z piwem. Za barem wystawionym na ze­wnątrz, stał barczysty, wysportowany facet ze starannie przy­strzyżoną, lekko siwiejącą brodą, ubrany w biały T-shirt i prze­pasany zielonym fartuchem. Przywitałem się z nim.


Siemka Zbysiu, daj małe piwko – poprosiłem i poczłapałem do Jurka.


Fajnie, że zadzwoniłeś, mam gęstą atmosferę w domu – uśmiechnąłem się.


Pogryzłeś się z Markiem?


Taa. Przejdzie mu za chwilę. Moja wina – mruknąłem. – A co tam słychać u was?


Ok. Bardziej mnie interesuje co u ciebie. Nie dzwoniłeś, więc przyjechałem.


Sorry, nie było kiedy. Co u mnie? Nic, na tyle pozytywnego, by się tym pochwalić. Ostatnio mam same czarne koty na drodze – powiedziałem, upijając łyk piwa. Nie było bardzo wyszukane, ale przynajmniej zimne.


Co z tą dziewczyną?


No co mogło być? Zgodnie z przewidywaniami, posłała mnie na drzewo – wskazałem wymownie na swoją szyję, gdzie bladł już nieszczęsny siniak po zębach jadowych Iwony. – Poza tym, przespałem się z kobietą, z którą nie powinienem był się prze­spać i cholernie mi z tym niewygodnie

- [1] [2] [3] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów