Łachudrow
opowiadania >



„Nie wiadomo, dlaczego wszyscy mówią do kotów na Ty,


choć jako żywo żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu.”




Łachudrow



Ulica Ciemna zwykle cuchnęła kocim moczem, toteż z reguły była omijana przez miejscowych szerokim łukiem. Pojawiali się, co prawda, ludzie przemykający pod zniszczonymi kamieniczkami, jednak należeli oni do rzadkości. A rzadkość na ulicy Ciemnej stanowili przyjezdni. Zabawnym było oglądać elegancików z brylantyną we włosach, krzywiących się ze wstrętem, zakrywających delikatne noski jedwabnym szalikiem i przebierających nogami tak, że tumany kurzu wzbijały się w powietrze i osiadały na czyściutkich do tej pory garsonkach i frakach. Ich rozdrażnienie sięgało wówczas zenitu. O dziwo, znalazła się grupka, której smród kudłatej zawartości pęcherza zdawał się nie przeszkadzać (warto jednak nadmienić, że odór owej grupki często bywał silniejszy niż miauczących małych pchlarzy) - jej zajęcia polegały na naigrawaniu się z uciekających bogaczy, wydłubywaniu czegoś z nosa i ucha oraz nieustannej degustacji tanich trunków. Zwykle honorowo pomagała kotom w moczeniu ulicy własną uryną, a kiedy miała dobry humor- wyszarpywała brudnymi paznokciami kleszcze z żałosnej kupki chodzącego futra. Powinienem w tym miejscu wytłumaczyć się, dlaczego nie traktuję członków tej szacownej kampanii indywidualnie, zabieram im osobowość, tłamsząc wstrętną nazwą „grupka”.


Drogi Czytelniku, gdybyś kiedykolwiek przespacerował się ulicą Ciemną, zrozumiałbyś moje postępowanie. Bezdomni kamraci, przykryci chyba stuletnią warstwą brudu, trącący potem, wyglądali i pachnieli identycznie. Idealnie wtapiali się w mroczne kamieniczki, gdyby nie błyszczące gałki oczne, można by było uznać ich za stos starych cegieł. Jeden z kamratów kiedyś wyróżniał się na tle zapijaczonych kolegów. Miał czapkę na tyle czystą, iż nietrudno było odgadnąć jej kolor. Ulica Ciemna szybko jednak zunifikowała ekstrawaganckiego jegomościa. Czytelniku, musisz uwierzyć mi na słowo, fascynująca jest obserwacja stopniowego zarastania czapki lasem kurzu i wymiocin. Ale przerwę tę opowieść, zanim poczujesz się zniesmaczony do reszty . Przedstawienie towarzystwa z ulicy Ciemnej służy mi jedynie do tego, byś zrozumiał specyfikę otoczenia, w którym przyszło żyć bohaterowi mojej, a za moment naszej, historii. Bohater ten właśnie smacznie zasnął w kartonie, wcześniej przegryzając spleśniałe resztki sardynek z puszki i poddając się operacji wyrywania kleszczy z pyska.


Łachudrow, bo tak ochrzciło kocurka towarzystwo z Ciemnej (dosłownie i w przenośni: pęcherze kamratów były pełne), pojawił się na tej znienawidzonej ulicy kilka miesięcy temu. Padał rzęsisty deszcz, dżentelmeni drzemali pod osłoną zmokłych gazet, a reszta kocich koleżków wybierała odpadki ze śmietników albo wylizywała rany na zadkach po ukąszeniach pcheł. Przybysz zupełnie nie pasował do Ciemnej- jak na warunki pogodowe był wyjątkowo czysty, a warstwa tłuszczyku pokrywała koci brzuszek. Czytelniku, pewnie domyślasz się, że Łachudrow nie zyskał sympatii zapchlonych mieszkańców ulicy. Towarzystwo szybko zauważyło równo przycięte pazurki i zadbane, szczotkowane zapewne futerko. Wyglądało na to, że kocur uciekł z domu, i to całkiem niedawno. Postanowiono zatem zasymilować go z towarzystwem: obsikano i zakwaterowano w mokrym kartonie. Wtedy też nadano mu imię, teraz już zupełnie do kota pasujące. Miauczący gang nie chciał przyjąć Łachudrowa, toteż nowy stał się częścią kompanii pijaków. Okazał się bardzo inteligentnym zwierzakiem, jego zwinność i spryt po stokroć górowały nad zwinnością i sprytem pozostałych kotów. Początkowo nie chciał jeść zgniłych ziemniaków, spleśniałych sardynek z puszki, resztek zwiędłej sałaty, ale kiedy w ciągu kilku dni nikt nie podał mu miski z kawałkami mięsa, bardzo niechętnie zaczął przeżuwać odpadki. Krzywił się przy tym niemiłosiernie, wzbudzając aplauz towarzystwa i niemalże owacje na stojąco. Pewnie już wiesz, drogi Czytelniku, z kim połączyła Łachudrowa szczególna więź. Kto podtykał mu pod nos kulki chleba i, od czasu do czasu, plasterki kiełbasy. Kto pozwalał zasypiać na swoich kolanach i przykrywał kocie ciałko brudną czapką. Kamrat ten kolejny raz miał okazję wyróżnić się na tle zapijaczonych koleżków. Ale o tym za kilka chwil.


Łachudrow uwielbiał wycieczki, często wyruszał przed świtem, by powrócić po zmierzchu. Wędrował wzdłuż Ciemnej, zaszczycając wizytą każdy napotkany śmietnik. Czasem gruby rzeźnik rzucił mu skrawki tłuszczu czy parówkę, a głodny kocur pochłaniał prezent w mgnieniu oka. Wylegiwał się na dachach kamienic, czasem dla hecy pogonił parę myszy. Lubił bardzo siadać na ławeczce w pobliskim parku. Wylizywał wtedy futerko i grzał się w pełnym słońcu. Zawsze jednak wracał na Ciemną, do śmierdzącego kartonu i równie śmierdzącego kolegi. Wydawało się, że wiedział więcej niż reszta kociego gatunku. Drogi Czytelniku, zapewne słyszałeś, iż na wygłoszony w lipcu 1923 roku noblowski wykład Einsteina przybyło dwa tysiące osób, ale uczony zdawał sobie sprawę, że większość z nich stawiła się raczej po to, żeby go zobaczyć, niż wysłuchać. Sytuacja powtarza się i na naszej ponurej ulicy. Pchlarze z Ciemnej obserwowały ludzi, mając nadzieję na rzucony im smaczny kąsek. Odchodziły, zadowolone lub nie (przeważnie z burczącymi wciąż brzuchami). Łachudrow za to słuchał. Zdawał się lubić człowieczy głos, śmiesznie przekręcał łepek, jakby chciał przytaknąć lub zaprzeczyć. Tym samym zjednał sobie kolejno: rzeźnika, piekarza, mleczarza i dostawcę gazet. Rzadko już bywał głodny. Kamrat od czapki śmiał się, że kocur jest mądrzejszy od wiecznie zapijaczonych bezdomnych. I coraz częściej wstydził się swojego życia. Tak na dobrą sprawę, myślał, koty są zupełnie podobne do ludzi. Z jedną różnicą. Koty mają znacznie milsze usposobienie.


Łachudrow obudził się bardzo wcześnie. Był wtorek, a może środa, nie pamiętam (w każdym razie dzień ten nie wyróżniał się niczym szczególnym. Przynajmniej do południa). Przeznaczył kwadrans na poranną toaletę, strzepnął z siebie z pół tuzina pcheł i postanowił uraczyć się skrawkiem mięsa wyżebranym od rzeźnika. Dreptał spokojnie po pijackim moczu, ominął kamieniczki i stanął przed sklepem. W mięsnym kłębił się spory tłum, zapewne rzucili na ladę boczek. Łachudrow, rzecz jasna, rozpoczął swój teatr jednego aktora: z uwagą wysłuchał narzekania starej Iwanowej na korzonki (dostał parówkę) i skarg Pawłowiczowa na rozwiązłą synową (Pawłowiczow oderwał mu skórkę ze słoniny). Zajadał tak rozkosznie, że każdy kolejny klient sklepu dołożył cegiełkę do kociego śniadania. Mleczarz zaserwował dodatkowo miseczkę tłustej śmietanki. Po kilkudziesięciu minutach Łachudrow przypominał opasłego bąka. Jako dżentelmen, podziękował dostojnym ruchem ogona, mrugnął raz czy dwa i zniknął w cieniu drzew. Powędrował utartą trasą, wzdłuż Ciemnej, zaglądając po drodze do każdego śmietnika. Czytelniku, jak myślę, nie zdziwił Cię ten fakt. Przecież każdy zapobiegliwy kocur zaraz

- [1] [2] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
Pastuh Linia koment
Dodany:2015-11-19 21:46:38, Ocena: 6.0
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów