Tajemnice Róży-rozdział piąty
opowiadania >



Rozdział Piąty


W oddalonym o wiele,wiele kilometrów mieście które zachwycało w ciepłych promieniach słońca a jednocześnie przerażało gdy pojawiała się Czarna Królowa-młody mężczyzna w mrokach duszy siedzi przy tlącym się kominku.Patrzy w jaskrawo czerwony blask odrodzenia i zniszczenia.Próbując odnaleźć w nim przyszłość a najchętniej pragnął by zobaczyć przeszłość.Ujrzeć zdarzenia które pozostawały dla niego tajemnicą a tak bardzo odmieniły jego życie.Chciał ujrzeć prawdę która być może dała by mu spokój ducha.Jednak nieprzychylny płomień milczał nie chcąc nic powiedzieć...nic ujawnić.Po dłuższej chwili wstaje.W milczeniu podchodzi do stołu biorąc fotografię uśmiechniętej kobiety.Dotykając dłonią jej włosów...patrząc na jej twarz...w jej kasztanowe oczy :

-Czemu to zrobiłaś?...czemu odszedłaś...znikłaś tak nagle...tak niepostrzeżenie,jak ducha...zjawa.Nic nie mówiąc...nic nie pisząc.Dlaczego? Czy było Ci ze mna tak źle...tak nie dobrze że nawet się nie pożegnałaś.Czy czymś cię skrzywdziłem...czymś zraniłem? Co się z Tobą stało...gdzie się podziewasz? Co porabiasz? Czy tam gdzie jesteś jest Ci dobrze? Czy jesteś bardziej szczęśliwa? Nawet nie wiesz jak bardzo mi Ciebie brak...każdej nocy...każdego dnia.Chodzę po Naszym domu ale to już nie to samo. To już nie mój dom,gdy nie ma w nim Ciebie.Kładę się spać ale to już nie sprawia mi takiej przyjemności gdy nie leżysz obok mnie...gdy nie czuje Twego oddechu...twego ciepła...ciała Twego.Gdy nie mogę Cię dotnąć...objąć...pogładzić twych włosów...osuszyć pocałunkiem łez szczęścia spływających po twej buzi.Tak strasznie brakuje mi twych słów...tych niesionych na skrzydłach radości i tych unoszonych przez wichure uczuć...tak tęsknie za Twym szeptem pełnym tajemnicy i grzechu.Za uśmiechem który rozjaśniaj cały ten dom a nawet miasto w najbardziej pochmurne,deszczowe dni.Oddałbym wszystko co mam by znów to przeżyć...poczuć w sercu.Chętnie zostałbym biedakiem by tylko znów Cię mieć...zobaczyć...usłyszeć...dotnąć...poczuć...

Szept uczuć przerywa dziwny dźwiek...:

- Czyżby ktoś był w ogrodzie?-ze zdziwieniem w głosie...

W rezydencji Hartingów rozbrzmiewa głośno muzyka.Słychać radosne śpiewy...wesołe rozmowy...niewybredne żarty.Panowie w kłębach dymu prowadzą ważne rozmowy przeważnie o polityce i kraju.Panie śmiejąc się flirtują i tańcząc próbują poderwać jakiegoś bagatego kawalera.Młoda kobieta w długiej, czerwonej sukni wodzi wzrokiem po sali balowej...po młodziencach pełnych uroku.Tego wieczoru rozmawiała już z nie jednym z nich.Obdarowywała słodkim wzrokiem i uśmiechem.Gładziła dłonią ich twarze szepcząc coś do ucha.Biorąc kieliszek czerwonego wina zmierza do kolejnej swej ofiary.W połowie drogi słyszy głos:

-Możemy porozmawiac?
-Nie mam ochoty
-Z tego co widze to wręcz przeciwnie.Jesteś bardzo rozmowna.
-Ale nie z tobą, nie chce gadać.
-Będziesz mówić.
-Bo?-zadziornie-co mi zrobi taki goguś.
-Upiłaś się.
-Być może...przynajmniej mam charakter.
-Uważaj.
-Co mi może zrobić taki tchórz jak ty.
-Nie prowokuj mnie.
-Bo?
-Bo pozałujesz...
-Moge go na chwile porwać?
-Oczywiście...mam coś do zrobienia.

Po odejściu nieco podchmielonej Lady:

-Co ty wyprawiasz.
-O co ci chodzi?
-Zadajesz się z nią?
-Rozmowa chyba nie jest zabroniona.
-Wiesz jaką ona ma reputację?
-Moge mówić z kim chce.
-Nie chce byś sobie zniszczył życie.
-Nie martw się o mnie siostro.
-Rob co chcesz tylko później nie przychodź do mnie po pomoc.

Rozejrzawszy się po ogrodzie Ben nie znajduje nikogo.Wróciwszy do domu ponownie słyszy hałas:

-Co jest?

Zamknąwszy drzwi wchodzi na górę kierując sie dochodzącymi z tamtąd odgłosami.Idąc po schodach słyszy jak ktoś się tłucze tak jakby coś rozrzucał lub coś próbował zabrać.

"Złodziej?"

Do rezydencji zbliża sie mężczyzna...Będąc na górze Ben idzie do pokoju znajdującego się na końcu korytarza...stanąwszy w drzwiach zauważa zakapturzoną postać:

-Kim jesteś?
-Śmiercią...

Wyciągnąwszy broń strzela...Ben chroni się za drzwiami...pocisk trafia w framuge:

-To już koniec,twój czas nadszedł.

Idąc korytarzem:

-Nie uciekniesz przede mną.

Zaglądając kolejno do pokoi:

-Znajdę cię.

Przy drzwiach Jonathan spotyka Harrego-znajomego którego nie żywi sympatią.Zatrzymuje się pytając z dobrze skrywaną niechęcią:
-Co porabiasz?

"Tak jakby cie to obchodziło"

a na głos:

-Nic takiego...

"Nudziarz"

-...wiesz jak to jest,jakoś leci.
-Wiem...

"Znudów paść można"

-Jeszcze wina?
-Nie dziękuje.

"Miałbym Cię z głowy gdybyś się upił"

-Lepiej mów co u Ciebie.
-Nic szczególnego.
-Słyszałem o małym skandaliku.
-Jakim?
-Z dziewczyną.
-Masz na myśli tą wieśniaczkę?
-Tak,jak jej na imię?
-Zdaje się Tiffany.Nie zadaje się z chołotą.
-Czyżby?
-Przecież mówię.
-Podobno zdrowo ci nagadała.
-Bawi cię to?-widząc uśmiech Harrego?
-Troche.
-Więc będzie lepiej jak sobie pójdziesz.
-Wyrzucasz mnie?
-Tak

Spojrzawszy na Jonathana,nic nie mówiąc Harry odchodzi:

-Już nas opuszczasz?
-Tak-ze złością w głosie.
-Coś się stało?
-Spytaj swego syna.

-"Co on znów zrobił?"

Do stojącego obok Lorda i Hrabiego

Panowie wybaczą
-Oczywiście.

Ben słyszy kroki...widzi wysuwającą się lufę pistoletu...zamyka drzwi przytrzaskując dłoń napastnika który straciwszy broń ucieka...Ben rzuca się za nim w pogoń...

W ogrodzie słychać radosne figle:

-Złapie cię
-Akurat
-Aaaa...
-I tak cię dorwę
-Próbuj...Aaaa...
-Mam cię...jesteś moja
-Eeee.
-Właśnie że tak
-Niczyja.

Na tarasie rezydencji pojawiają dwie osoby:

-Cicho bądź
-Co?-szeptem
-Państwo się pojawili.

Nie opodal na tarasie:

-Zgłupiałaś?
-Milcz!
-Jak ty mnie traktujesz?
-Ja?
-Wyprowadzasz mnie na oczach jak małego chłopca.
-To zachowuj się jak dorosły.
-Zachowuje.
-Właśnie widzę.
-O co ci chodzi?

Pośród krzewów:

-Kłócą się
-Cicho.

W rezydencji:

-Co ty sobie myslałeś wyrzucając Harrego?
-To gbur i nudziasz.
-Ale bogaty i nam potrzebny.
-Do czego?
-Nie twoja sprawa.Masz go przeprosić.
-Ani myślę.
-Zrobisz to.
-A jeśli nie?
-Możesz zapomnieć o mym wsparciu i pieniądzach.

W krzakach:

-Robi się ciekawie.
-Ciii...

Na balkonie:

-Więc to tak?
-dokładnie tak.

W ciemnościach:

-Przemknijmy się jakoś

Usłyszawszy:

-I nie interesuje cię czemu to zrobiłem?
-Poczekaj
-Czemu?
-Poszło o tą wieśniaczkę.
-O tą...jak jej tam...Tiffany?
-Właśnie o nią.
-Odbiło ci...
-To ty tak myślisz...
-Bo tak jest i to z powodu jakiejś prostaczki ze sklepu.
-To nie ciebie tak potraktowano.
-Mówiłam Ci ze się tym zajmę
-Kiedy?
-W odpowiednim czasie.
-Czyli nie prędko.
-Musisz się wiele nauczyć.Przeciwnika pokonuje się sprytem i mądrością a nie porywczością i głupim zachowaniem.J
-Wybacz że nie jestem taki jak ty.
-Już niedługo Ona i jej matka pożałują że się narodziły.Stracą wszystko...

W krzewach:

-Mój Boze...Tiffany i Sara.
-Znasz je?
-To moje przyjaciółki.
-Przykro mi.
-Czemu?

- [1] [2] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów