FRAGMENT
opowiadania >




– Kiedy pijesz kawę i piwo, to powinieneś mieć świadomość ich moczopędnych właściwości.
Odwrócił się nie ukrywając swojego zdezorientowania. Za nim stał starszy, wysoki mężczyzna. 
– Mówiłem twojej matce, że wyrośniesz na bandytę. Ha! Ha! Na bandytę...
Posmutniał.
Makary znał tego człowieka. Był o tym święcie przekonany.
– Jak byłeś małym chłopcem. – mężczyzna pokazał jakim – naciskałeś dzwonek i uciekałeś spod drzwi.
– Bawiło mnie to? – zdziwił się Makary.
– Albo sikaliście do butelki po mleku, opieraliście ją pod odpowiednim kątem o drzwi, potem dzwoniliście do mieszkania...
– A kiedy otwierano drzwi, zawartość butelki wlewała się do przedpokoju – uśmiechnął się na przywołane wspomnienia Makary.
– Tak, miałeś wszelkie zadatki na bandytę. Mówiłem to twojej matce, ale powiedziała, że to nie moja sprawa.
– Wiązaliśmy też sznurkiem klamki drzwiom vis a vis.
– Taaak...Wiązaliście. Ty i ten gruby Irek.
– Irek? On nie był gruby...Irek...
Makary przebierał z nogi na nogę.
– Dziadku, gdzie tu jest toaleta? – spytał.
– A więc jeszcze mnie pamiętasz? Ile miałeś lat jak umarłem. Piętnaście?
– Jedenaście – poprawił. – No i co, dziadku, wyrosłem na bandytę?
– A! Wyrosłeś, wyrosłeś...Jesteś bandytą literatury.
– Jak to? – na chwilę przestał odczuwać ciśnienie w pęcherzu.
– Dalej podrzucasz butelki ze szczynami pod drzwi. Tylko że teraz to są drzwi krytyków, redakcji, wydawnictw...Wciąż lubisz wkurwiać ludzi, mój wnuczku, i nadal, co gorsza, to cię bawi...
– Dziadku, ja chcę siusiu!
Dziadek pstryknął palcami i było po sprawie.

SPRZEDAJĄCYWIERSZE

Otrzeźwiał przy umywalce spryskując sobie twarz chłodną wodą. Jaki Janek Rybowicz? Kaziu...? Dziadek... Umywalka była pełna wymiocin, a on czuł jeszcze ich kwaśny smak w ustach. Odkręcił wodę i wiercąc palcem w odpływie doprowadzał wszystko do porządku. Potem spojrzał w lustro i zobaczył twarz zupełnie nieznanego mu człowieka. Mężczyzna mógł mieć 35–40 lat. Ciemny blondyn z bardzo przerzedzonymi włosami, podkrążone oczy świadczyły o nieprzespanych nocach, a kilkudniowy zarost o zaawansowanej abnegacji. I to miał być Makary!? Rozmyślając nad tym, nawet nie słyszał jak ktoś wszedł za nim do toalety i od jakiegoś czasu, bacznie go obserwował. Makary zakręcił kran, podszedł do pisuaru, a sekundę później ktoś stanął obok. Zauważył go kątem oka, i natychmiast jego czynności fizjologiczne zostały zablokowane. Był pewien, że od zawsze cierpiał na tę dolegliwość. Nigdy nie potrafił wysikać się w publicznej toalecie, jeżeli ktoś inny stał obok.
– Niech pan sobie pogwiżdże – usłyszał niezawodną w takich przypadkach radę.
Spojrzał na przyczynę swoich kłopotów. Był to Sprzedającywiersze. Skąd się tu wziął do licha? Przecież wychodził. Makary nie wiedział, dlaczego, ale wyluzowany jego obecnością zaczął gwizdać pierwszą lepszą melodię, którą błąkała mu się po głowie (to była czołówka z Czterech Pancernych, ale przecież nie mógł o tym wiedzieć).
– A widzi pan! – rzekł triumfująco. – Zawsze pomaga...
Makary umył ręce i podszedł do drugiej wolnej suszarki; niestety, była nieczynna, więc stanął za niezbyt śpieszącym się Sprzedającywiersze.
– Pamiętam pańskie „Obierki” – przestał okupować suszarkę.
– Proszę?
– Mówię o pańskim wierszu w „Art–cie”.
– A... „Obierki”... – strumień gorącego powietrza pieścił jego skórę. – Wie pan, że nie kojarzę.
– Jak to? – Sprzedającywiersze wyciągnął swą prawicę na powitanie, kiedy wreszcie skończył nagrzewać dłonie.
– Nie pamiętam wielu rzeczy... – Makary spojrzał w lustro – nawet tego łysiejącego gościa.
– Żartuje pan sobie? – przemówiło odbicie Sprzedającegowiersze.
Odwrócił wzrok od lustra, aby spojrzeć mu w oczy. – Mówię całkiem poważnie...
– Nic? – wydusił z siebie po chwili milczenia.
– No, nie do końca nic... – Makary zmarszczył czoło. – Wiem, że pana znam, ale nie wiem, kim pan jest...I takie tam...
– Ha! – ten pokręcił głową z niedowierzaniem. – Miał pan wypadek?
– Nie. Nie wiem...!
– A więc co się stało?
– Właśnie próbujemy tego dociec – przypomniał sobie o istnieniu Mistrza.
– No tak. Jest pan w świetnym towarzystwie, gratuluję!
– Przepraszam, ale ja naprawdę nie wiem, kim pan jest! – wyrzucił z siebie, trochę poirytowany jego przechwałkami.
– Nie mówię o sobie – szeroki uśmiech – lecz o panu Hanuszkiewiczu...
– A... O nim też nic nie wiem. Naprawdę. Poza tym, że przypomina mi Adama Hanuszkiewicza. 
Złapał się na tym, że brzmi to cokolwiek bez sensu. Ale, dlaczego niby któryś z bohaterów powieści nie może nosić nazwiska jakiegoś znanego reżysera z realu.
(Autor tej przypowieści, powinien w tym miejscu upublicznić, że to właśnie prawdziwy Adam Hanuszkiewicz był wzorcem dla postaci Mistrza, ale niestety, jest zbyt dumny, aby się do tego przyznać. A poza tym nazwisko Hanuszkiewicz brzmi niczym Wawel!)
– Doprawdy?! – nie dowierzał Sprzedającywiersze.
– Póki co, nazwałem go dla swoich tymczasowych potrzeb Mistrzem, aby go nie mylić ze znanym aktorem, dyrektorem i reżyserem z realu, Adamem Hanuszkiewiczem.
– I słusznie, bardzo słusznie – uśmiechnął się mrużąc oko. – Jeżeli to kolejne przedstawienie to gratuluję Mistrzowi pomysłu. Guru undergroundowej literatury i... outsider undergroundu… Świetny pomysł! Godny mistrza…!
– Niech pan sobie oszczędzi tego tam, sublimowania...Tu nie ma mowy o żadnej aranżacji, Mistrz spotkał mnie zupełnie przypadkowo na stacji metra – Makary zaprotestował, wyjaśnił i zaakcentował wyraźną kropką.
– Na stacji metra? Zupełnie przypadkowo? – kpił?
– Tak. Na stacji! Prawdopodobnie próbowałem popełnić samobójstwo... – i dusząc w zarodku jego następne pytanie zakończył: – Ale niczego ponad to, co już pan wie, nie pamiętam.
– Przepraszam, jeżeli pana zdenerwowałem. – Sprzedającywiersze dla odmiany uderzył w pokorną nutę.
– Nie ma sprawy, proszę postawić się w mojej sytuacji, poruszam się jak ślepiec, więc mam prawo być poirytowany.
– Naturalnie... Ale jakby co, kiedy wróci pan do formy i wszystko sobie przypomni... – urwał.
– Tak?
– Nic, nic...Kojarzę sobie pewne fakty... – zamyślił się, aby po chwili ożywić. – A wie pan, że jedynie Mistrz, w okresie swojej niemocy twórczej, nie skusił się na moją pomoc... – rzekł ni to z gruszki, ni pietruszki.
– Chyba nie za bardzo wiem, o co chodzi? Gdyby powiedział pan, że mam niż intelektualny, wziąłbym to za eufemizm.
– Jak to? Przecież ja sprzedaję wiersze, czasem nawet prozę tym wszystkim, którzy cierpią na niemoc twórczą. Panu też

- [1] [2] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów