FRAGMENT
opowiadania >



jak do tej pory niczego nie sprzedałem... Ale jakby co, to zawsze jestem do pańskich usług. A „Obierki” jak dla mnie rewelacja, niby kolokwialny wiersz o obieraniu ziemniaków, a ile w nim emanacji... Tak... Widać w panu wnikliwego obserwatora, takiego rodem z podwórka buddyjskich mnichów – ścisnął jego dłoń i mocno potrząsnął. – Ale nie zatrzymuję pana, sam wolałbym być w towarzystwie Mistrza niż we własnym.
– Chwileczkę – powstrzymał go Makary – coś mi tu nie gra!
– Mianowicie?
– Mówi pan, że sprzedaje wiersze, a nawet prozę; dlaczego pan sam nie publikuję pod swoim nazwiskiem?
– Nie mogę?
– A to niby, dlaczego?
– Nie mam swojego nazwiska.
– Nie ma pan nazwiska?
– I pan się temu dziwi?
– Dziwię się. Jak to można nie mieć nazwiska?!
– A pan je ma?
– Ja? Ja!...Ja... – postawił go pod murem. – Myślę, że mam, tylko nie pamiętam.
– Nawet gdybym je panu przypomniał i tak nie miałoby żadnego znaczenia, czasem jest tak, że nie ma się swojego nazwiska nawet wtedy, kiedy się je ma – zakończył nieco filozoficznie.
– A czy mógłby mi pan przypomnieć moje nazwisko?
– Nie.
– A to niby dlaczego? – Makary nie wie, z jakich powodów, ale ma tak zwane déjà vu.
– Ponieważ pańskie nazwisko i tak nie ma żadnego znaczenia.
– Ale przynajmniej dowiedziałbym się, kim jestem.
– Co najwyżej dowiedziałby się pan, jak się nazywa, a nie, kim pan jest.
– Mimo to, chciałbym je poznać...
– Tak naprawdę, to zapamiętałem jedynie pański wiersz, być może przeczytałem pańskie nazwisko nad nim, ale niech mi pan wierzy, zapomniałem. Kojarzę pana z obierkami...
– Pięknie... Pięknie...
– Nie podoba się panu?
– Nie powiem, żebym był zachwycony.
– Ale mam coś dla pana.
– Co?
– Pańskie imię, nie sposób było je zapomnieć.
– Niech pan to wykrztusi wreszcie, na co pan jeszcze czeka!?
– Makary – wykrztusił wreszcie.
– Makary...? To imię nie jest mi obce... Makary... To jak imię bohatera pewnej powieści... Ale nie pamiętam tytułu... Boże, nie pamiętam nawet autora!
– To całkiem dobre imię, niech go pan nie straci.
– Że co? Jak mogę stracić imię?
– Znam wielu, którzy stracili swoje dobre imię na rzecz nazwiska.
– Ach, to gra pojęć. Dobre...Zapamiętam sobie.
– W dążeniu do sławy bardzo wielu ludzi dało dupy! – skomentował brutalnie.
– To znaczy? – Makary złapał za klamkę drzwi, dając znak, aby się pośpieszył.
– Zaczęli pisać pod publikę.
– No i co w tym złego? – otworzył drzwi.
– Nic. Dali dupy.
Wyszedł nie komentując jego wypowiedzi, chociaż jego opinia nie dawała mu spokoju.
Zatrzymał się kilka kroków dalej, czując jego oddech na karku.
– Po prostu czepia się pan. Że niby co? Jak książka dobrze się sprzedaję to pisarz dał dupy, a jak jest niezauważona to wszystko ok?
– Upraszcza pan. Często specjaliści od rynku wymuszają na autorze zmiany, twierdząc, że inaczej książka się nie sprzeda i...
– I...?
– I autorzy idą na to. Cenią bardziej swoje nazwisko na okładce i stan konta niż swoją autentyczność. Lubią pławić się w sławie i światłach jupiterów.
– Sam bym się popławił! – rozmarzył się nieco.
– W takim razie powodzenia życzę! – skwitował ostro. – Ale żeby ten blichtr nie stanął panu ością w gardle.
Złapał Makarego za rękaw.
– Makary... Drogi panie... Proszę tego nie brać do siebie – uśmiechnął się pojednawczo. – Tak się składa, że wiem o panu więcej niż pan o sobie. Do końca życia będzie pan bandytą literatury. A ja w tej książce robię jedynie za alter ego autora. I to na ćwierć etatu. Tak naprawdę, to tylko życie jest prawdziwą literaturą, a pan potrafi je pisać...I proszę sobie nie brać do serca zarzutów o proustowski elitaryzm – powiedział, co wiedział.
– Niczego nie potrafię i o niczym nie wiem... – stwierdził grobowym głosem Makary.
– Właśnie o tym mówię – okazywał wobec niego nieskazitelną cierpliwość.
– Przepraszam pana bardzo – rosły mężczyzna (sobowtór Ryszarda Rodzika albo on sam) przeciskał się pomiędzy nimi a kolumnami, starając się dotrzeć do toalety. Był bardzo podekscytowany, jakby wracał z piekieł Dantego albo komisji konkursowej. Makary przylepił się do ściany, robiąc mu miejsca. Kiedy odwrócił głowę, aby zadać następne pytanie Sprzedającemuwiersze, jego już nie było. Rozpłynął się jak kelner. Makary pomyślał, że jeszcze trochę i jemu uda opanować się tę trudną sztukę rozpływania się w najmniej oczekiwanym momencie.
Zamknął nawet oczy, wierząc, że już w następnym akapicie znajdzie się przy stoliku Mistrza. Niestety, czekała go jeszcze droga powrotna, droga przez mękę. Mękę tworzenia... 
Co prawda, już bez ucisku na pęcherz, ale zawsze...


- [1] [2] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów