Jestem jednym z miliardów, odparł Bóg
opowiadania >



I



Siedziałem w przedziale pociągu, tuż przy oknie, wpatrując się beznamiętnie w przesuwającą się monotonię krajobrazu. Wszędzie tylko sady, pola i łąki wraz z niedużymi stawami porośniętymi gęstymi kępami traw. Ciemna zieleń poprzetykana tu i ówdzie żółto-białymi kwiatami pachniała letnim powiewem, oddychała kryształową wodą. Gdzieniegdzie w oddali wyrastały łagodne wzniesienia o zalesionych zboczach, po których wspinał się razem z cieniem giętki bluszcz na tle oddalającej się wciąż linii horyzontu. Ptaki żywiły się firmamentem, promieniowały skupione albo w rozproszeniu w tej jasności niemej. Ziemia nieznana, ujrzana kiedyś we śnie, a teraz ujrzana na jawie znowu. Wydawało mi się, że widzę dojrzałe jabłka, że słyszę jak spadają daleko od jabłoni, nie pozostawiając za sobą niczego prócz echa i dławiącej woni aromatu. Wczuwałem się w ten jednostajny, kołyszący rytm, opierając się ze zmęczenia o szybę. Białe obłoki ścinane przez szkło przybierały rozmaite, nietrwałe formy. Rozpadały się na drżące od ciepła, prawie przezroczyste elegie powietrza, odłączając się od widoku i złączając się ponownie w jakimś nagłym, trudnym do zdefiniowania posunięciu. Moje powieki stawały się coraz cięższe. Zapadałem nieuchronnie w sen.



II



Obudził mnie świdrujący gwizd hamowania i ostry blask słońca padający na moją twarz. Zobaczyłem jak przez mgłę charakterystyczne zabudowania dworcowych kas i poczekalni w nieco staroświeckim stylu, jakby były żywcem przeniesione z pierwszej połowy dwudziestego wieku. Otworzyłem okno, wychylając ostrożnie głowę, aby się zorientować, co to za stacja. Nazwa miejscowości nic mi nie mówiła, więc zacząłem studiować mapkę trasy, która była przymocowana nad oparciem siedzenia, wodząc powoli palcem po kolejnych, oznaczonych cyframi punktach. Otworzyły się niespodziewanie drzwi. Zobaczyłem kątem oka, że do przedziału wszedł mężczyzna koło pięćdziesiątki. Z początku nie zwróciłem na niego specjalnej uwagi, ponieważ niczym się szczególnym nie wyróżniał, ot przeciętny obywatel tego kraju, jakich wiele, ale kiedy zapytał się mnie czy może usiąść, to szczerze powiedziawszy zdębiałem. W przedziale byłem tylko ja, a człowiek się mnie pyta czy może usiąść, jednak, mimo to grzecznie powiedziałem, że tak. Usiadł naprzeciw mnie, kładąc sobie na kolanach czarny neseser i opierając głowę na oparciu. Przymknął oczy. Ja też usiadłem, dając sobie spokój z mapką. Zacząłem mu się uważniej przyglądać. Wyglądał niby zwyczajnie. Lekko łysiejący, szpakowaty z kilkudniowym czarnym zarostem. Ubrany był również przeciętnie. Ciemno-szary garnitur, biała koszula i czarne buty. Jednak było w nim coś intrygującego, tajemniczego. Pociąg ruszył, mijając zabudowania dworca, na którym o dziwo nie było nikogo. Poza powiewającymi od pędu zasłonkami i wpadającymi do środka pomarańczowymi promieniami wieczoru – nie działo się nic. Znowu ta sama monotonia. Mężczyzna najwyraźniej nie miał ochoty ze mną rozmawiać. Ja zresztą też. Głowa zaczęła mi powoli opadać i już staczałem się w kolejny sen, kiedy nagle usłyszałem głęboki głos mojego współtowarzysza podróży.


– Wiem, że to pana wszystko nuży. – odparł spokojnie, aczkolwiek stanowczo.


Spojrzałem na niego zdumiony. Wyrwany niespodziewanie z letargu omal nie dostałem z tego powodu palpitacji serca. A on mówił dalej.


– Zastanawiał się pan nad tym, co nas otacza? Nad sensem stworzenia? Co pan o tym wszystkim myśli?


– Szczerze mówiąc nie zastanawiałem się nad tym aż tak bardzo. Wiem pan, codzienne obowiązki, problemy itd. – próbowałem jakoś wybrnąć z tych nader filozoficznych i zaskakujących pytań. – To chyba sprawa dla filozofów, ja się na tym nie znam. – czułem jak trzęsą mi się ręce, a po plecach przechodzi zimny dreszcz.


– Tak, to prawda. Filozofowie zastanawiali się od zarania dziejów nad istotą czasu i przestrzeni. Od Platona przez Kanta aż do teraz.


– Jest pan z zawodu filozofem? Pisze pan jakąś książkę, artykuł, a może scenariusz do filmu? – zapytałem z bojaźnią w głosie, czy aby nie narażę się przez to na śmieszność z jego strony. Spojrzał się na mnie badawczo, lekko się uśmiechając.


– Zapewniam pana, że nie piszę żadnej książki, ani scenariusza. Nie mam już na nic siły. – odpowiedział z wyraźną rezygnacja w głosie.


Patrzyłem na niego z coraz większą empatią. Miał bardzo smutne oczy. Cierpiał. Nie wiedząc czy nie przekroczę delikatnej granicy w tej rozmowie z zupełnie przecież obcym człowiekiem, próbowałem się go podpytać.


– Coś pana trapi? Ale to chyba nie moja sprawa. Nie chcę się wtrącać w czyjąś prywatność.


– Ależ proszę pytać.


Milczałem.


– Widzę, że boi się pan.


– Tak. Przepraszam, to naprawdę nie moja sprawa. Każdy ma jakieś kłopoty, niespełnione marzenia.


– Wobec tego ja coś panu powiem. Będzie do dla pana szok, ale zapewniam, że to całkowita prawda.


– Co chce mi pan powiedzieć? – zapytałem go nieśmiało.


– Chcę panu powiedzieć o początku, o stworzeniu.


Byłem zdumiony coraz bardziej.


– Na pewno słyszał pan o Wielkim Wybuchu?


– Owszem, coś tam słyszałem.


Mężczyzna kontynuował dalej swój wywód.


– Otóż Wielki Wybuch nastąpił dokładnie 13.762 mld lat temu i był początkiem wszystkiego. Wyłonił się w niewyobrażalnie gorącej i gęstej osobliwości, czyli z punktu, w którym przyspieszenie grawitacyjne, gęstość i temperatura były nieskończone. Wiem, trudno to sobie wyobrazić. Ale owa osobliwość miała zerową objętość i zerowy fizyczny sens. Tak, nagle stało się światło, dokładnie w chwili umownej, t=10 do potęgi minus 44 sekundy, który jest mierzony czasem Plancka. Ale to nie był wybuch, który można by było porównać do wybuchu np. bomby atomowej. Było to raczej wzrastające w ułamku sekundy natężenie jasności do tak niebotycznych wartości, że opisywanie jej mija się z celem. Były to głównie promienie gamma i wysokoenergetyczne promieniowanie X, czyli promieniowanie Rentgena. Wielki Wybuch ogarnął od razu całą przestrzeń, a przestrzeń i czas tworzy materia, ta zaś ulegając ekspansji powodowała rozszerzanie się wszechświata, które trwa nadal. To, co dziś można obserwować jako rozbieganie się galaktyk i gromad galaktyk nie następuje od jakiegoś wyróżnionego punktu, tylko każda oddala się od każdej. Wszechświat przypomina kształtem ogromny, rozrastający się balon z jedenastoma wymiarami. – Zapyta się mnie pan, co jest poza granicami wszechświata. – Otóż poza nimi istnieje coś zupełnie innego z kompletnie odmiennymi prawami fizyki, doskonały absolut wszechistnienia. – zanudzam pana?


– Ależ nie. Niech pan mówi dalej, to jest interesujące….tylko…


– Zatem istnienie osobliwości zostało potwierdzone w matematycznym założeniu, czyli w tzw. metryce Friedmana-Lemaitre'a-Robertsona-Walkera. Zgodnie z jej konstrukcją wszechświat jest jednorodny i izotropowy, wszechświat to przestrzeń, czas, materia, antymateria, energia i oddziaływania słabe, elektromagnetyczne…– tylko?


– Właściwie, dlaczego mi to pan opowiada? Jest pan fizykiem? – zapytałem nieco poirytowany.


– Nie, nie

- [1] [2] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów