Samotność.
opowiadania >



czuję, jakbym w brzuchu miała rój szalonych motyli. Zamykam oczy, a ty pochylasz głowę
i rubinowymi, miękkimi ustami całujesz moje wargi. Najpierw delikatnie, jakbyś się bał, że możesz mnie zranić tym cudownym gestem. Potem jednak oboje zatraceni całujemy się intensywniej, jakby jutro miało nie nadejść…


Nagle cała piękna paryska wizja pryska. Mrugam oczami i nie mogę uwierzyć, że znów siedzę na krześle w mansardowym pokoju i wpatruję się w lustro, które ukazuje całą mnie. Tylko mnie. Czuję narastający ból w piersi, który zmieszany jest z wszechogarniającą, straszliwą tęsknotą i głębokim smutkiem. Znowu czuję się samotna, a koszmary tamtego lata jak zjawy pojawiają się w moim umyślę. Wstaję i wychodzę z pomieszczenia. Wspomnienia o tobie rozdzierają moją duszę. Czuję, jak wilgotnieją mi oczy. Gorzkie oczy w kolorze bursztynu.



Następny dzień nadszedł tak szybko, jakbym mrugnęła. Siedzę na werandzie, której nie można nazwać werandą. Schodki są do połowy zdewastowane, a po drewnianym ogrodzeniu nie ma śladu, tak jak po wczorajszej pięknej pogodzie. Niebo jest zachmurzone, liście drzew poruszają się wściekle rozjuszone zimnym, srogim wiatrem. Zmarznięta wracam do domu. Pogrążona w bezgranicznym smutku wchodzę do mansardowego pokoju. Staję przed dużym, dwumetrowym, opartym o bladą ścianę lustrem. Krople deszczu zaczynają uderzać o parapet. Do pomieszczenia wdziera się zdradliwy wiatr, który mierzwi moje rozpuszczone włosy w herbacianym kolorze. W zwierciadle znów nie widzę swojego odbicia, tylko przenoszę się do kuchni starego dworku położonego na walijskich wzniesieniach. Jestem ubrana w wąską, ołówkową spódnicę i jedwabną, prześwitującą koszulkę, przez którą widać śnieżnobiałą bardotkę. Na biodrach przewiązany mam jasnoróżowy fartuch. Włosy, przefarbowane na jaśniejszy kolor, mam mocno natapirowane. Doskonale podkreślają moje wesołe, marzycielskie oczy w kolorze kawy z mlekiem.


Mała dziewczynka o kręconych, czarnych włosach siedzi na kuchennym blacie i z uwagą przygląda mi się, jak mieszam białą czekoladę ze śmietanką i rumem. Ma prześliczne piwne oczy, tak samo figlarne i przenikliwe jak ty. Otwierają się białe drzwi, rzeźbione ręcznie. Stoisz w progu i wpatrujesz się we mnie z uśmiechem. Mała na twój widok piszczy zachwycona. Szybko schodzi z blatu i rzuca się w twoje silne ramiona. Podnosisz ją tak, że wasze twarze są na tej samej wysokości i całujesz ją w policzek, potem pozwalasz jej się wtulić w twoją szyję. Na wasz widok uśmiech rozpromienia mi twarz, a serce ze wzruszenia i niepohamowanej radości rozsadza mi pierś.


Masę przelewam do dwóch małych miseczek. Podchodzisz do mnie energicznym krokiem z małą na rękach. Uwielbiam podziwiać twoją wrodzoną elegancję. Cmokasz czubek mojej głowy. Czujesz zapach mojego truskawkowego szamponu, który tak lubisz. Mimowolnie uśmiechasz się.


- Pięknie dziś wyglądasz - szepczesz zduszonym głosem, a twoje rubinowe usta kąsają moją szyję. Lustrujesz moją wąską, smukłą talię. Zatrzymujesz wzrok na zarysowanych krągłościach. Patrzysz na moje wypielęgnowane dłonie.


- Kocham cię - dodajesz podnieconym głosem. Moją twarz rozjaśnia jeszcze większy uśmiech, a oczy mienią się blaskiem dziecinnej wesołości.


- Ja też kocham mamusię - mówi niewyraźnie moja córka.


Moja córka… moja i znów czuję ukłucie w sercu. Ogarnia mnie znajomy ból z tym nieznośnym smutkiem i bolesną tęsknotą. Jej nigdy nie było, ciebie też …nie ma.


Stoję pośrodku luster, które odbijają mnie. Tylko mnie. Dlaczego lustrzane historie tak szybko się rozmazują i ściągają mnie do ponurej rzeczywistości w opustoszałej poniemieckiej wsi, gdzie samotnie borykam się ze wspomnieniami i sennymi marzeniami?


Łzy spływają mi stróżkami po policzkach. Krew pulsuje mi w żyłach. Znowu wpadam w rozpacz. Przeglądam się w małym lusterku z ramą pomalowaną w kwieciste wzory. Widzę, jak wysiadasz z furgonetki, trzeci. Przed tobą wyszli dwaj twoi przyjaciele. Studiowałeś z nimi na praskim uniwersytecie prawo. Wychodząc, zatrzymujesz się na chwilę. Przyglądasz się szaremu murowi. Z lewej strony niemieccy żołnierze ładują pociskami karabiny. Po prawej - piętnaście drewnianych trumien. Jesteś blady z przerażenia. Ustawiony przodem do szarego muru przy Josefie i Tondanie z trudem powstrzymujesz łzy napływające ci do oczu. Furgonetka pustoszeje
i rozlega się piętnaście ogłuszających strzałów. A później… już tylko przerażająca grobowa cisza.



Odgłos kropel deszczu uderzających o parapet. Drżę, z piersi wyrywa mi się gwałtowny szloch. Ty zginąłeś latem 1943 roku.


Jestem skazana na samotność w tej małej, zapomnianej wsi. Chciałabym stąd odejść, ale nie potrafię, bo tu, choć przez chwilę, mam ciebie. Nie pozwolę, nie chcę, abyś znów odszedł. Zostanę tu na zawsze ze wspomnieniami, cierpiącym sercem i moją wielką, prawdziwą miłością zamkniętą w szklanych taflach…



- [1] [2] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
MarcusGrant Linia koment
Dodany:2015-02-24 23:26:11, Ocena: 4.0
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów