Brzemię
opowiadania >



ROZDZIAŁ I


Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo gdzie…


Od godziny Vladimir jechał stępa, nie pozwalając koniowi zmienić męczącego dla nich obu tempa. Chociaż leśny mech tłumił kroki, bał się spłoszyć zdobycz, a czuł, że są już blisko. Pochylał się nisko nad lśniącym końskim karkiem i bacznym spojrzeniem lustrował sznur śladów znaczących leśne poszycie. Kryjówka Baby musiała być blisko. Jeszcze w miasteczku połamał jej kostur i starowina musiała umykać piechotą, tym sposobem pozostawiając po sobie wyraźny trop. Vlad był pewien, że Baba się go spodziewa, ale miał nadzieję, że nie tak szybko. W każdym razie ufał, że zdoła czarownicę zaskoczyć, ponieważ fakt, iż udało jej się schronić we własnym gnieździe działał na jego niekorzyść.


Nagle ścieżkę przebiegło coś małego i zwinnego: rudy, puszysty kształt, krzyczący piskliwym głosikiem:


- Czardziej! Strzeż się! Strze…!


Vladimir ruchem szybszym niż myśl zerwał z ramienia kuszę, nałożył strzałę i przyszpilił zwierzątko do ziemi, zanim zdołało umknąć na drzewo. Krzyk zamarł w połowie tonu. Vlad zbliżył się i podniósł strzałę z nabitą nań rudą wiewiórką. Żyła jeszcze, drobnym ciałkiem wstrząsały konwulsje.


- Kto cię nauczył mówić?! – spytał groźnie, zbliżając twarz do rudego pyszczka.


Wiewiórka zacisnęła przednie łapki na dawniej lśniąco białej, teraz skrwawionej piersi.


- Źle! – zakrzyknęła ludzkim głosem – Źle zabijać! Źle..!


W tym samym momencie czarne paciorki oczu zasnuła mgła i zwierzątko wyzionęło ducha. Vlad ściągnął trupka z cennej strzały i niezadowolony cisnął rude ciałko w krzaki. Nie znosił przygan, a najbardziej tych wypowiadanych przez wiewiórki.


- Co ty tam wiesz! – mruknął.


Wiedział teraz przynajmniej, że sadyba Baby jest naprawdę bardzo blisko. Czarownice uczyły czasami zwierzęta mówić, żeby te – czujniejsze i szybsze niż każdy człowiek – ostrzegały je w razie niebezpieczeństwa. Zsiadł z konia i przywiązał wiernego kasztanka do najbliższego drzewa.


- Niedługo wrócę! – obiecał, głaszcząc kształtny pysk zwierzęcia.


Tak naprawdę nie był tego wcale taki pewny. Jeśli Baba usłyszała wiewiórczy krzyk… Teraz na pewno otaczała swoją siedzibę zaklętym kręgiem, zbroiła się. Nie tak łatwo pokonać czarownicę we własnym gnieździe, wiedział to aż nazbyt dobrze.


Skradał się wolno między drzewami. Puszcza była w tym miejscu gęsta i ciemna, żaden powiew nie mącił ciszy. Kilka minut później znalazł się na skraju polany i w tym samym momencie zobaczył sadybę Baby: chatkę z bali, z zapadniętym dachem w całości pokrytym mchem i kępami paproci. Z krzywego komina ulatywała w niebo smuga białego dymu. O dziwo – drzwi stały otworem i chociaż Vladimir był blisko, nie wyczuwał żadnych zaklęć ochronnych. Zdjął kuszę z ramienia i przygotował bełt. Nagle zdębiał: z otwartych drzwi chatki dobiegł go stłumiony śpiew. Baby zwykle nie śpiewają, a zwłaszcza, kiedy ściga je żądny krwi czardziej. Vladimir wstrzymał oddech, jednocześnie zaciskając lewą dłoń na amulecie wiszącym na piersi. Oczekiwał zawrotów głowy i nagłej niemocy, które każą mu odrzucić kuszę i wejść bezbronnie do chaty – nic takiego jednak nie nastąpiło. Śpiew brzmiał dźwięcznie i słodko, ale najwyraźniej nie był zaklęciem przyzywającym. Trzymając kuszę w gotowości, Vlad pochylił głowę i wstąpił do siedziby czarownicy. Przez chwilę jego oczy przyzwyczajały się do panującego wewnątrz mroku. Przez cały ten czas zaciskał dłoń na amulecie i mruczał zaklęcia chroniące od złych mocy. Wreszcie mroczne powidoki ustąpiły miejsca niewyraźnym zarysom stołu, paleniska i postaci pochylonej nad ledwie żarzącym się ogniem.


- Witaj, wędrowcze! – kobieta dmuchnęła na wiśniowo jarzące się węgle i dołożyła do ognia kilka drobnych drewienek Potem pomieszała w kociołku wiszącym nad paleniskiem i Vladimira doszedł przyjemny aromat mięty i macierzanki.


- Ktoś ty? – warknął, wymierzając w głowę dziewczyny – Gdzie jest Baba?


Drewienka na palenisku buchnęły jasnym płomieniem i w niskiej izbie powidniało. Vlad zobaczył nieznajomą w całej krasie: bardzo jasne, prawie białe włosy spływały dziewczynie do pasa, opływając wdzięczną falą cudną postać. Miała na sobie ciemnozieloną suknię z rozcięciem na piersi, przez które wyzierały śnieżnobiałe bliźniacze półkule. Delikatna twarz i jasne czoło tchnęły niewinnym pięknem.


- Baba? – dziewczę zaśmiało się dźwięcznie – Jaka Baba? Jestem Letycja, zielarka i zaręczam cię, że nie ma tu nikogo, poza mną.


- Zielarka mówisz? – Vladimir nie opuszczając kuszy, obrzucił czujnym spojrzeniem wnętrze chaty.


Izba wyglądała jak typowa siedziba Baby… albo zielarki. We wszystkich kątach suszyły się zioła, mchy, grzyby i inne paskudztwa. Na półkach stały flaszki i słoje, o których bał się myśleć, co zawierały. Kociołek i palenisko też wydawały się zwyczajne. Izba była zbyt ciasna, by ktokolwiek mógł się ukryć w środku – przynajmniej na pierwszy rzut oka.


- Ano, zielarka – potwierdziła piękna dziewczyna. – Czego ci potrzeba, panie? Maści na wrzody, miodu na kaszel? Czegoś, co wzmocni twe – zapewne i tak niebywałe – męskie siły? A może napoju miłosnego?


- Kpisz sobie?? – warknął Vlad, okrążając stół i zbliżając się do dziewczyny – Baba schroniła się tutaj, widziałem ślady. Myślisz, że niby jak trafiłem tu z miasteczka?


Letycja cofnęła się o krok, ukryła dłonie w obszernych rękawach sukni.


- Ślady są, nie przeczę! – zawołała przestraszona – Ale moje! Byłam w miasteczku i jeśli kupienie paru flaszek bimbru jest przestępstwem, to jestem winna… Niektóre mikstury przyrządzić można jedynie z mocnym alkoholem…


Vlad złapał dziewczynę za delikatne gardło i przyparł do ściany chaty.


- Łżesz kobieto! – spojrzał jej prosto w oczy. Po chwili odwrócił wzrok, a potem spojrzał raz jeszcze.


Nie, to nie możliwe. Baby słynęły z tego, że potrafiły zmieniać postać, ale nawet najpotężniejsza czarownica nie mogła odmienić swych źrenic. Tymczasem roziskrzone ciemnobłękitne oczy Letycji pałały jak dwie gwiazdy – czyste i niewinne.


- Panie, mój panie..! – Letycja zalewała się gorącymi łzami – Nie krzywdź, mnie proszę! Zrobię wszystko, co zechcesz…


Vladimir powoli odwrócił twarz. Zaciśnięta na szyi dziewczyny ręka zwiotczała i opadła.


- Niczego od ciebie nie chcę, dziewczyno – burknął zakłopotany. – Szukam Baby, która szkodziła na Zamku i wiem, że ona gdzieś tutaj jest.


Letycja zachwiała się, ale udało jej się nie upaść. Vlad starał się nie patrzeć na jej ponętne ciało, drżące piersi, prawie całe widoczne w wycięciu sukni. Była taka piękna! Jak mógł pomyśleć, że to cudne zjawisko było pokręconą staruchą, której w Zamkowej sieni połamał kostur?


- Odpocznij, panie. Na pewno jesteś zmęczony. Przygotuję dla ciebie mój najlepszy napar – przemówiła zielarka drżącym głosem. – Czarownica – jeśli jest gdzieś niedaleko – na pewno się znajdzie…


W drodze przez izbę przeszła tak blisko

Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów