Rękopis
opowiadania >



Któregoś odległego czwartku mojego dzieciństwa rozmościłem się wygodnie


we wnętrzu dyliżansu radiowego słuchowiska.


Jechałem przez kraj morelowy i wonny od ziół, w powietrzu pachnącym sandałowo


i słodko z lekką goryczką goździków. Schodząca ku rzece jarami, świetlista koncha odwrócona twarzą ku południowi, jak soczewka ogniskowała całą namiętność słońca w upajające wyznania


dojrzałych bujnie arbuzów i melonów.


Wyspy drzew brzoskwiniowych w tym radiowym, rajskim pejzażu szczyciły się


swym szlachetnym pochodzeniem od lepkich jak miód w upale, odwiecznych wiatrów czarnomorskich.


Dzień się już był mocno nachylił i wnet sturlał się ze wzgórza w oszałamiający


zapachem maciejki wieczór letni, do karczmy stojącej na czatach na rozstaju dróg.


Słuchowiskowy oberżysta, we własnej osobie pełniący wszystkie możliwe funkcje


gospodarza tak wyreżyserowanego obejścia, zasiedział się ze mną do późna w noc pod pachnącą


lipą. Od słowa do słowa dotykaliśmy coraz to nowych, interesujących tematów... Rozmowa


zeszła na książki, a idąc dalej tym tropem, bez nadziei na znalezienie jakiegoś szczególnie


wyjątkowego białego kruka w tym odciętym od świata miejscu, zatrzymała się w końcu w dziale


bardzo starych inkunabułów.


Pamiętam, jak by to było wczoraj, jak zaofiarowano się dostarczyć i to niezwłocznie,


każdą, nawet najrzadszą książkę wydaną kiedykolwiek i gdziekolwiek w dziejach świata. W tym


momencie słuchowisko przerwano, zapowiadając ciąg dalszy, za tydzień.


Z niewiadomych powodów, których już nie jestem w stanie sobie przypomnieć,


nie udało mi się wysłuchać dalszego ciągu tej zajmującej opowieści.


Tytułu ani autora niestety nie pamiętam i to stanowi przedmiot mojego wieloletniego


smutku.






    • Muszę panu wyznać – tu zwróciłem się do mojego miłego gospodarza – że od tam-






tej pory szukałem po świecie, z uporem godnym lepszej sprawy, rozwiązania dręczącej mnie za-


gadki, ale bez rezultatu.


Poruszył się na krześle, jakby coś mu się przypomniało i nachylając się ku mnie,


powiedział tajemniczo:


A gdybym tak mógł panu pomóc? - Spojrzałem na niego z niedowierzaniem, a on


ciągnął dalej: - Otóż, widzi pan, poza prowadzeniem tego pensjonatu, jestem z zamiłowania


bibliofilem. Handluję książkami i znam największych kolekcjonerów oraz antykwariuszy


w tej branży. Jestem prawie pewny, że odnajdę dalszy ciąg opowiadanej przez szanownego pana


historii.Mogę w ciągu, dajmy na to kwadransa, dostarczyć do rąk pana każdą książkę, jakiej tylko


szanowny pan zażąda.


Postanowiłem sprawdzić wiarygodność mego rozmówcy, polecając mu znalezienie


egzemplarza pewnego białego kruka, którego wówczas potrzebowałem.






    • Proszę o książkę autorstwa Jerzego Bocka pod tytułem "Nauka domowa".






Skłonił sie w milczeniu i natychmiast wyszedł.


Byłem pewny triumfu. Książka, o której wspomniałem, została wydana w bardzo niewielkim nakładzie przez polskiego pastora, znakomitego kaznodzieję, w roku 1670. Rzadkość,


prawdziwy rarytas.


A jednak.


Po upływie nie wicej niż trzech minut, mój gospodarz powrócił, wręczając mi z uśmie-


chem , oprawioną w koźlą skórę, żądaną książkę. Zdębiałem !


Zapytał, czy jestem zadowolony i czy może jeszcze mi czymś służyć.


Tym razem postanowiłem zagrać va banque i to bezczelnie znaczonymi kartami.Oczy-


wiście nie było to uczciwe, miałem jednak wielką ochotę ujrzec jego klęskę i choć przez chwilę nacieszyć oko, jak sądziłem, jego sromotną porażką. Później wyjaśniłbym mu kulisy żartu, teraz


jednak niech zobaczy własną bezradność.


Postanowiłem poprosić go o książkę, którą dopiero pisałem. Była w rękopisie i dodatku


wiele brakowało do jej zakończenia. Co więcej, jeszcze nie byłem pewny, jakie też ono będzie.


Tej pozycji nie mógł przecież posiadać, dziecko było już wprawdzie poczęte, ale jeszcze nie zdążyło się narodzić.


Proszę o książkę pod tytułem "Mistrz Haftowanego Listowia" – nazwiska autora


niestety nie pamiętam. Czy wobec tego nie będzie to dla pana zbyt trudnym zadaniem?


Pokręcił głową przecząco. Zdawalo mi się,że odchodząc, nieznacznie się uśmiechnął.


Ale może tylko mi się przywidziało?


Tym razem musiałem czekać znacznie dłużej. Nie było go może z kwadrans. Wyglądał


także na z lekka zasapanego. Położył przede mną na stoliku dużą tekturową teczkę.






    • Dlaczego nie powiedział mi pan, że książka jest w rękopisie ? - zapytał, starając się






wyrównac oddech. - Wróciłbym znacznie wcześniej, a tak , zanim się zorientowałem, upłynęło sporo czasu i musiałem chodzić daleko.






    • Cóż, nie wiedziałem, że to dla pana ważne – udawałem Greka. Wziąłem ze stołu






teczkę i życząc mu dobrej nocy, udałem się na górę do mego pokoju.


Przekręciłem za sobą klucz w zamku.


Zapaliłem lampę i siadając przy

- [1] [2] [3] [4] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów