Fallout - Rozdział 1: Świat zewnętrzny, część 1
opowiadania >



Ta pokazująca rozkład pomieszczeń, korytarzy i pięter w Krypcie 13 niewiele pomoże mu na zewnątrz. Jednak Overseer w swojej wspaniałomyślności (szczodry pryk, pomyślał Kelly) wgrał „najnowszą” wersję mapy zachodniej Kalifornii. Oczywiście przedstawiała tylko czystą topografię, przez co wiele miejsc pozostawało czarnych. Blaine będzie musiał uaktualniać ją na bieżąco. Najważniejsze jednak, że niespełna osiem dni drogi na wschód mieściła się Krypta 15. Jeżeli dopisze mu szczęście, znajdzie w niej hydroprocesor i za lekko ponad dwa tygodnie będzie z powrotem, a miano bohatera i wybawcy schronu nie opuści go już do końca życia. Blaine niemalże widział te wszystkie dziewczyny pragnące spędzić choć krótką chwilę z kimś, komu zawdzięczają życie.


Zerknął na ekwipunek. Potrzebował zebrać myśli nim zmierzy się z lewitującą dookoła ciemnością. Tak naprawdę zależało mu jednak by znaleźć jakikolwiek, najdrobniejszy nawet pretekst, by wrócić do środka. Jego umysł oszukiwał sam siebie tworząc zawoalowane meandry potrzeb odwracających uwagę. Jak na ironię, wszystkim znajdującym się po drugiej stronie pancernej grodzi ludziom zależało, by czym prędzej poszedł w cholerę, wywiązał się z nałożonego na niego zadania i niczym sunąca prostopadle ku Ziemi błyskawica wrócił triumfalnie dzierżąc w ręce hydroprocesor.


Los całej Krypty zależał od niego.


Ale Blaine Kelly nie potrafił się zmusić. Być może brakowało mu odpowiedniej motywacji. Być może chodziło o tę pieprzoną ciemność. Ciemność nie mającą nic wspólnego z tą zalegającą niekiedy w mrocznych zakamarkach (których było tyle, co kot napłakał) zaplanowanych pomieszczeń jego bezpiecznego dotychczas domu. Tu, na zewnątrz, wszystko zdawało się przypadkowe. Chaotyczne. Ciemność zaś, cóż, ciemność w jakiś niewytłumaczalny sposób okalała go swoim mrocznym chłodem. Kiedy stał odwrócony do niej plecami, mając przed twarzą potężną, wytłoczoną „13”, dałby sobie uciąć wszystkie – dosłownie WSZYSTKIE – członki, że coś szepcze jego imię.


Blaine… Blaine… Blaine…


A potem lodowate szpony zaciskają się wpierw na jednym ramieniu, drugim i Blaine Kelly zostaje pozbawiony nawet tego mało przyjemnego komfortu, by odejść z tego świata z dojmującym krzykiem na ustach.


Zdjął przewieszony przez ramię plecak i położył go na ziemi. Kucnął grzebiąc w środku jedną ręką. Miał trochę jedzenia w kilku menażkach, manierki z wodą (tych samych, pokrytych farbowaną błękitną skórą z wybitymi na frontowej stronie pechowymi liczbami). Do tego śpiwór, zapasowy komplet bielizny (własność Vault-Tec.), dwa Stimpaki – wspaniały wynalazek wojennej medycyny, działające niczym magiczny proszek, błyskawicznie tamujące krwotoki, blokujące receptory nerwowe, zasklepiające tkankę i generalnie w niewytłumaczalny sposób stawiające na równe nogi największe truchła. Widząc je, wypełnione bijącym po oczach karmazynowym płynem, uspokoił się nieco. Jednak tuż po chwili popadł w kolejne zakłopotanie. Dwie flary. Dwie nędzne i najpewniej przeterminowane flary.


Na Boga, złorzeczył w myślach, kto wysyła człowieka by uratował świat, wyposażając go w dwie flary?!?


Dwie spiczasto-bulwiaste, przypominające nieco nazistowskie granaty z II Wojny Światowej flary były niewątpliwie lepsze, niż zero. Jednak znacznie gorsze niż np. pięć… nie, dziesięć! Dziesięć flar mogło zrobić jakąś różnicę. Lecz gdyby tylko odziany w błękitny, regulaminowy kubraczek Blaine Kelly miał w sobie na tyle odwagi by przez ramię zerknąć w tył i posłać grobowej ciemności niepewne, acz pełne wyrzutu i nienawiści spojrzenie, wiedziałby, że może je sobie wsadzić (flary) tam, gdzie je równie ciemno…


Oczywiście Blaine nie musiał tego robić. Nie musiał nigdzie patrzeć. Nie musiał o niczym myśleć, a już na pewno nie musiał oddawać się jakimś sodomistycznym perwersjom pod grodziami Krypty. On bardzo dobrze wiedział, że te flary to czysta kpina.


- Bóg mi świadkiem – syknął przez zaciśnięte w klinczu zęby – jeśli kiedykolwiek wrócę do środka z hydroprocesorem, dam im wpierw jakąś stertę zużytych drutów, płytek, przewodników i innych komputerowych szpargałów. Będę się droczył i zwodził tego spierniczałego ramola, aż wyraz jego twarzy upodobni się do pyska zagłodzonego psa siedzącego u suto zastawionego stołu, z którego jego mało szczodry pan nie uraczył go do tej pory ani kawałeczkiem! Zobaczymy, kto wtedy będzie się śmiał. Zobaczymy…


Pośród absurdalnie gęstej ciemności, pośród pierwszych, dziewiczych chwil w świecie zewnętrznym, Blaine Kelly po raz drugi był bliski zaniesienia się maniakalnym śmiechem. Już czuł zbierające się we wnętrzu przełyku spazmy eksplodujące w fali szaleńczego chichotu, kiedy niespodziewanie do jego ucha dotarł dźwięk o wiele bardziej złowrogi, niepokojący i wprawiający w osłupienie.


Chłopak zesztywniał niczym mrożona szynka. Wydawało mu się, tylko mu się wydawało…


Szur-szur-szur-szur-szur.


Boże!


Szu-szu-szur… i nagle cisza.


Potem zaś oddalające się i zdystansowane szszszszszszszszszyyyszszzszuuu…


To tylko wiatr, powtarzał w myśli Blaine Kelly. Tylko wiatr. Sieć wydrążonych u podnóża góry jaskiń ciągnie się w niezliczonej kombinacji kanałów, przesmyków i czegoś na kształt powietrznych wywietrzników. Na zewnątrz na pewno teraz mocniej zawiało, a jako efekt dźwiękowy…


Mimo to pod wpływem wypływających wprost z pnia mózgu impulsów, bezwiednie położył dłoń na przywieszonej na skórzanym pasku kaburze broni. Trwał przez moment w absolutnym

Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów