Abstrakcja
opowiadania >



dożynki, jakieś dojenie i orka, to nie dla niego; bo on chociaż goły to wesoły” – wolny jak ten ptak, śpiewający mu z popsutego rozporka, ku zgorszeniu młodych dziewek
i starych bab, zasłaniających oczy wnuczką.


Sam stał się obrazem abstrakcyjnym i targany alkoholowym nałogiem, trwał w niekończącym się ciągu, balansując na granicy niezrozumiałych kolorów i kanciastych twarzy. Z dnia na dzień wyglądał coraz gorzej, a z oczu zaczynała mu łypać alkoholowa śmierć. Aż pewnego późnojesiennego popołudnia, gdy już nie pamiętał jak wygląda zdrowy, ludzki chód, wtoczył się swoim niby zygzakiem do wiejskiego sklepiku pani Jadzi, a sprzedawczyni na sam jego widok rzekła: „nie sprzedam” – bo miała na myśli te siarczany, drążące każdą komórkę ścierwa, które przed nią stało; drążące tak długo portmonetę jego matki, biednej baby, która w końcu przejrzała na oczy. Jednak on rzekł „loteryjkę”, więc podała mu
i skreślił liczby szczęścia, atrybuty ślepego losu i wygrał. „Proszę ten orzeszek z naszej wsi, pijak najgorszy z najgorszych, ten co chodu ludzkiego zapomniał, ofiara losu” – a jak się okazało nie do końca…


Już nie mówił, że los jest ślepy; wręcz przeciwnie: „ma sokoli wzrok” – burczał pod nosem na złotym tronie, podziwiając nagie kurtyzany, zabawiające się w basenie z jakimś obleśnym karłem; albowiem zaznał bezczelnej fortuny, nie talentem, lecz czystym przypadkiem. Z nudów ciągnął przeciętną kreskę nie byle jakiej farby po wytrawnym płótnie, trzymając w ręku pędzelek z najlepszego końskiego włosia. Porzucił pogryzione kolory swojej niedocenionej abstrakcji i zajął się obrazowaniem tych realnych, życiowych zdarzeń, właśnie takich jak sprośne zabawy kurtyzan z karłem i będąc reżyserem wszystkich niekończących się dziwactw, swojego nowobogackiego pałacu fałszu, pływał w złudnej radości docenienia, jako że teraz każdy chciał być jego przyjacielem. „Jest pan wspaniałym artystą”– mówili władcy krowich wymion i baranich rogów, właściciele włości ciągnących się do morza, a nawet miejscy biznesmeni kupowali jego kalekie bohomazy i wieszali w swych schludnych apartamentach. „Cóż za realizm” – stwierdzali wszyscy zgodnie. Wieś go teraz poważała i pił dużo mniej. „To ten co napełnia matce bezdenny ocean szczęścia, szczerym złotem i to po same brzegi. Ten wspaniały syn! – krzyczały podniecone baby. – Bóg kierował jego uczciwą ręką gdy skreślał liczby. To jego pośrednik, święty artysta. Dzięki niemu nasza parafia stała się w końcu miejscem godnym swej posługi – prawił proboszcz ze złotej ambony”. „Złote dachy” – zabrzmiała dumnie nowa nazwa wsi, która naturalnie stała się miastem. „Nie przeszkadzać!” – niosło się echem jego ulubione zdanie, gdy prowadził tą swoją słynną na cały kraj kreskę kiczu. „Cóż za błazen” – brzmiały z kolei komentarze jego osobistych krytyków, kiedy wiedzieli, że nie ma go w pobliżu. W końcu któryś z tych nędznych dworzan, znawców płótna z bożej łaski, podpalił pracownie tego idioty mającego się za mistrza pędzla, gdyż nie mógł już znieść tych odpłatnych bzdur, fałszywego pochlebstwa, śmierdzącego zgnilizną, która pożarła mózgi wszystkim pracującym w tym śmietniku rozbudowanym siłą ślepego losu do rozmiarów luksusowego pałacu – pachniał wyciąg z sali sądowej, kiedy on sam nie wąchał, tylko płakał nad swoimi dziełami idealnymi, których jeszcze nie zdążył nikomu pokazać, a już ich nie było, gdyż uniosły się w smudze pożarowego dymu. Choć strata daremnych płócien, fizycznie nie naruszyła kosmicznego budżetu, jaki wciąż posiadał: „To jednak człowiek słaby załamie się byle pierdem” – stwierdzali zgodnie ludzie, patrząc na błąkającego się późną nocą, zupełnie jak dawniej, pijaka artystę.


By zapomnieć o swych realistycznie przeklętych dziełach, odurzał się hazardowym wirem ciepłej krwi, napływającej do głowy przed ostatnią kartą. Chciał patrzeć jak fortuna znika w bagnie wielkich stawek, ale znienawidzone pieniądze wciąż wracały z podwojoną, potrojoną siłą i nic nie mógł na to poradzić. Stawiał w ruletce wszystkie pałace, ziemie i fortunę, a po chwili był najbogatszy w kraju. Przestał więc grać i otwarł na oścież wrota wszystkich swoich wielkich skarbców, aby ludzie brali: „Bo na co mu to wszystko, kiedy nie ma już swoich dzieł, swojej wizytówki artysty”.


Do wsi, nie wiadomo skąd, wtargnęli bezpańscy barbarzyńcy, którzy mało opróżnili skarbce, to jeszcze splądrowali domy wszystkich tych, którzy wzbogacili się na jego bogactwie. Zrywali złote dachy
i wrzucali na powozy, gwałcili jego kurtyzany i mordowali karłów. Wynieśli w całości sypiący się diamentami kościół, nie wyciągając nawet księdza i zniknęli gdzieś za odległymi pagórami, pozostawiając za sobą smród chciwej gorączki. Artysta zakończył życie na widłach chłopów, rozwścieczonych jak obłąkane barany, oskarżających go o wszystko co się stało i połowę tego co w ogóle nie miało miejsca. Nie nabili go sami, on po prostu skoczył z balkonu na tłum tych trójzębów Posejdona zebranych w proteście pod ruiną jego ostatniego pałacu – głosiły kroniki sołtysa z tego okresu.

- [1] [2] [3] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
martellina Linia koment
Dodany:2014-03-12 21:36:55, Ocena: 6.0
Bardzo przyjemna i ciekawa historyjka. Aż mi się przypomniały stare bajki z morałami , całość napisana bogatym językiem, jedyne co mi niezbyt leży, to to, że się trochę gubiłam w tym co i kto mówi, :D
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów