Mistrz Haftowanego Listowia
opowiadania >



mięknie pod nim i ciemnieje od potu i wnet


poczyna się łuszczyć i zacierać. Walcuje się już pierwsza gródka i pączkuje dalej, kartka matowieje


bezładną mgiełką unoszącą sie z samego dna, łudzi się, żyłkuje przepoczwarza w otwierające się


na oścież, w pewnej chwili, skrzydełka dziewiczego motyla kalkomanii.


Towarzyszę mu na calej linii. Patrzę jak zaczyna znów pisać dalej, jak składa, to znów rozkłada jeszcze wilgotne skrzydełka, jak prostuje pomięte nóżki. Żeby mi tylko nie odleciał.


Ale gdzie tam, obawy moje okazują się być nad wyraz płonne. - Nie będzie żadnego


odlotu. Nie po to tutaj szliśmy. Inne nam grozi niebezpieczeństwo.


Prowadzi nas do głębi ukrytej izby. Człowiek, który nas wiedzie, podąża wciąż


przed nami tak, że twarzy jego nie mogę dojrzeć. Głos jego wydaje mi się jednak znajomy, tak


jakbym go już gdzieś... kiedyś... słyszał.Sylwetka widzi mi się także znajomą, musieliśmy się


spotkać i to nawet niedawno. Napawa mnie to, nie wiedzieć dlaczego, niepokojem, który widocznie daje się zauważyć, gdyż mistrz uspokaja mnie łagodnym głosem:






Nie ma się pan czego obawiać. Osoby, które możemy tu spotkać nie towarzyszą






nam na całej linii, a właściwie to my im nie nazbyt gruntownie towarzyszymy. Jeżeli nawet spotkały nas tam, skąd przychodzimy, tutaj nas nie będą w stanie rozpoznać. Nie jestesmy jeszcze


dla nich dostatecznie dojrzali, aby mogły one się z nami w pełni utożsamić. Dlatego niech pan


będzie spokojny, on pana nie rozpozna. Nazywa się Zygmunt Igel i jest ostatnim z rodu sławnych


księgarzy i bibliofilów, którzy od czterech pokoleń pełnią szlachetną służbę zaopatrując naj-


szacowniejsze ze zbiorów bibliotecznych kraju w poszukiwane przez nie cymelia. Odnajdujących


sobie tylko znanymi sposobami, drogę do koh- i noorów światowego piśmiennictwa – dodał pół-


głosem.


Słyszałem już wcześniej o tym kresowym klanie tajemniczyćh tropicieli rzadkich


książek, a teraz dane mi bylo kroczyć obok jednego z nich.


Szliśmy jeszcze dość długo krętymi korytarzami,przechodząc od czasu do czasu przez ukryte w głębi domu dziedzińce patia i podwóreczka. Wstępowaliśmy na drewniane schody


wiodące do położonych dalej, nieoczekiwanych partii domostwa.


Prowadzący nas zatrzymał się wreszcie przy masywnych, okutych drzwiach,


na których widniał napis: "Salomon Igel – Księgozbiór". Staroświeckim kluczem otworzył je


i wskazując reką w kierunku pomieszczenia za nimi, odwrócił się do mojego towarzysza, chcąc go


przepuścić przed sobą. O mnie zdawał się nie wiedzieć.


Poznałem go od razu. Przed nami stał we własnej osobie, nie kto inny jak znajomy


właściciel pensjonatu, z którego tutaj przeszliśmy.


Stałem niepewny, czy mnie czasem nie rozpoznał, z drżeniem serca spoglądając w jego kierunku Patrzył na wskroś przeze mnie niewidzącymi oczami. Nie zauważając mnie wcale,


zwrócił się do mojego towarzysza:






Oto miejsce, w ktorym znajdzie pan wszystko, czego pan potrzebuje do swojej pracy.






Jego oczy spotkały się na chwilę z moimi, tak mi sie przynajmniej wydawało,lecz


on nie zatrzymując na mnie wzroku,jakby mnie wcale nie było, ciągnął dalej:






Po lewej stronie znajdzie pan książki już napisane. Innych proszę szukać po prawej






stronie.


To powiedziawszy, wpuścił nas do środka i oddalił się bezszelestnie, zamykając


za sobą drzwi.


Staliśmy w ogromnej sali, której istnienia nigdy bym nie mógł przypuszczać w tej starej


walącej sie ruderze, tak na pierwszy rzut oka zaniedbanej. A jednak pozory mylą. Wpuszczono


nas do świetnej, barokowej w wystroju biblioteki, przpominającej tę z uniwersytetu w Coimbrze,


pełnej kunsztownie rzeźbionych szaf z najcenniejszych egzotycznych mahoniów i hebanów,


inkrustowanych miejscami macicą perłową i pozłacanych.


Mój cicerone oprowadzał mnie po niezwyklym księgozbiorze. Po lewej stronie roz-


poczęliśmy zwiedzanie od starożytnych papirusów, które jednak tutaj, tak jak i księgi późniejsze,


wszystkie były oprawione w cielęcą lub koźlą skórę.


Tomów tych było mnóstwo, ułożone ciasno na regałach od podłogi aż do sufitu,


gubiły się gdzieś w gasnącym półmroku odległych przestrzeni. Od czasu do czasu rzucały nam się


w oczy znane powszechnie tytuły najsłynniejszych dzieł jakie tylko wydał rodzaj ludzki. Ale jesz-


cze bardziej ciekawił mnie księgozbiór po prawej stronie.


Mistrz pozwolił mi tam pójść, dyskretnie zostawiając mnie samego z "nienapisanym".


Widziałem tam teczki z rękopisami,których tytuły i nazwiska autorów można było odczytać


poprzednia

Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów