Tajemnice Róży-rozdział trzeci
opowiadania >



ALTAMIRO

TAJEMNICE RÓŻY


Opowiadanie zastrzeżone prawami autorskimi.Wszelkie kopiowanie,publikowanie bez zgody autora zabronione


Rozdział Trzeci


Promienie słońca z sympatią otulają przestronne,jasnobeżowe przestrzenie z których patrzą oczy poprzednich właścicieli a także królów i książąt Zjednoczonego Królestwa.Spojrzawszy na nich radosne chochlik tańczą w lustrze na kryształkach żyrandoli.Z sympatią obserwują mężczyznę będącego na progu późnego lata swych dni.Jego szlachetną twarz...gdzie niegdzie siwe włosy.Zasłuchane rozkoszują sie drzwiękami nutek granych z wyczuciem i wrażliwością na czarnym fortepianie.W muzyce którą poza rezydencję przenosił Bard Podróżnik słychać było paletę rozmaitych uczuć i ogromną pasję płynacą prosto z serca...tak jakby palce mężczyzny poruszała jakaś nieznana siła.One nie grały one jak na skrzydłach motyla dotykały klawiszy.Unosiły się nad nimi lekko falując falowały...W ich mowie słychac było tchnienie duszy która w subtelny sposób oczarowywała otoczenie...wszystkich słuchajacych...Rosnące w pobliżu kwiaty zdawały się byc jakby pełniejsze...barwniejsze...bardziej uśmiechnięte.... zawsze tak rozmowne...tak rozśpiewane ptaki zamikły jakby nie wiedziały co powiedzieć...jakby im zabrakło słów...a może nie chciały nic mówić a jedynie chłonać dzwięki magii.Nawet będące tuż za oknem ptaki zawsze głośne i prowadzace rozmowy teraz siedziały cichutko...oniemiałe z zachytu.Przepełniona ciepłem nostalgi atmosfera nie trwała zbyt długo przerwana krzykiem huraganu który w postaci Pani domu wparował do sali burząc wszystko.Cały spokój i sielankowy nastrój:

-Znowu to zrobiła! Znowu! Co za dziewucha
-I wszystkie miłe doznania szlak trafił.
-Co tam mruczysz?
-Nic...to i tak nie dla Ciebie.
-Czyli że jestem zagłupia?
-Skoro tak twierdzisz.
-Jak możesz?
-Co?
-Nie ważne.
-O co ci chodzi kobieto?
- O Emmę! A niby o kogo?
-Skąd mam wiedzieć.
-Ciebie wcale to nie obchodzi.
-Jaką zbrodnie znów popełniła?
-Nabijasz się ze mnie.
-Ależ skąd...no więc?
-No więc pojechała na tej chabecie.
-Klaczy.
-Ze jak?...ty znów swoje a to jest ważne.
-Niezmiernie...
-Przestań...pojechała i nie wraca.
-Jej szczęście.
-A zaraz przyjdzie Watson.
-Też musze się ulotnić.
-Drwisz a ja chcę ją z nim wyswatać.
-Właśnie ty a czy Ona tego chce?
-Nie ważne,zrobi co jej każe.
-Nie byłbym tego taki pewien.
-Przepraszam...
-Czego chcesz?
-Przyjechał Pan Watson.
-Mój Boże!-chodząc wkółko.Co ja teraz zrobie?
-Coś wymyślisz.
-Ja?
-W końcu to twój gość.Ty go zaprosiłaś to sobie radz.
-No tak,jak zwykle bardzo pomocny.

Do służącej:

-Powiedz by chwile poczekał.
-Dobrze prosze Pani.

Nie słuchając już swej żony mężczyzna opuszcza salę:

-I sobie poszedł.Ignorant jeden.


*******

W Darby Shire życie płyneło swoim własnym rytmem.Ludzie żyli tym co przyniósł dzień.Przeżywając swe radości i smutki.Wzloty i upadki.Myśląc o innych ludziach.Swych sąsiadach.Często pomagając im w miarę swych możliwości.Starali trzymać się razem,stanowić jedna społeczność.Niejednokrotnie wewnętrznie rozdarci przeżywali wewnętrznę rozterki.Często tak czuła się córka właścicielki piekarni Tiffany.Czasami wydawało jej się ze mieszkają w niej dwie osoby.Zgoła od siebie odmienne.W myślach nie raz miała słowa swej matki:

"jesteś zmienna jak wiatr...jak pogoda-Raz spokojna...nastrojowa...cicha romantyczka a kiedy indziej dzika i wojownicza.Gotowa walczyć ze wszystkim i wszystkimi...całym światem.

Taka już jestem mamo-odpowiadała ale wiedziała że nie powinna taka być.Że to jest złe-ale czy napewno?-zadawała sobie pytanie.Czy rzeczywiscie nie dobre? Czy powinna być tylko uległa.Chciała być taka jak mówiła matka ale nie potrafiła.Coś zawsze kazało jej się buntować.Jakiś wewnetrzny głos zawsze popychał ją do czynów,mówiąc:

"Sprzeciw się,wyraź swe zdanie."

No i zawsze to robiła-przyprawiajac matkę o podwyższone ciśnienie i problemy...bo ludziom zwłaszcza tym bogatym się to nie podobało.Dla Panicza na włościach czy majetnej kobiety taka dziewczyna była arogancka i bezczelna.Smarkata biedaczka która ma czelność mówić co myśli i jeszcze tego bronić.Nie do pomyślenia.Wielu klientów się odwróciło od rodziny Morrisów,przestając przychodzić do piekarni,robiąc zakupy w sąsiednim sklepie.

-Przepraszam mamo.
-I co mi to da córko?

Nie wiedząc co odpowiedzieć Tiffany odwracała wzrok.Głupio jej było i źle sie z tym czuła.Wiedziała że przez swój wybuchowy charakter przysparza trosk.

-Rachunków tym nie opłace.Nie pozwoli to na utrzymanie sklepu.Jeśli tak dalej pójdzie trzeba będzie go zamknąć.
-Nie mów tak mamo.
-Ale to prawda.
-Poradzimy sobie.
-Wieczna optymiska.Bez klientów nie damy rady.
-Zaczną przychodzić.
-Nie bo zdanie bogaczy jest więcej warte niż jakość naszych wypieków.
-To moja wina.Będę chodzić i przepraszać.Namawiać do powrotów.
-Nie!
-Czemu?
-Bo nie jesteśmy nędzarzami.Moja córka nie bedzie chodzić i się upokarzać,jak jakaś żebraczka.
-To co mam zrobić?
-Nic.Zobaczymy co nam przyniesie los.

Zamyślona Tiffany spogląda na matkę nic już nie mówiąc.Widać że źle się czuje z całą tą sytuacją.Bardzo ją martwiła zasępiona twarz matki.Wiedziała że sprawiła ogromną przykrość...ból i nie mogła sobie tego wybaczyć.

"Boże i co ja narobiłam.Narozrabiałam na całego.Jak zwykle zresztą...tym razem nawet bardziej.Czemu jestem taka narwana i pyskata? Czy zawsze muszę się wyrwać i powiedzieć co mi ślina na język przyniesie.Boże ale jestem głupia."

Pogrążona w rozmyślaniach właścicielka sklepu pochyla się nad rachunkami,jej córka podchodzi do wystawowej szyby jakby chciała wypatrzyć i przywołać klientów. Stojącego przy oknie Richardsona intryguje rozmowa Olivera i jednego z żandarmów:

"O czym oni rozmawiają? Jeśli ma coś nowego dlaczego nie przyszedł z tym do mnie?"

Odchodząc od okna:

-Idę się dowiedzieć o co chodzi.

Przed budynkiem redakcji:

-Z głupiałeś? Przychodzisz tu...a jak nas zauważy-odwracając się i spoglądając na szybę gabinetu Richardsona.
-Nie mam wyjścia.
-Z czym?
-On ciągle do nas przychodzi i wypytuje.
-No i co z tego.
-Ja tego nie wytrzymam.
-Bzdura.
-Nie jestem tak silny jak ty.W końcu coś chlapnę.
-Zamknij dziub i trzymaj się ustalonej wersji.
-Dobra.
-Czy coś wiadomo?

"Jeszcze Ciebie brakowało"

-Nie.
-Nie Ciebie się pytam Oliver.
-Nie,nic.
-To czemu tu jesteś?
-Oddał mi zapalniczkę-wyciągając z kieszeni.
-Właśnie.

"Akurat.Nie widziałem by coś Ci dawał...ale zagram w Waszą grę."

A na głos:

-To musi być bardzo cenna zapalniczka.
-Dla mnie ma ogromne znaczenie.

Spoglądając na Olivera i żandarma Richardson wraca do redakcji.Po jego odejściu :

-Nie duzo brakowało.
-Więcej tu nie przychodź.
-Nie będę.
-Mam nadzieję,dla twojego dobra.
-Mojego? Chyba o sobie mówisz.

Żandarm odchodzi.

"Będą z nim kłopoty.Trzeba będzie coś z tym zrobić"






- [1] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów